Groźby, haracze, szantaż, handel narkotykami i podpalenia, czyli sposób na życie bezrobotnego Jacka O. z Kołaczkowa

Grażyna Ostropolska 15 stycznia 2016

„Dostaniesz śrubokręt w kręgosłup, a wózek inwalidzki przywieziemy ci gratis” - to jeden z SMS-ów, wysłanych do pana Andrzeja z Rynarzewa. Ich nadawca czuł się bezkarny, bo posiadał ponad 50 telefonów i kart SIM.

Fot.: rys. Łukasz Ciaciuch


Taki zbiór „narzędzi” do komunikowania się z ofiarami znalazła szubińska policja w domu 42-letniego Jacka O. z Kołaczkowa. Odczyt danych z telefonów pozwolił na przedstawienie mu zarzutów m.in. dotyczących wymuszania haraczy, gróźb i podpalenia samochodu, należącego do partnerki Andrzeja P.


Krótko po pożarze auta P. otrzymał od domniemanego podpalacza (przedwczoraj rozpoczął się jego proces.) serię SMS-ów. - Pierwszy był krótki: „Ale piekło!”, a w kolejnym nadawca rozwinął tę myśl. Wyjaśnił, że na razie to był grill i jeśli nie przekażę 5 tys. zł jego „ziomalowi” i jemu 2 tys. zł za pośrednictwo, to spalą nasz dom, a mnie wywiozą nad rzekę, wbiją mi śrubokręt w kręgosłup, zaś wózek inwalidzki przywiozą gratis - relacjonuje pan Andrzej. Do podpalenia auta, zarejestrowanego na jego partnerkę, doszło 25 lutego ub. roku w Rynarzewie.

- Było ok. 1.00 w nocy, zaczęły ujadać psy, więc wyjrzałam przez okno i

zobaczyłam łunę ognia


- wspomina pani Agnieszka. Palił się jej samochód. Zostawiła go pod domem, bo wczesnym rankiem miała jechać do pracy. Była przerażona. Partner i syn starali się ugasić pożar. Pomagali im sąsiedzi. Robiło się niebezpiecznie, bo ogień zajął ocieploną styropianem i sidingiem ścianę domu. Strażacy kazali im zabrać najcenniejsze rzeczy i opuścić dom, bo na szczycie ściany znajdowały się bezpieczniki prądu. - Do końca życia nie zapomnę, jak moja 11-letnia córka w bamboszkach, szlafroczku i ze świnką morską w rękach stoi na mrozie - mówi pani Agnieszka. Nie zapomni też takiej sceny: - Po dogaszeniu pożaru dowodzący strażakami, nie zaglądając do auta orzekł, że to

„zwarcie instalacji”


- wspomina poszkodowana. Ufała, że wezwana na miejsce pożaru policja podejdzie do sprawy poważniej.

- Mówiłam policjantce, że to podpalenie, ale ona przyjęła opinię strażaka o zwarciu instalacji. Nie zabezpieczono żadnych śladów, ograniczono się tylko do spisania protokołu - twierdzi pani Agnieszka. Nie uwierzyła w wersję o zwarciu instalacji. - Spalił się tył i wnętrze auta, a nie przód z przewodami - tłumaczy.

Nie dawało to pani Agnieszce i jej partnerowi spokoju, więc następnego dnia po pracy przeprowadzili własne śledztwo. Znaleźli w spalonym samochodzie młotek z ponadpółmetrowym nadpalonym trzonkiem i korek, więc zadzwonili po policję. - Przyjechali, popatrzyli, zrobili jakieś notatki, ale ani młotka ani korka nie zabrali - wspominają poszkodowani. Następnego dnia o 4.30 pana Andrzeja obudził głuchy telefon, a kilka godzin później otrzymał SMS-y z groźbami.

Treść SMS-ów pozwoliła im powiązać podpalenie auta pani Agnieszki z wydarzeniem sprzed miesiąca. Pojechali wtedy do państwa M. po odbiór rusztowań. - Andrzej robił im ocieplenie domu, ale ponieważ M. kwestionowali stawkę za robotę i wypłacili mu zaliczkowo tylko połowę, czyli 5 tys. zł, mój partner przerwał pracę - wspomina pani Agnieszka. Pojechała z partnerem po rusztowania. - M. nie chcieli ich oddać. Z mieszkania wyskoczył ich 17-letni wnuk Oskar, zamknął furtkę na klucz i powiedział, że dzwoni na policję, ale zanim pojawili się mundurowi, wezwał na pomoc znajomego - opowiada kobieta. Wtedy pierwszy raz zobaczyła Jacka O. z Kołaczkowa. - Krzyczał, że mamy oddać przywłaszczone pieniądze, bo jak nie,

to go popamiętamy,


a kiedy poprosiłam, by się uspokoił, bo go nagrywam, opluł mnie i uciekł - wspomina poszkodowana. Policjanci uświadomili M., że muszą oddać panu P. rusztowania. Pani Agnieszka chciała, by przyjęli też zawiadomienie o groźbach, jakie kierował do nich znajomy Oskara. - Usłyszałam jednak, że to nic nie da, jeśli ten człowiek nic mi fizycznie nie zrobił - twierdzi kobieta.

