Reżyser poza głównym nurtem, po słonecznej stronie ulicy

rozmawiała Paulina Błaszkiewicz 15 stycznia 2016, aktualizowano: 15-01-2016 18:23

„Pomyślałem , że jak już mam robić film, to niech będzie inny od tego, co było i od tego, co jest. Zawsze starałem się wyróżniać, bo nie lubię chodzić w stadzie, nawet jeśli są w nim najmilsi ludzie” - mówi JANUSZ MAJEWSKI, reżyser filmu „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”, który dziś wchodzi do kin.

Na planie filmu „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”. Na zdjęciu od lewej: reżyser Janusz Majewski oraz autor książki Włodzimierz Kowalewski.

Fot.: Jacek Smarz



Dlaczego warto iść po słonecznej stronie ulicy?
Po pierwsze dlatego, że to jest tytuł piosenki, która pojawia się kilkakrotnie w moim najnowszym filmie, ale najistotniejsze jest to, że te słowa są mottem excentryków. To sposób na ich widzenie świata, na życie, działanie w sytuacji mało sprzyjającej odważnym i szalonym pomysłom, a takim przecież było założenie orkiestry w malutkiej mieścinie. Bohaterowie, których oglądamy na ekranie, muszą przezwyciężyć pewne kłopoty i trudności. Muszą w to wierzyć, bo gdyby nie wiara, że jak się chce, to się da, i optymizm głównego bohatera, to nic by się nie udało.

Ale Fabian, którego gra Maciej Stuhr, tak naprawdę nie ma wielkich powodów do radości...
No tak. Jego siostra jest chora, miłość dwuznaczna, a jednak idzie do przodu, nie poddaje się, dąży do celu.

Albo przetrwania... Można powiedzieć, że początki jazzu w tamtych czasach były lekarstwem na panujące zakłamanie.
Owszem, można tak powiedzieć, faktycznie tak było. Przede wszystkim sama muzyka nie miała łatwego życia. Pojawiła się tuż po wojnie z racji tego, że zaczęły trafiać do nas filmy amerykańskie, a radio miało taką audycję, której młodzi chłopcy słuchali co noc z zapartym tchem.


Janusz Majewski: Ludzie odbierają różne żarty wymyślone dziesięć lat temu, a zrealizowane przeszło pół roku temu, jak aluzje do współczesnej sytuacji w Polsce.



Pan też słuchał?
Tak, ja też zakochałem się w tej muzyce po uszy, a potem przyszły ciężkie czasy. W stalinowskim okresie jazz był uznawany za coś antysocjalistycznego, propagującego imperialistyczny, amerykański styl życia, dlatego ten gatunek został zakazany. Przez parę lat jazzu nie można było w ogóle słuchać, ale i tak żył swoim życiem w podziemiu. Były koncerty w rozmaitych miejscach, nawet ja na takim byłem.

Ale nie w Toruniu ani Ciechocinku?
Pamiętam, że to były pierwsze jazzowe zaduszki w jakiejś krakowskiej szkole na peryferiach. Zaproszenia były ściśle tajne, a mimo to osób na sali sporo. To były tak zwane czasy katakumbowe, a chwilę po nich nastąpiła odwilż. Historia „Excentryków” rozgrywa się w roku 1957 , a w 1956 roku nastąpiła w Polsce słynna odwilż. Po krwawych wydarzeniach węgierskich Gomułka doszedł do władzy. Wszystkim się wydawało, że przyjdą lepsze czasy i w końcu skończy się dyktatura proletariatu, a przede wszystkim dyktatura Moskwy. Tak się nie stało, ale przez pierwsze lata odwilży mieliśmy taką nadzieję - dokładnie ten czas pokazuję w swoim filmie.

Powiedział Pan: „Wszystkim się wydawało, że przyjdą lepsze czasy”. To nie był łatwy okres w naszej historii, a Pan dostrzegł w nim coś pozytywnego.
Ten obraz jest subiektywny, inny od tradycyjnego widzenia tamtych czasów. Wszyscy myślą, że to był jeden wielki gułag, że ludzie chodzili w łachmanach i zbierali po ulicach skórki od ziemniaków, a tak nie było. Ludzie też chcieli żyć jakoś lepiej, też się kochali i mieli życie prywatne. Bywało różnie, ja wydobyłem tę lepszą stronę i na niej postanowiłem skupić swoją uwagę.

