Multi kulti w szkole NATO

Grażyna Ostropolska 8 stycznia 2016

Jakież to ciężkie grzechy ma na sumieniu polsko-koreańska rodzina Hermanowiczów z czworgiem własnych i trójką powierzonych ich opiece obcojęzycznych dzieci, skoro dyrekcja International School of Bydgoszcz grozi jej prokuratorem i sądem, a specjalnie zwołana Rada Pedagogiczna aż w 19 punktach określa to, czego Hermanowiczom robić nie wolno?

Polsko-koreańska rodzina Hermanowiczów wraz z panią Kim i jej dwójką dzieci oraz podopiecznym Robim

Fot.: Archiwum G. Harmanowicza


Pierwszy nakaz ze wskazaniem grzechu, którego Grzegorz Hermanowicz, prawny opiekun siedmiorga koreańskich dzieci, miał się dopuścić, używając w korespondencji mailowej z nauczycielką zwrotu: „Wygląda mi na to, że chce się Pani pozbyć niewygodnego problemu ucznia z trudnościami adaptacyjnymi brzmi: „Do kompetencji rodzica nie należy zakładanie złej woli nauczycieli”.


Ostatnie z dziewiętnastu przykazań Rady Pedagogicznej International School of Bydgoszcz (ISOB) zakazuje „przebywania pana Hermanowicza w szkole, podczas przerwy obiadowej, co odrywa dzieci od rówieśników i sprawia wrażenie, że nauczyciele są obserwowani”. Ale zdecydowanie najgroźniej brzmi ostrzeżenie, zawarte w oficjalnym piśmie dyrektorki International School of Bydgoszcz Imisławy Górskiej do opiekunów koreańskich dzieci: „Podjęto decyzję o upoważnieniu dyrekcji szkoły do podjęcia dalszych działań wobec państwa Hermanowiczów w celu zaprzestania dalszego podważania autorytetu zatrudnionych w ISOB nauczycieli, obrażania ich, dokonywania personalnych ataków na nich oraz zaprzestania działań wymierzonych przeciwko dobremu imieniu szkoły pod rygorem skierowania sprawy

do prokuratora na mocy przepisów,


gwarantujących nauczycielowi status funkcjonariusza publicznego”.

- Czytając długą listę zakazów byliśmy w szoku, bo na zwołaną z naszego powodu radę pedagogiczną nie zostaliśmy zaproszeni i nie mieliśmy szansy ustosunkować się do zarzutów - mówią Hermanowiczowie. Stałą korespondencję mailową i szczere rozmowy z nauczycielami międzynarodowej szkoły uważali za rzecz normalną. - Chcieliśmy, by nasze dzieci jak najłagodniej przeszły stres związany z migracją i adaptacją do nowych warunków - tłumaczą. W Korei też byli w stałym kontakcie ze szkołą. - Tam nauczyciele podają rodzicom prywatne telefony komórkowe i można dzwonić do nich w sprawie dziecka o każdej porze, bo traktują swój zawód jako szczególną misję, a uczniów podmiotowo - tłumaczy Jenna, rodowita Koreanka.

Międzynarodową szkołę w Bydgoszczy, stworzoną z myślą o dzieciach stacjonujących tu oficerów NATO, Hermanowiczowie wybrali świadomie ze względu na wielokulturowość. Namówili też do kształcenia dzieci w tej szkole dwie inne rodziny Koreańczyków.

Zaufali Hermanowiczom,


bo ci przez wiele lat prowadzili prywatną szkołę językową w Seulu. Niebanalne nauczanie w tej placówce można prześledzić w Internecie, gdzie Hermanowiczowie zamieszczali krótkie filmiki z lekcji. Widać na nich, jak dzieci uczą się przyrodniczych zwrotów podczas zajęć w parku, a zdobytą wiedzę o społeczeństwie potrafią przekazać po angielsku, przedstawiając raport z wyniku sond przeprowadzonych wśród mieszkańców Seulu.

- Nauczanie języka jest bardziej efektywne, kiedy dzieci zamiast studiować czytanki są zainteresowane tematem - twierdzi Grzegorz Hermanowicz i taki model nauczania zastosował w swojej szkole w Seulu.

W Polsce skończył filologię angielską. Żonę poznał w latach 90. ub. wieku, gdy jako zafascynowany dalekowschodnią kulturą i filozofią student poleciał do Korei. - Przed ślubem długo ze sobą korespondowaliśmy, by lepiej się poznać. Dla koreańskiej rodziny oddanie córki obcokrajowcowi było wtedy olbrzymim wyzwaniem, ale na szczęście rodzice Jennie byli dość otwarci - wspomina pan Grzegorz. Po ślubie Hermanowiczowie zamieszkali w Warszawie i tu w 2001 roku urodziła się im Gerda, a dwa lata później Miron.