Dopiero treść SMS-ów , które pan Andrzej otrzymał po spaleniu auta partnerki, zmusiły policję do zagłębienia się w sprawę. Zaczęło się od przesłuchania Oskara, który wyznał, że wraz z ojcem był u Jacka O. i prosili go o pomoc w odzyskaniu od Andrzeja P. pieniędzy, które ten wziął od dziadków za niedokończony remont. Ponieważ 42-letni Jacek O. z Kołaczkowa był już karany i podejrzewano go o handel narkotykami, a Oskar nazwał go swoim znajomym, zrobiono u siedemnastolatka rewizję. Znaleziono u niego

nabój i konopie,


i zatrzymano. - Wypuszczono go z komendy po 24 godzinach, a ludzie w Rynarzewie spekulują, że ujdzie mu to płazem, bo jego mama pracuje w policji. Ja ją poznałam, gdy przed pożarem przyszła do nas, grożąc, że jak nie rozliczymy się z jej rodzicami, utrudni nam życie - wspomina pani Agnieszka. Zanim policjanci dotarli do Jacka O., ten zdążył wysłać panu Andrzejowi kolejnego SMS-a. Cytujemy go w całości, bo pokazuje sposób działania przestępców: „Nie wysyłaj łajzo mms-ów, bo ten telefon ich nie odczytuje, to zwykły aparat jednorazowy, numer też i niebawem zostaną zniszczone. Auta na takie misje też są kradzione lub zarejestrowane na meneli. Jutro dostanę info, czy i w jakiej ubezpieczalni wasz budynek jest ubezpieczony, bo jeśli będzie gdziekolwiek ubezpieczony, a ty k.... je... nie oddasz floty to budynek zostanie odwiedzony w całości, w tym wewnątrz przez stryja mołotowa z lawiną anonimowych donosów do ubezpieczalni, że podpalony został i to specjalnie przez was, by wyłudzić odszkodowanie”.

- Dziwnym trafem ojciec Oskara jest pośrednikiem ubezpieczeniowym - zauważa pani Agnieszka. Podczas rewizji w mieszkaniu Jacka O. znaleziono ponad 50 telefonów i kart SIM różnych sieci, a wśród nich te, z których kierowano groźby do Andrzeja P. oraz Macieja L., któremu O. rok wcześniej zniszczył samochód.

Oskar zeznał, że narkotyki dostarczał mu Jacek O., ale nie osobiście. 17-latek miał mu zostawiać pieniądze w lesie

pod kamieniem lub ściółką


i nazajutrz odbierać stamtąd konopie. Za gram suszu płacił 25 zł. Podobno w notesie i na laptopie Oskara policja znalazła informacje o odbiorcach narkotyków.

W marcu Jacek O. trafił do aresztu, który przedwczoraj sąd przedłużył o kolejne dwa miesiące. Zza krat O. słał grypsy. Jeden z nich znaleźli funkcjonariusze CBŚ podczas rewizji u Radosława C. z Inowrocławia - Jacek O. kazał mu napisać do nas list w jego imieniu, przykleić go taśmą do kostki brukowej i wrzucić na nasze podwórko - opowiada pani Agnieszka. C. miał ich przeprosić i namawiać jej partnera, by ten skłonił Oskara do wycofania się z zeznań jakoby narkotyki kupował od Jacka O. Pani Agnieszka jest oskarżycielem posiłkowym i domaga się, by osobę winną podpalenia auta i zniszczenia ściany domu zobowiązano do naprawienia tych szkód.

- Obliczam straty na 15 tys. zł, a jeśli dodam, że moja córka przeżyła traumę, nie chciała mieszkać w domu i musiała korzystać z opieki psychologa, to zadośćuczynienie powinno być wyższe - uważa. Była w szoku, gdy pod aktem oskarżenia, skierowanym przeciw Jackowi O. i Oskarowi, przeczytała, że „po zamknięciu śledztwa” obrońcy oskarżonego Oskara wnieśli o warunkowe umorzenie postępowania karnego wobec ich klienta. - I pewnie tak się stało, bo na ławie oskarżonych zasiadł tylko Jacek O. Dlaczego, skoro Oskar zeznał, że przed pożarem dostał od O. sygnał, że ma wyjechać na noc do Bydgoszczy, by zagwarantować sobie alibi, czyli musiał znać plany podpalacza - pyta pokrzywdzona.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.