Jaką rolę w tym wszystkim odegrał Włodzimierz Kowalewski, autor książki „Excentrycy”, która ukazała się dziesięć lat temu. Przeczytał Pan książkę i stwierdził: Zrobię o tym film?
Dokładnie tak było. Kiedy skończyłem czytać „Excentryków”, od razu wiedziałem, że to jest materiał na film. To historia, która dotyka ciekawych czasów, a przede wszystkim dotyka muzyki, którą kiedyś tak pokochałem i którą kocham do dziś. Gdyby nie było książki, nie byłoby filmu. Z kolei gdyby nie ten film, to pewnie książkę też byśmy inaczej odbierali. Może byśmy o niej zapomnieli... Wie pani, co dzisiaj jest najbardziej śmieszne?

Chyba się domyślam. Czy chce Pan powiedzieć, że ten film to całkiem aktualna historia?
Kilka dni temu, na pierwszej premierze w Warszawie zobaczyłem, że ludzie odbierają różne żarty wymyślone dziesięć lat temu, a zrealizowane przeszło pół roku temu, jak aluzje do współczesnej sytuacji w Polsce.

To ciekawe, co Pan mówi, bo kiedy byłam na Festiwalu Filmowym w Gdyni, gdzie zresztą odebrał Pan za „Excentryków” Srebrne Lwy, spotkałam się z opiniami, że ten film to fajna, ale jednak trochę staroświecka historia...
Zupełnie niechcący rzeczywistość wpłynęła na odbiór filmu. Tak się czasem zdarza, ale ja miałem zupełnie inne intencje.

Jakie? We wspomnianej już Gdyni mówił Pan, że młodych twórców fascynuje zło, brzydota świata, ból i cierpienie. Rozumiem, że tych kwestii Pan unika?
Ja już mam tego dosyć w kinie. Pomyślałem, że jak już mam robić film, to niech będzie inny od tego, co było i od tego, co jest. Zawsze starałem się wyróżniać, bo nie lubię chodzić w stadzie, nawet jeśli są w nim najmilsi ludzie. Zawsze uciekałem od wpisania się w jakieś nurty.

A dokąd Janusz Majewski zamierza uciec w najbliższej przyszłości?
Teraz przypomniało mi się, jak Witold Gombrowicz w wieku sześćdziesięciu lat został zapytany o to, jakie ma plany na przyszłość. Odpowiedział krótko: grób. Ja mam 85 lat, więc jeszcze bliżej mi do grobu, ale na razie się tam nie wybieram. Mam nadzieję zrobić jeszcze jeden film, ale niestety już nie muzyczny. Tym razem to będzie kryminał z okresu wojny.

Czyli wstępny zarys już Pan ma.
Taką mam nadzieję. Ja już mam wszystko narysowane. Teraz trwa promocja filmu „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”, ale właśnie ukazała się książka, którą napisałem jakiś czas temu pt. „Czarny mercedes”. Od środy można ją znaleźć w księgarniach w całej Polsce.

To filmowa historia?
Zdecydowanie tak. Jeśli zdobędę środki finansowe, to przeniosę ją na ekran. Szkoda, że akcja dzieje się w Warszawie i we Lwowie, bo nie wiem, czy Warszawa da mi pieniądze; jak to zrobił Toruń i województwo kujawsko- pomorskie.

Rozumiem, że dobrze się u nas Panu pracowało?
W takim pięknym mieście mogło mi się tylko dobrze pracować. Jako były architekt i miłośnik sztuki jestem uczulony na dobrą architekturę i uroki takiego miasta jak Toruń, który jest niezwykły w skali światowej, nie tylko polskiej. Żałuję, że byłem tak krótko i o takiej mało sprzyjającej porze, bo w kwietniu było dosyć zimno. Teraz też pogoda nas nie rozpieszcza, ale zdarzało mi się bywać w Toruniu w lepszych klimatach i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zachęcać przyjaciół i znajomych do tego, by tu przyjeżdżali.

Faktycznie szkoda, że historia nowego filmu będzie się toczyć w Warszawie, ale jak Pan sam powiedział: jak się chce, to się da. Zawsze można...
...dopisać specjalny wątek (śmiech). Muszę się nad tym poważnie zastanowić.

Janusz Majewski


Urodził się 5 sierpnia 1931 roku we Lwowie. Jest absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi. Ukończył Wydział Reżyserii, a później był też wykładowcą tej szkoły. Jego studentami byli m.in. Feliks Falk, Andrzej Barański, Filip Bajon i Juliusz Machulski. Jest twórcą filmów: „Królowa Bona”, „C.K.Dezerterzy”,„Mała matura 1947” i wielu innych. W 2012 roku został uhonorowany nagrodą„ Orła” w kategorii „Za Osiągnięcia Życia”. Dwa dni temu kazała się jego książka .

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.