Selfie z Jezusem na słynnej Corcovado

Krzysztof Błażejewski 8 stycznia 2016, aktualizowano: 08-01-2016 13:06

Na szczytowej galeryjce panuje wielki ścisk. Nic dziwnego. Wszyscy odwiedzający miasto muszą przecież zaliczyć wjazd na Corcovado. Być w Rio i nie zobaczyć znanego w świecie posągu Chrystusa?!

Witam wszystkich, którzy do mnie przybywacie - zdaje się mówić na Corcovado Cristo Redentor.

Fot.: Krzysztof Błażejewski


Kiedy wysiadam z klimatyzowanego autobusu na dworcu Cosme Velho, natychmiast oślepia mnie słońce, przenika do głębi tropikalny żar. Jest straszny upał, w cieniu 38 stopni, ale Europejczykowi gorzej jest znieść tutejszą wysoką wilgotność powietrza. I zmianę pory roku. U nas mroźna zima, a tu, w Rio de Janeiro, środek lata. O wszystkim jednak szybko zapominam, kiedy podnoszę wzrok w górę. Natychmiast spostrzegam wysoką, stromą, skalistą górę, porośniętą bujną zielenią. To cel mojej wyprawy. Corcovado. Z najbardziej znanym posągiem na świecie na samym szczycie.

Anteny satelitarne to konkurencja dla posągu Chrystusa


Corcovado to po polsku garbus. Taką nazwę, od swojego kształtu, nosi nadoceaniczna skała, wznosząca się stromo na wysokość ponad 700 m n.p.m. Na jej szczycie stoi jeden z siedmiu cudów świata czasów nowożytnych. Znany wszystkim Cristo Redentor, Chrystus Zbawiciel, który swoimi rozłożonymi rękoma zdaje się patronować leżącemu u jego stóp miastu, Rio de Janeiro, i witać przybywających.


Każdy zna z pewnością widok tego arcydzieła rąk ludzkich z powietrza, z licznych reklamówek i filmów. Pokazywano go w dziesiątkach hitów kinowych, jak choćby w „Człowieku z Rio”, kiedy Jean-Paul Belmondo podziwia go z okien samolotu. Tak widać figurę najlepiej. Dziś jednak samotne górowanie Chrytusa nad Rio de Janeiro to już przeszłość. Kiedy mój samolot z Rio do Kurytyby startował z położonego na niewielkiej wyspie u stóp Głowy Cukru lotniska Santos, miałem okazję zobaczyć z góry, że słynnego posągu trzeba wypatrywać zza lasu... wysokich, biało-czerwonych anten satelitarnych, którymi obstawione są sąsiednie wzgórza. Cóż, znak czasu...

Jezus biały, Jezus czerwony, na koszulce i  kapeluszu... Pamiątki  do wyboru, do koloru.

fot. Krzysztof Błażejewski

Jezus biały, Jezus czerwony, na koszulce i kapeluszu... Pamiątki do wyboru, do koloru.



Tutaj, jeszcze na dole, na Cosme Velho, natychmiast otaczają mnie krzykliwi właściciele taksówek. Każdy z nich stara się mnie przekonać, że nie warto wjeżdżać na szczyt kolejką szynową, że trzeba zaufać któremuś z nich, a wtedy znajdę się na górze dużo prędzej i taniej. Udaję, że tego nie słyszę.

W drodze do stacji przechodzę obok przenośnego stoiska z pamiątkami piłkarskimi. Nic dziwnego, w końcu jestem w Brazylii, w kraju kawy i futbolu. Zerkam z ukosa na stragan, ale robię to, niestety, odrobinę za długo. Jego właściciel zastępuje mi drogę. Pada konwencjonalne „Where are you from?”, a ja nie umiem się powstrzymać od odpowiedzi „Polonia”. „Moment, one moment” - woła sprzedawca i za chwilę ma już w dłoni... prawdziwy czerwony szalik z białym napisem POLSKA i orzełkiem w koronie. „Pol-szka go-la” - wykrzykuje Brazylijczyk, śmiesznie zniekształcając według reguł swojego języka nazwę naszego kraju. Pytam go, czy wie, że w Polsce od niedawna stoi posąg Chrystusa wyższy niż w Rio. Okazuje się, że wie, nawet widział figurę w telewizji, która o świebodzińskim posągu pokazała obszerny reportaż.