Decyzję o wyjeździe do Seulu podjęli po kilku latach, gdy Jenna zatęskniła za Koreą. Tam założyli językową szkołę.

- Zatrudnialiśmy kilkunastu nauczycieli, w tym obcokrajowców, do ponad setki uczniów - opowiadają. W Seulu urodziły się im kolejne dzieci: Sonia i Noel.

Mogli kształcić potomstwo w Korei, więc

dlaczego wybrali Polskę?


- Koreański system nauczania obarcza dzieci wielkim stresem, bo ponad 90 proc. z nich wybiera się się na studia. Wiąże się to z tym, że marzeniem każdego Koreańczyka jest stała, bezpieczna praca na rządowej posadzie, ale by ją otrzymać, trzeba się dostać na jedną z prestiżowych uczelni, co wymaga znakomitego świadectwa i przejścia przez trudny egzamin - tłumaczą Hermanowiczowie. Chcieli oszczędzić dzieciom takiej presji i stąd wybór szkoły NATO w Polsce. Przyjechali tu w 2011 r. wraz z dwoma koreańskimi rodzinami, których dzieci uczyły się wcześniej w ich szkole językowej. Czesne za naukę w International School of Bydgoszczy było dla nich atrakcyjne, a do Hermanowicza, który tę placówkę wybrał, mieli zaufanie. Kiedy jedna z rodzin musiała wrócić do Korei, powierzyła swojego syna Robiego opiece pana Grzegorza. Podobną decyzję podjęła Kim, która co jakiś wraca do Korei i wtedy pełnoprawnym opiekunem jej synów, Bena i Harrego, jest Hermanowicz.

Pani Kim, Koreanka: Nie potrafię zrozumieć, dlaczego w polskiej szkole NATO jest taka niechęć nauczycieli do współpracy z rodzicami uczniów.


Teraz pani Kim jest w Polsce i nie kryje rozgoryczenia tym, co przydarzyło się Hermanowiczom.

- W Korei komunikacja z nauczycielami jest bardzo aktywna, a rodzice są bardzo zaangażowani w wychowanie dzieci, więc nie wiem dlaczego w polskiej szkole NATO jest taka niechęć do współpracy z nami - mówi Kim. Zaznacza, że nie są to tylko jej spostrzeżenia. - Amerykanka i Kanadyjka, z którymi rozmawiałam, miały podobne doświadczenia, związane z nauką ich dzieci w tej szkole, i bardzo to przeżywały - twierdzi Koreanka.

Spotykamy ją w domu Hermanowiczów. Jego wystrój świadczy o licznych zainteresowaniach dzieci. Wszystkie grają na instrumentach. Sonia i Noel wykazują talent w jeździe figurowej na lodzie, Miron to hokeista, a Gerda jest uzdolniona plastycznie. Hermanowiczowie postawili na

wszechstronny rozwój dzieci,


więc po półrocznym kształceniu trójki starszych w szkole NATO, gdzie oswoiły się nowym krajem i językiem, w 2012 r zapisali je do polskich szkół. Naukę w SP nr 3 w Toruniu dzieci łączyły z treningami sportowymi oraz zajęciami w szkole muzycznej i liceum plastycznym. - Udało się to jakoś pogodzić, bo dyrekcja i nauczyciele tych szkół byli nam przychylni, choć wymagało to wielu, nierzadko trudnych, rozmów i kompromisów - mówi Grzegorz Hermanowicz. We wrześniu 2015 r. zdecydował, że Gerda, Miron, Sonia i Noel będą kontynuować naukę w International School of Bydgoszcz i już po dwóch miesiącach wybuchł ostry konflikt między nim a częścią nauczycieli.

- Próbujemy ustalić moment, od którego to się zaczęło, i nie potrafimy go wskazać, bo tu żadnemu dziecku nie stała się krzywda. To, że państwo Hermanowiczowie zabrali dzieci z naszej szkoły, trudno nam zrozumieć - słyszymy od Imisławy Górskiej, dyrektorki International School of Bydgoszcz. W rozmowie uczestniczą też inni nauczyciele oraz oficer łącznikowy z ramienia ośrodka szkolenia NATO, którego dzieci też uczą się w tej placówce.

