Kolejna rewolucja w szkolnym menu? Szykują się zmiany w przepisach

Małgorzata Pieczyńska 5 lutego 2016

Pani Hania prowadzi sklepiki w trzech bydgoskich szkołach. W tym biznesie pracuje od 23 lat, ale tak lichego utargu jak teraz jeszcze nie miała. - Od września obroty spadły o 30-35 procent - załamuje ręce.

W szkolnym sklepiku w Zespole Szkół nr 8 u pani Małgosi uczniowie najchętniej kupują soki i chlebki cebulowe

Fot.: Filip Kowalkowski


Mija pół roku odkąd obowiązuje rozporządzenie poprzedniego ministra zdrowia, które wywołało rewolucję w szkolnym żywieniu. Wraz z pierwszym dzwonkiem ze szkolnych sklepików zniknęło śmieciowe jedzenie, czyli produkty zawierające znaczne ilości cukru, soli i nasyconych kwasów tłuszczowych. Teraz w sklepiku u pani Hani uczniowie mogą kupić, m.in., kanapki z ciemnego pieczywa z serem i szynką, soki owocowe, wodę, batoniki z ziarnami, wafle ryżowe czy krakersy wielozbożowe. - Uczniowie są trochę znudzeni tym asortymentem. Niektórzy kręcą nosem i domagają się czekolady i napojów gazowanych, ale nic z tego. Nam sprzedawać tego nie wolno - mówi Hanna Cabała, właścicielka sklepików w Gimnazjum nr 25, „ekonomiku” i VI LO. - Ledwo wychodzę na swoje, bo wydatki są spore. Sam ZUS to koszt ponad 2 tysięcy złotych. Zatrudniam ekspedientki, więc do tego dochodzi podatek od wynagrodzeń oraz czynsz. Nie wiem, jak długo będzie się to opłacało. Na szczęście zostały mi tylko dwa lata do emerytury.

Biorą po trzy paczki


Trwa przerwa. W sklepiku kilku chłopców zajada się popcornem. - Lubimy tu przychodzić, bo pani Hania i Ewa dają nam nawet towar na kreskę - śmieją się gimnazjaliści Przemek Rozpęda i Oliwier Skotarczyk. - Jedzenie jest dobre, ale czasami przynoszę z domu colę - przyznaje Oskar Dembiński. - U nas najlepiej schodzą soki i woda niegazowana. Ta smakowa. Herbatę słodzimy cukrem trzcinowym lub miodem, ale nie wszystkim uczniom to w smak - twierdzi Ewa Szczepańska, która pracuje u pani Hani w sklepiku w Gimnazjum nr 25. - Orzeszki sprzedajemy w paczuszkach po 5 dkg, bo więcej nam nie wolno, ale i na to uczniowie mają sposób. Kupują po dwie, trzy paczki.


W Zespole Szkół nr 8 sklepik prowadzi Małgorzata Stojak. - Na opłaty wystarcza - mówi. - Dzięki życzliwości dyrekcji płacę dość niską dzierżawę. Nie zamawiam dużo towaru. Sama po niego jeżdżę. Na początku roku szkolnego uczniowie się trochę buntowali, ale teraz chyba się przyzwyczaili.

Piekarze z odsieczą


Pomocną dłoń do właścicieli szkolnych sklepików wyciągnęli piekarze. Zarówno u pani Hani, jak i Małgosi można kupić legalnie drożdżówki. - Są specjalnie przygotowywane dla uczniów. Zawierają mniejszą ilość cukru i tłuszczu. W razie kontroli sanepidu mamy na to certyfikaty - twierdzą zgodnie obie panie.

Arleta Kubacka: Kisiel własnej roboty słodzimy miodem, ale to nie smakuje uczniom. Z tym miodem to zresztą niewypał. Wiele dzieci ma alergię i nie może go jeść.


Zaglądam do kuchni w Szkole Podstawowej nr 2. Dziś na obiad pomidorowa z makaronem i bazylią, pierś z kurczaka duszona, ziemniaki i warzywa z wody. Kucharki Arleta Kubacka, Danuta Wynarska i Grażyna Buras wydają dziennie około 200 posiłków. - Nie wolno nam używać masła, kostek rosołowych czy maggi. Dania przyprawiamy niewielką ilością soli jodowo-potasowej oraz ziołami, m.in., tymiankiem, oregano czy ziołami prowansalskimi - mówi pani Arleta. - Smażone jest raz w tygodniu. Trochę musimy się nagimnastykować, by ułożyć menu - dodaje pani Danuta. - Gdy przepisy weszły w życie, zdarzało się, że na talerzach wracały całe porcje, ale przekonywałyśmy uczniów, żeby chociaż spróbowali i teraz jest lepiej - zaznacza pani Grażyna. - Dobrze by było, żeby można stosować chociaż cukier. Kisiel własnej roboty słodzimy miodem, ale to nie smakuje uczniom. Z tym miodem to zresztą niewypał. Wiele dzieci ma alergię i nie może go jeść - twierdzi pani Arleta.
Od września w szkołach kucharki muszą się bardzo nagimnastykować, aby przyrządzić dania zgodnie z przepisami

fot. Filip Kowalkowski

Od września w szkołach kucharki muszą się bardzo nagimnastykować, aby przyrządzić dania zgodnie z przepisami