- Ale nikt do Polski nie jedzie, żeby zobaczyć waszego Chrystusa - dodaje handlarz . - A do nas przyjeżdża cały świat.

Trudno odmówić mu racji.

Drugi polski akcent znajduję we wnętrzu wiaty, prowadzącej do kasy kolejki jeżdżącej na szczyt Garbusa. To polska flaga wisząca tam wśród ponad stu innych stanowiących symbol zbudowania Brazylii przez imigrantów z wielu równych krajów, w tym przez ponad milion Polaków. Dowiaduję się w kasie, że mogę kupić bilet na wjazd za półtorej godziny. Mam szczęście. W ostatnich latach liczba chętnych do wjazdu na szczyt Corcovado znacząco wzrosła i, jak słyszałem, zdarza się czekać na kolejkę nawet parę godzin. Nie ma się co temu dziwić. Każdy, kto odwiedza Rio, po prostu musi sobie zrobić zdjęcie z najsłynniejszą figurą Zbawiciela. Rekord odwiedzających padł w 2014 roku z okazji piłkarskich mistrzostw świata. Kolejny przewidywany jest na lato tego roku, kiedy do Rio przyjadą sportowcy i kibice na igrzyska olimpijskie.

Owoce chlebowca wiszą na wyciągnięcie dłoni


Na Corcovado można wejść pieszo, wjechać samochodem lub rowerem albo specjalną kolejką zębatą, działającą tu od 1884 roku, kiedy jeszcze posąg nie był nawet w odległych planach. Przejazd pociągiem jest sporą atrakcją, jego trasa wiedzie bowiem najkrótszą drogą, przez pierwotny las atlantycki, objęty ścisłą przyrodniczą ochroną. Dwa wagoniki zabierają w sumie 180 osób, kursują co 20 minut, mają po drodze kilka przystanków, bo muszą mijać się w określony sposób z pociągiem zjeżdżającym w dół. Linia została po raz ostatni przebudowana w 1979 roku. Ruchu na niej dziś nie da się zwiększyć ani przyspieszyć. Bilet kosztuje prawie sto złotych, ale... jeśli - parafrazując słowa pewnej reklamy - coś na świecie jest bezcenne, to jest nim widok z bliska posągu Zbawiciela.

Widok z Corcovado na południe. W środku hipodrom, a za dzielnicą mieszkaniową słynna plaża ipanema.

fot. Krzysztof Błażejewski

Widok z Corcovado na południe. W środku hipodrom, a za dzielnicą mieszkaniową słynna plaża ipanema.



W oczekiwaniu na wjazd można pokręcić się po stacji kolejki, zajrzeć do nader licznych tu kiosków i sklepów z wszelkiej maści suwenirami (nie do wiary, ile może być wzorów i kolorów koszulek z posągiem Chrystusa), obejrzeć pamiątkowy wagon kolejki zwanej Trem do Corcovado (wyprodukowany w Szwajcarii w 1883 roku), zwiedzić pobliskie muzeum, pooglądać w sąsiedztwie liczne murale o tematyce przeważnie religijnej albo... podziwać karnawałowe stroje obsługi pociągu.

