Tylko trzy listki i zręczne palce. Sekret herbaty cejlońskiej [ZDJĘCIA]

Krzysztof Błażejewski 27 grudnia 2015

Cejlon słynie z największej liczby słoni przypadających na głowę mieszkańca na świecie oraz najsmaczniejszej na świecie herbaty, której plantacje półtora wieku temu założyli tam Brytyjczycy.

Na głowie chusta, od pasa w dół brezentowy fartuch - doświadczone zbieraczki zawsze o tym pamiętają.

Fot.: Krzysztof Błażejewski


Świta. Widok jest niesamowity. Na wschodzie ostre górskie stoki już jaśnieją, na zachodzie wciąż toną w ciemności. Odległe szczyty zapalają się niczym ogniste pochodnie. Pejzaż jest jednak mocno przytłumiony przez podnoszące się jak na hasło obłoki mgły. Tumany powoli zaczynają wędrówkę w górę, raz odsłaniają niezwykle zielone stoki gór, raz całkowicie je bielą, zamieniając w rzekę rozlanego mleka.


Jestem na wysokości dwóch tysięcy metrów w środku wyspy Cejlon, blisko miasta Nuvara Eliya. Spoglądam ze wzgórza w doliny raz po słonecznej, raz po zacienionej stronie, zachwycając się bogactwem odsłaniającej się roślinności na spadzistych stokach. Równe rzędy zielonych kobierców przedzielają ścieżki i tarasy, a także wodospady. Pomiędzy nimi stoją pojedyncze, wysmukłe eukaliptusy. Mają za zadanie zapobiegać erozji i wypłukiwaniu gleby przez obfite tu zazwyczaj deszcze. Bo miejsce to jest niezwykle cenne. Te zielone dywany to krzewy herbaty. „Złoto Cejlonu”.

Kolorowe mróweczki


Dochodzi szósta rano. Nagle puste dotąd, uśpione ścieżki na stokach wzgórz zaludniają się barwnymi mróweczkami. To Tamilki, reprezentantki mniejszości zamieszkującej wyspę, kolorowo ubrane, z głowami owiniętymi chustami spieszą do pracy na herbaciane plantacje. Wychodzą ze swoich byle jak skleconych chatynek, ukrytych w kępach drzew, za załomem skały, rozsianych po okolicznych dolinach, i wędrują krętymi dróżkami w górę i w górę. Plantacje zielonych krzewów umieszczone są jak najwyżej i na jak najbardziej nachylonych płaszczyznach. Podobno z takich terenów zbiera się najlepsze plony.

Zobacz wszystkie zdjęcia w galerii (23) »



Sadzonki herbaty trafiły na Cejlon dopiero w połowie XIX stulecia. Przywieźli je z Indii, ze stanu Assam, Brytyjczycy po tym, jak zaraza zniszczyła uprawianą wcześniej na wyspie kawę. I chyba było to korzystne. Kawa serwowana dziś na wyspie z pozostałych nielicznych plantacji jest niesmaczna. Praktycznie nikt jej tu nie pije, czemu nie można się dziwić. Na każdym kroku można za to zobaczyć parzoną herbatę.

Krowa pod ochroną


Herbata do szczęścia potrzebuje słońca, obfitych deszczów, odpowiedniej wysokości nad poziomem morza i górskich stoków. Tak właśnie jest na Cejlonie. Podczas podróży z tropikalnych wybrzeży do środka wyspy odbywa się drogę pomiędzy dwoma różnymi światami. Tam skwar, piasek i palmy, tutaj, w górach, niespodziewanie, jak na wyspę położoną w okolicach równika, często panuje chłód, codziennie leje albo przynajmniej siąpi, jest mgliście. Mieszkający tu Syngalezi, kiedy temperatura spada poniżej 20 stopni, zakładają kurtki, czapki, szale i rękawiczki. To klimat typowo... brytyjski. W krajobrazie dominują w angielskim stylu zbudowane wille i ogrody, pola golfowe, boiska do rugby i gry w polo oraz krykieta. Nic dziwnego, że w okolicach miasta Nuvara Eliya znaleziono wymarzone wręcz warunki do uprawy herbaty.

Kolejna plantacja na stokach gór dominujących nad osadą Eliya Gap. Na jednym z trawersów pasą się krowy. Bezczelnie zżerają liście herbaty. Nikt ich tu nie przepędza. Zarówno Tamilowie, hinduiści, jak i Syngalezi, buddyści, nasze poczciwe mućki bardzo szanują i w żadnym przypadku nie pozwolą im uczynić krzywdy.