- Musiało się podczas tych zaledwie dwóch miesięcy sporo zdarzyć, skoro zwołano specjalną radę pedagogiczną poświęconą Hermanowiczom, a jej efektem jest długa lista zakazanych rodzicom zachowań - sugerujemy.

Dostajemy taką odpowiedź: - Dwa miesiące korespondencji pana Hermano-wicza z dziewięcioma nauczycielami, zawierającej obraźliwe i zniesławiające ich zdaniem treści, spowodowała, że 30 nauczycieli wystąpiło o to, by 2 listopada

zwołać w trybie pilnym radę


pedagogiczną, a ta wyraziła sprzeciw wobec takich zachowań i upoważniła mnie do oficjalnego wystąpienia do państwa Hermanowiczów o to, by zaniechali takich działań, bo jeśli nauczyciel zgłosi mi, że czuje się znieważony lub zniesławiony, będę musiała skierować sprawę do prokuratury - tłumaczy dyrektor Górska.

Pan Grzegorz pokazuje nam swoje maile do nauczycieli. - Nie ma w nich obraźliwych słów - zaznacza. Domaga się konfrontacji ze stawiającymi mu zarzuty, ale dyrekcja nie widzi takiej potrzeby. Harmanowicz zabiera siedmioro dzieci ze szkoły. „Moje zaangażowanie w dialog miało na celu poprawienie jakości nauczania oraz poprawę relacji uczniów z nauczycielami, natomiast reakcją było wrogie nastawienie nauczycieli do mnie, żony i naszych dzieci, a w rezultacie zerwanie zaufania rodziców do szkoły”- pisze do dyrektor Górskiej. Informuje ją, że przenosi dzieci do innej placówki. Prosi, by szkoła zwolniła go z obowiązku opłacania czesnego za kolejne 3 miesiące i dostaje odpowiedź, że jest to niemożliwe.

- Odmówiono nam też wydania cząstkowych ocen dzieci, zanim nie wpłacimy czesnego, co komplikuje ich sytuację w nowej szkole - skarżą się Hermanowiczowie. Tydzień przed Wigilią dyrektorka ISOB przysłała im ostrzeżenie: „Wzywam Państwa do przekazania informacji, w jakich placówkach oświatowych dzieci realizują obowiązek nauki lub natychmiastowe przysłanie dzieci do szkoły. Niewywiązanie się z obowiązku skutkować będzie wszczęciem postępowania egzekucyjnego i skierowaniem sprawy do sądu rodzinnego”.

Nasze interwencje: Niepokój w szkole NATO


Wybucha średnio co dwa lata. Pierwszy raz zadymiło w 2011 roku, gdy na jaw wyszło, że stanowisko dyrektora szkoły, w której wykłada się w języku angielskim, powierzono osobie bardzo słabo znającej ten język.

„To cofa Polskę o 20 lat!” - denerwowali się wówczas oficerowie Centrum Szkolenia Sił Połączonych (JFTC), stacjonujący w Kujawsko-Pomorskiem. Odwiedzili naszą redakcję, skarżąc się na brak współpracy szkoły z rodzicami. Nie potrafili zrozumieć, dlaczego dyrekcja ISOB zwalnia (i to w ciągu roku szkolnego) wykwalifikowanych nauczycieli, z którymi oni i ich dzieci mają najlepszy kontakt. Opisaliśmy ten międzynarodowy konflikt w publikacji pt. "Skandal w International School” z sierpnia 2011 roku, a ówczesny rektor Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego Józef Kubik, zapowiedział zmiany w funkcjonowaniu tej placówki i słowa dotrzymał. Zmieniła się dyrektorka, powstała Rada Rodziców, ale spokój nie trwał zbyt długo, bo już w 2013 roku dziesięcioro rodziców zabrało swoje dzieci ze szkoły. Byli niezadowoleni z tego, jak traktuje ich nowa wicedyrektor. - Nasze uwagi kwitowała słowami: „Jak Wam się nie podoba, możecie zmienić szkołę”- opowiadali w lipcu 2013 roku na spotkaniu z ówczesnym prorektorem UKW prof. Romanem Leppertem, który podjął się mediacji, Z przewodniczenia Radzie Rodziców zrezygnowała wówczas żona amerykańskiego oficera NATO, rozżalona z tego powodu, że szkoła zbagatelizowała nietypową wakacyjną korespondencję nauczyciela z uczennicą, nazywając to pomówieniami. Pisaliśmy o tym w publikacji: „Geniusz na odstrzał”.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.