W pewnej chwili poruszenie wśród oczekujących pod wiatą na dolnej stacji wywołuje Brazylijka mieszanej urody afrykańsko-indiańskiej, która wszczepiła sobie silikonowe poduszki tam, gdzie... kończą się plecy. Dziewczyna w krótkich spodenkach przechadza się po stacji, świadoma kierowanych w jej stronę spojrzeń. W końcu dokładnie po to poddała się temu zabiegowi. Tu operacje plastyczne to norma i nikogo nie zaskakują, są źródłem ogromnego dochodu dla lekarzy. Brazylijczycy wyznają kult pięknego ciała i starają się o nie dbać, wydając fortunę na poprawienie swojego wyglądu. W Rio, mimo niesamowitego często upału, każdy jest przez okrągły dzień wypachniony. Nie przeszkadzają miejscowym także... obfitsze kształty. Tutaj są one często zaletą, dlatego mniej więcej czwarta część całej populacji Brazy-lijczyków, zwłaszcza osób z domieszką krwi indiańskiej u nas zostałaby uznana za ludzi otyłych. Wśród młodzieży nadwagę ma więcej niż połowa osób. Widomy znak, że pod względem dobrobytu ten kraj zbliża się do USA...

Sam wjazd na szczyt trwa tylko około 20 minut. Kolejka sunie majestatycznie z prędkością 15 km na godzinę. Po drodze można podziwiać oplecione filodendronami i lianami majestatyczne chlebowce, których zwisające na poziomie wagoników owoce zdają się aż prosić o zerwanie.

Prąd z Genui nie dotarł z powodu złej pogody


Na górnej stacji kolejki ruch ogromny. Tu spotykają się wjeżdżający pociągiem z osobami dowożonymi busami, gdyż parking dla samochodów i rowerów znajduje się niżej, a także z turystami wędrującymi pieszo, których można poznać po plecakach i wymęczonej twarzy. Wokół kilkanaście straganów z pamiątkami i niezliczone kawiarenki. Zimny napój, gdy trzeba się zmagać z prawie 40-stopniową temperaturą, jest tu prawdziwym błogosławieństwem, mimo iż kosztuje pięć razy drożej niż na stacji początkowej.

Do samego szczytu dotrzeć można zwykłymi lub ruchomymi schodami albo windą. Wchodzenia po ponad 200 stopniach raczej nikt nie wybiera... Odwrotnie jest w dół, wtedy puste są raczej windy, gdyż schody zapewniają widoki, jakich na świecie mało.

Już z tego miejsca odwrócony tyłem posąg Chrystusa robi wrażenie, a cóż dopiero, kiedy na szczytowej platformie stanie się z nim twarzą w twarz i rozejrzy się wokół... Doprawdy mało jest na świecie takich miejsc. Szczyt Corcovado potwierdza wszystkie, kiedykolwiek wypowiedziane o nim zachwyty. Padają zresztą co chwilę w wielu językach.

Statuę Cristo Redentor zbudowano w 1931 roku. Miała stanowić pomnik niepodległości Brazylii, której setna rocznica przypadła na 1922 rok, jednak prace nad tak wielkim dziełem trwały całą dekadę. W zorganizowanym konkursie na pomnik zwyciężył pomysł brazyjskiego artysty Hectora da Silvy. Postać Chrystusa z rozpostartymi ramionami, obejmującymi zarówno miasto, jak i witającami przybywających gości od morza, spodobała się najbardziej. Rząd jednak stanowczo odmówił ufundowania tej kosztownej pamiątki. Pieniądze na wykonanie rzeźby rozpoczęto zatem zbierać w kościołach całej Brazylii. Zajęło to kilka lat...