Ze ścieżki pod małym szczytem Adama rozciąga się szeroki widok. Z dołu do góry wędruje cała tyraliera zbieraczek herbaty. Mają hebanową skórę, zbliżoną do ludów Afryki, o wiele ciemniejszą niż większość mieszkańców Sri Lanki, Syngalezów, których skórę najczęściej określa się jako złotą. Każda z nich ponadto ma kropkę na czole na znak wyznawanej religii hinduistycznej.

Wchodzę w głąb plantacji, żeby zrobić dobre zdjęcia. Podłoże jest gliniaste, praktycznie bez roślin, widać że herbata nie znosi zielonej konkurencji. Wszystkie krzewy są równe, mają mniej więcej metr wysokości. Kiedy spoglądam w dół, zaskakuje mnie widok grubych pni i silnych konarów krzewów tuż przy ziemi. Podobno plantacja, żeby dojrzeć rosnąć musi osiem lat. Z kolei krzewy czterdziestoletnie się wycina jako zbyt stare. Bez trudu rozpoznaję nowe pędy, z których powstaje herbata. Łodyżki odłamują się łatwo pomiędzy trzecim i czwartym listkiem. Te górne wyróżniają się świeżutką, jasną zielenią i kontrastują z dojrzałymi liśćmi, wśród których dostrzec można pojedyncze białe kwiaty. Mają płatki podobne do dzikiej róży i mnóstwo żółtych pręcików, ale nie pachną. Listki, nawet te młode, również nie. Staną się źródłem ulubionego przez miliony ludzi naparu dopiero po dłuższych, złożonych zabiegach.

Milion Tamilek


O herbacie cejlońskiej mówi się, że jest najsmaczniejsza na świecie. Źródłami jej doskonałości jest to, że zrywa się tylko trzy górne listki i że robią to wyłącznie ręcznie kobiety - Tamilki we wczesnej porze dnia. Kiedy kobiety mają pełne dłonie, wrzucają liście do worków odpowiednio przytroczonych na plecach. Pełne worki znoszą na drogę, gdzie zawieszonych na eukaliptusie pełnych i kolejnych - pustych worków pilnuje... mężczyzna. On też pełni funkcję nadzorcy i kontroluje pracę kobiet. Praca - marzenie chyba dla każdego. Na kilku plantacjach, które widziałem, dostrzegłem zaledwie paru mężczyzn. Albo pilnowali pracujących kobiet, albo też karczowali maczetami las pod kolejne plantacje, które wciąż poszerzają swój areał kosztem dzikiej przyrody. Brytyjczycy używali do tego... słoni.

Po skończonej pracy zbieraczki zarzucają na plecy cały swój zbiór z dnia pracy - dwa duże worki, w sumie 15 do 18 kilogramów liści - i wędrują do punktu zbiorczego, usytuowanego zwykle przy wytwórni herbaty. Każdy pakunek nadzorcy odnotowują w specjalnym zeszycie, które zbieraczki noszą przy sobie, pod brezentowymi fartuchami, chroniącymi je przed insektami. Nadzorca w niesieniu plonów nie pomaga. Nadal pilnuje... pustej plantacji.

Tamilki to rdzenne mieszkanki południowych Indii, stanu Tamilnadu. Jako pracownice obeznane ze zbieraniem listków herbaty Brytyjczycy sprowadzili je na Cejlon, kiedy zakładali tutaj plantacje. Robotnic pochodzących z niższych kast społecznych przesiedlili około miliona. Stało się zatem tradycją, że to wyłącznie Tamilki na tej wyspie, dziś prawnuczki sprowadzonych robotnic, zbierają herbatę. Zarabiają umiarkowanie, w przeliczeniu - kilkanaście polskich złotych dziennie. Te pieniądze tutaj, gdzie zbiera się po kilka plonów roślin w ciągu roku, gdzie każdy ma ogródek warzywny i sad z bananami, mango i innymi owocami, a trzy razy dziennie je ryż z curry, wystarczają do spokojnego życia i przeżycia. Prosty posiłek kosztuje 1-2 złote, przejazd autobusem do najbliższego miasta - jeszcze mniej.