Minister zapowiada zmiany


Już niebawem szykują się zmiany w przepisach. Minister edukacji Anna Zalewska zapowiedziała, że wspólnie z resortem zdrowia już nad tym pracują. Ma to nastąpić w ciągu dwóch miesięcy, ale o szczegółach na razie nikt nie mówi.

- Obecne rozporządzenie jest absurdalne. Pod hasłem zdrowej żywności doprowadzono do katastrofy żywieniowej w szkołach i likwidacji małych i średnich przedsiębiorców - stwierdziła minister Zalewska. Perspektywa zmian cieszy szkolne kucharki i właścicieli sklepików. Niektórzy dyrektorzy szkół też są za. - Przepisy muszą być przyjazne uczniom - mówi Eugeniusz Sobieraj, dyrektor Zespołu Szkół nr 8. - Te obecne miały ograniczyć dostęp do niezdrowego jedzenia. Cel był szlachetny, ale chyba wylano dziecko z kąpielą. Nadwaga u dzieci i młodzieży nie bierze się z tego, że uczeń zje w szkole drożdżówkę, tylko z tego, co spożywa w domu. Bywało, że uczniowie i tak przynosili do szkoły batony czekoladowe czy chipsy. Jedli je ostentacyjnie na korytarzu.

Edukacja, a nie zakazy


- A u nas dzieci przynosiły do stołówki sól z domu i same sobie przyprawiały zupę. Często nie miały wyczucia, więc soliły więcej niż zrobiłyby to panie kucharki - twierdzi Aleksandra Kuś, dyrektor ZS nr 10. - Jesteśmy szkołą sportową. Wydatek energetyczny uczniów jest większy niż u innych dzieci, a wrzucono nas do jednego worka. To absurdalne, że gimnazjalista po dwugodzinnym treningu wioślarskim nie może kupić w szkolnym sklepiku czekolady, która doda mu energii. Konieczna jest edukacja, a nie zakazy.

- Nie ma powodu, by do szkolnych sklepików wracały drożdżówki czy batony czekoladowe, które nie mają wartości odżywczych - mówi Elżbieta Wiewióra, dyrektor Wydziału Edukacji i Sportu Urzędu Miasta Bydgoszczy. - Nadwaga i otyłość u uczniów to coraz większy problem. Trzeba działać i to natychmiast! W szkołach realizujemy mnóstwo programów promujących zdrowy styl odżywiania. To jedno z głównych założeń zawartych w Strategii Rozwoju Edukacji Miasta Bydgoszczy na lata 2013-2020. Uczniowie uczestniczą też w wielu akcjach, na przykład „Śniadanie daje moc”, „Zamiast batona zjedz jabłko”, „Żyję zdrowo”, a szkoły podstawowe przyjęły ofertę Agencji Rynku Rolnego i realizują programy „Mleko w szkole” i „Owoce i warzywa w szkole”. W tym roku szkolnym miasto przeznaczy na utrzymanie stołówek szkolnych i przedszkolnych ok. 10 mln zł. W ramach środków będących w dyspozycji Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, w 2016 roku na dożywianie dzieci zaplanowano około 4 mln zł. Obiady w szkołach są też sponsorowane przez Kościół katolicki i np. osoby prywatne, rady osiedli oraz kluby sportowe. Ogółem korzysta z nich 12.650 uczniów.

Warto wiedzieć: Od 1 do 5 tys. zł


Takie kary mogą zapłacić właściciele szkolnych sklepików za niedostosowanie się do przepisów ustawy. Od września 2015 r. inspektorzy sanitarni prowadzą systematyczne kontrole w szkołach w województwie.

Dotychczas w sklepikach i szkolnych stołówkach stwierdzono tylko drobne uchybienia. Dotyczyły słodzenia napojów cukrem i braku dostatecznej ilości dodatków owocowo-warzywnych. Skończyło się na pouczeniach. Kar finansowych nie było.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 09-02-2016 13:13

    Oceniono 1 raz 1 0

    - Ona30: Jak wrócą drożdżówki i np. małe Laysy to i obroty wzrosną. Jadłam takie rzeczy jak byłam dzieckiem i otyła nie jestem. Do tej pory miło wspominam oranżadki w proszku i andruty. A dzieci jak nie kupią w sklepiku szkolnym tego na co mają ochotę to kupią po drugiej stronie ulicy.

    Odpowiedz