Wykonanie dzieła powierzono francuskiemu rzeźbiarzowi polskiego pochodzenia, synowi powstańca styczniowego, Paulowi Landowskiemu. Statuę zbudowano we Francji i przewieziono drogą morską w 50 elementach do Rio de Janeiro, a przed umieszczeniem na szczycie wzgórza obłożono steatytową mozaiką. Uroczyste odsłonięcie pomnika, który wraz z podstawą liczy 38 m wysokości, nastąpiło 12 października 1931 r. W jego trakcie projektant oświetlenia pomnika, słynny włoski pionier radia Guglielmo Marconi, miał włączyć światła oświetlające figurę z jachtu przycumowanego w porcie we... włoskiej Genui. Pogoda uniemożliwiła jednak tę niezwykłą operację, prąd włączono w Rio. Oświetlenie statui od samego początku wzbudziło zachwyt i wzbudza je nadal do dziś, szczególnie wieczorem, gdy z każdego niemal miejsca w mieście zobaczyć można ręce rozłożone w geście krzyża.

To nie sztuka zabić kruka, ale... zrobić selfika z Jezusem


Figura Chrystusa zawsze zachwycała i fascynowała każdego, kto stawał u jej stóp. Julian Tuwim, który przybył tu w czasie wojny, napisał „W Rio, na szczycie Corcovado, / Stoisz kamiennym wielkoludem / Z ramiony rozkrzyżowanemi: / W dzień jesteś krzyżem, w nocy cudem”.

Oszałamiające są także widoki rozciągające się ze szczytu Corcovado. W oczy rzucają się rozległe jaśniejące piaskiem plaże, poszarpane brzegi zatoki Guanabara, domy wysokościowców w centrum i białe dachy poukrywanych w zieleni osiedli wyklętych - faweli. Szczególną uwagę zwraca owalny kształt żołto-zielonego hipodromu u stóp wzgórza wraz z jeziorem. Za nim lśnią w słońcu setki białych kadłubów, masztów i żagli przycumowanych w zatoce jachtów. Stojąc tutaj, łatwo można zrozumieć, dlaczego Rio nazywa się najpiękniejszym miastem świata. Te słowa wydają się w tym miejscu oczywistością.

U stóp pomnika można także przeżyć sporo stresu, tak wielki panuje tu tłok. Słychać wiele języków, widać różne kolory skóry i rysy twarzy. Każdy ma w dłoni smartfon lub aparat. Stań tam, teraz ja tobie, potem ty mnie, przesuń się w lewo, jeszcze trochę, poczekaj, aż przestaną mi się wcinać w kadr... Trwa fotograficzna gorączka. Projektant galerii otaczającej posąg zapewne nigdy nie przewidywał, jakie tłumy będą tu kiedyś przybywać. Podobno w 2015 roku statuę odwiedziły dwa miliony ludzi...

Większość podróżnych chce sobie zrobić przede wszystkim selfie z figurą Zbawiciela. To jednak okazuje się wyjątkowo trudnym przedsięwzięciem. Aby być na zdjęciu sam na sam z brazylijskim cudem świata, trzeba stanąć możliwie blisko niego. Wówczas jednak cały posąg nie mieści się w kadrze. Amatorzy takich fotek odsuwają więc rękę z telefonem jak najdalej od siebie, przyjmują najdziwaczniejsze pozycje, ale... ręka i tak okazuje się za krótka. Pomocą w takich sytuacjach służą miejscowi młodzieńcy z wypomadowanymi czarnymi włosami, których zawsze kilku stoi u stóp pomnika. Trzymają w dłoniach teleskopowe uchwyty do telefonów, które pozwolą każdemu zrobić selfika. Wypożyczenie kosztuje tylko jednego reala. Doprawdy, interes można zrobić na wszystkim.

Jeśli kupuje się bilet na wjazd na górę, to jednocześnie trzeba nabyć powrotny i także na określoną godzinę. 40 minut na szczycie mimo piekącego słońca, przed którym trudno tutaj się schować, mija jak jedna chwila. Spacer galerią, uchwycenie aparatem wspaniałych widoków z obu stron i właściwie czas wracać. Po drodze do zejścia schodami, z kaplicy umieszczonej w podstawie Chrystusa słychać dziwnie znajomo brzmiące słowa. To jakaś polska wycieczka odmawia „Ojcze nasz...” Jednak świat naprawdę jest mały.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.