Nie zgubcie kluczy!

Katarzyna Bogucka 31 grudnia 2015

Lepiej, gdy polityk to nie nadczłowiek, lepiej, gdy je, śpi, ma czas odpocząć, sensownie pomyśleć - uważa ARTUR ANDRUS, gospodarz koncertów sylwestrowo-noworocznych w Operze Nova.

Artur Andrus jest w Bydgoszczy od poniedziałku. Posiedzi tu do 3 stycznia. W sylwestra przygarną go znajomi: „Hulanki tak, tańce nie” - tak Andrus imprezuje

Fot.: Grzegorz Olkowski



Jak się czuje kameralny artysta podczas wielkiego operowego show?
Przekonałem się wielokrotnie, że jedno drugiego nie wyklucza, zwłaszcza w Operze Nova. Faktycznie, pewnie nie wszędzie zdecydowałbym się zaprezentować swoją skromną osobę, ale po tym, jak moi koledzy prowadzili tu imprezy i zapewnili mnie, że jest bezpiecznie - bezpiecznie o tyle, że człowiek na co dzień niezwiązany z operowym światem jest się w stanie w nim odnaleźć - podjąłem wyzwanie. A jak spróbowałem raz, to teraz mnie ciągnie, by do Bydgoszczy wracać. Jak się tu czuję? Przede wszystkim wiem, że nie ma co za dużo kombinować, udawać, tylko trzeba być sobą na tej scenie i mieć nadzieję, że się jakoś jedno z drugim połączy.

Pana spokój i pawie pióra - co za kontrast!
Koncerty prowadził u was mój przyjaciel Andrzej Poniedzielski. On to dopiero nie jest: „pawie pióra”. Operowe wieczory zostały tak pomyślane, żeby właśnie składały się z kontrastów, czyli utwory w różnej stylistyce, no i prowadzący, którzy niekoniecznie są w stanie zawładnąć sceną.

Opisywany jest Pan jako promotor kabaretów i zjawisk okołokabaretowych. W jednym z wywiadów wyczytałam, że krytycznym okiem patrzy Pan jednak na poczynania współczesnych kabaretów.
To dość nieprecyzyjna ocena albo tylko jej wycinek. Pojęcie „kabaret” bardzo się obecnie rozszerzyło. Rozumiemy pod tym hasłem dosłownie wszystko, co jest prezentowane na scenie i ma rozśmieszać publiczność. Stand up także wszedł w zakres tego pojęcia, a to przecież dwie różne rzeczy. Kabaretony były kiedyś formą estrady, a dziś nazywa się je także kabaretem. Jedne rzeczy bawią mnie bardziej, inne mniej, ale propozycji jest tak dużo, że każdy znajdzie coś dla siebie. Są grupy, które się nie pojawiają w telewizji, a mają pełne sale na występach. Tworzy się ruch kameralnych imprez kabaretowych, więc wcale nie jest aż tak z tą dziedziną źle. Jeśli kiedyś tak zasugerowałem, to widocznie nie wiedziałem, co mówię (śmiech).

Kabaret jednak się zmienia...
Oczywiście. Za komuny kabaret był inny dlatego, że istniała instytucja cenzury. Paradoksalnie wielu artystów tworzących w tamtym czasie podkreśla, że cenzura bardzo im w twórczości pomagała. Prawda, że nie było nic przyjemnego w tym, że ktoś zakazał wykonywania utworu i trzeba było się prosić o zgodę, ale ludzie wiedzieli, że tekst pójdzie do cenzora, więc piosenkę czy skecz pisało się tak, żeby cenzor puścił, a widz zrozumiał. Dzięki temu formy były subtelniejsze, pojawiała się aluzja, trzeba się było cenzorowi tłumaczyć: „Ale pan chyba żartuje, ja nic takiego nie miałem na myśli” - żeby to puścił. Gdy skończyła się cenzura, wszystko się stało proste, a momentami za proste. Można po nazwisku, ostro, wulgarnie. A to, moim zdaniem, niekoniecznie są najciekawsze formy. Na szczęście kabaret to na tyle demokratyczna sztuka, że szybko poddawany jest weryfikacji. Publiczność przychodzi albo nie.

Publiczność kocha Pana za to, że lubi Pan mówić.
Czy ja wiem, czy aż tak lubię... To czasem jest niebezpieczne, jak ktoś za bardzo lubi mówić, bo trudno go potem powstrzymać. Lubię polszczyznę. Nasz język jest nie tylko ładny, ale może być też zabawny. Mnie byłoby trudno przenieść się do innego kraju, w inną strefę językową.

Włada Pan językami obcymi?
Władam na tyle, żeby się dogadać. Kiedyś mówiłem dobrze po rosyjsku, sam nauczyłem się trochę słowackiego, bo od lat na Słowację jeżdżę, po niemiecku porozumiewam się, ale jestem całkiem na bakier z angielskim...

Piękny ma Pan za to akcent...
Angielski? Naprawdę?

Parę słów słyszałam...
A to mnie Pani zaskoczyła!

Dwa słowa...
„Maybe” i „baby” - chyba jedynie te. Z francuskim było lepiej. Miałem lektorat na studiach, ale się bardzo zniechęciłem po pół roku, gdy lektorka stwierdziła, że mam akcent wieśniaka z południa Francji. Dopiero po latach dojrzałem do tego, że to jednak jest coś, że to żywy język. Niektórzy mówią po francusku tak, że nie ma żadnego skojarzenia z Francją. Zdaje się, że w angielskim też mam akcent wieśniaka z południa Francji...

Skąd się wziął „ichtiodonta” w Trójkowej piosence o karpiu?
Uznałem, że potrzebny byłby taki ktoś. W piosence o karpiu pojawił się - za sprawą Piotra Bukartyka - wątek zębów karpia. Ustaliliśmy z Piotrem, że piszemy po zwrotce i mnie przypadły zęby. Ichtiodonta wpadł mi do głowy jako ktoś uprawniony do wypowiadania się o zębach karpia.

O karpiu śpiewaliście Państwo już 16. raz...
Zaczęło się od Kuby Strzyczkowskiego, w 2000 roku. Kłopot jest taki, że piosenka ma być co roku inna, a jednak taka sama. Napisałem trzy wersje i skończyły mi się pomysły. W końcu bokiem wychodzi taki karp.

Nie może umrzeć ten karp...
Wyobraża sobie pani „Karpia” numer 46?

Tak.
Nie będę już wtedy śpiewał, a sapał...

Lepiej sapać o karpiu niż o polityce.
W mojej twórczości nie ma jej prawie w ogóle. Ludzie mają wystarczająco dużo polityki na co dzień. Jedyną formą wypowiedzi na temat polityki, ale też, mam nadzieję, niepoważnie traktowaną, jest mój udział w „Szkle kontaktowym”. Z założenia komentuje się tam polityczne wydarzenia, ale ja cały czas mówię z pozycji gościa „u cioci na imieninach”. Nie aspiruję do godności poważnego komentatora, bo się na tym nie znam, bo nie wiem, nie obserwuję. Nie mam też zdolności do uprawiania satyry politycznej, skądinąd potrzebnej. To wyższa szkoła jazdy, wymagająca dużej wiedzy i obycia. Satyrą polityczną, moim zdaniem, jest wyśmiewanie zjawisk, niekoniecznie ludzi.

Jako pan z telewizji jest Pan odporny na krytykę?
Najłatwiej z krytyką spotkać się można w internecie, a ja nie jestem mocno internetowy. O „Szkle” mówili kilka razy nasi czołowi politycy. Powiedzieli, że ten program to zło. Ludzie zareagowali: „Po co panu to „Szkło”, co wy tam wyprawiacie?” - słyszałem od życzliwych. Moja reakcja była taka: „Proszę powiedzieć, co konkretnie z moich wypowiedzi uważa pan, pani za złe?” Niestety, krytykując, operuje się zbyt dużym uogólnieniem, stereotypem. Ja jestem zły, bo występuję w „Szkle kontaktowym”. To tak, jakbym po wjechaniu do Niemiec poczuł się złodziejem samochodów, bo przecież Polacy to złodzieje samochodów. Nie rozumiem tego. Nie przypominam sobie, abym w „Szkle” powiedział coś, czego powinienem się wstydzić albo za coś przeprosić. Są ludzie, którzy uważają, że sam mój udział w programie jest karygodny. Nie zgadzam się z tą opinią.

I uparcie zbacza Pan z politycznego kursu.
Chcę pokazać, że politycy to też są ludzie, że się mylą, że potrafią się potknąć. A kreują swój wizerunek nadludzi, powołanych do czego ś niezwykłego i obdarzonych w związku z tym nieziemskim talentem...

I niesypiających...
Właśnie. Nie śpią, nie oddychają, nie jedzą, tylko pracują dla narodu. Są politycy, którzy swoją działalność w taki sposób pojmują, ale nie ma w tym nic zdrowego. Lepiej, gdy ja wiem, że polityk je, śpi, że ma czas, żeby odpocząć, sensownie pomyśleć.

Czego życzyłby Pan Polsce w nowym roku?
To będą życzenia zaczerpnięte od Andrzeja Poniedzielskiego. Od lat ich używam. Jak dotąd lepszych jeszcze nie słyszałem. Powiedział: „Co ja ci się tam będę wtrącał w tak intymne rzeczy, jak: zdrowie, szczęście, pomyślność. Ja ci życzę, żebyś kluczy nie zgubił”. To bardzo dobre życzenia, bez pakowania się w cudze życie, więc narodowi życzę, żeby kluczy nie zgubił!


Warto wiedzieć: Opera z Andrusem


Artur Andrus jest gospodarzem siedmiu sylwestrowo-noworocznych koncertów w Operze Nova. Prezentacja hitów klasycznych i muzyki rozrywkowej z lat 70. i 80. jeszcze dziś, w piątek, sobotę i w niedzielę. Biletów brak, można walczyć o wejściówki. Andrus to redaktor radiowej „Trójki” - „Powtórka z rozrywki”, gospodarz spotkań w warszawskiej „Piwnicy pod Harendą”, konferansjer imprez kabaretowych, poeta, tekściarz, artysta kabaretowy, komentator „Szkła kontaktowego”.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.