Zbieraczki herbaty żyją skromnie, chowając swoje często byle jak sklecone domki - blaszaki przed wzrokiem obcych. Przeważnie mieszkają w zorganizowanych osiedlach, a pracodawcy idą im na rękę, organizując opiekę dla dzieci, budując w pobliżu plantacji szkoły, hinduistyczne świątynie i sklepy.

Macwoods w stylu Hollywood


Pierwsze partie herbaty do Anglii, gdzie w XVII wieku, kiedy Cejlon był jeszcze niezależnym państwem, wytworzył się największy na świecie jej rynek zbytu, trafiały z Chin. Potem z Indii, z chłodnych stanów Assam i Darjeeling, a także górzystego Madrasu. Pod koniec XIX stulecia, kiedy zasadzono herbatę na Cejlonie, okazało się, że ma tam nie tylko najlepsze warunki do rozwoju, ale również... krótszą drogę do brytyjskich portów. Nie znano jeszcze wówczas sposobu fermentowania liści, wieziono więc ładunek świeżego towaru, którego znaczna część psuła się po drodze. Specjalne herbaciane statki, zwane kliprami, biły rekordy prędkości w poruszaniu się po morzu, ale i tak straty były ogromne. Dopiero wynalezienie właśnie na Cejlonie metody fermentacji i podsuszania liści spowodowały wielki światowy boom na herbatę i jej niebywałą karierę jako codziennego napoju o wielu korzystnych dla człowieka właściwościach. Przełom w karierze czarnej herbaty, produkowanej w kraju o nazwie Sri Lanka, dokonał się jednak dopiero w latach 60. ub. wieku. Produkcja surowca do zaparzania przekroczyła wówczas pułap 200 milionów kilogramów herbaty, a kraj uplasował się na pierwszej pozycji wśród światowych eksporterów tego towaru.

Kręta i wąska asfaltowa szosa prowadzi przez wysokie, porosłe zielenią góry. Co jakiś czas w obniżeniach terenu pojawia się budynek wytwórni herbaty. Jest ich tu kilkadziesiąt, należą do miejscowych potentatów, których nazw nikt w Polsce nie zna, jak np. „Mlesna”. Zwykle nad fabryką na stoku góry umieszczony jest napis reklamujący producenta, wzorowany na słynnych literach „HOLLYWOOD”.

Zatrzymuję się pod widocznym z odległości kilku kilometrów hasłem „MACWOODS”. To podobno najlepszy miejscowy producent słynnego napoju, zatrudniający tysiące ludzi na kilkudziesięciu wielkich plantacjach. Jest popołudnie, ale wciąż trwa tu ruch. Każdy może wejść i zobaczyć, jak powstaje czarna herbata. To zachęca później do wizyty w fabrycznym sklepie. Ceny są tu wyższe niż gdziekolwiek indziej na wyspie, ale wrażenie, że kupiło się „prosto z plantacji” musi być sporo warte. Mimo że to dopiero koniec listopada, na europejski wzór przed wejściem do zakładu stoją... choinka i jaskrawo oświetlone sanie z Mikołajem. Business is business.

A dla was są zmiotki...


Wewnątrz, w rozległym zaciemnionym pomieszczeniu zniesione niedawno przez zbieraczki świeżo zerwane liście leżą w ogromnych metalowych wannach, gdzie obsychają.

W środku panuje oszałamiający zapach świeżych liści, mieszający się z wonią starego drewna. Po pierwszym podsuszeniu przyszłą herbatę przenosi się do kolejnych urządzeń, w których fermentuje. Ostatni etap produkcji ma miejsce w wielkiej hali, gdzie kolejna stalowa wanna pełna sfermentowanych liści poddawana jest... podrzucaniu, podgrzewaniu i nawiewaniu. Potem czarne pozostałości listków wędrują taśmociągiem do segregatora, który oddziela największe liście, z których powstanie herbata pekoe, od pozostałych. W sumie z jednej porcji wyjdą cztery wielkie skrzynki, w każdej znajdą się listki coraz mniejszych rozmiarów. Kiedy robotnicy skończą wynosić pudła do pakowalni, gdzie listki trafią do wielkich papierowych worków, pojawia się niewielka Syngalezka z miotłą. Wygląda niczym Baba Jaga. Kręci się jak fryga, zamiata pyłek i wszystkie okruszki do kratki w podłodze.

- Nie szkoda tego wyrzucać? - pytam, zaintrygowany.

Czarownica uśmiecha się szeroko.

- To nie śmieci. To dust (ang. pył) dla (tu wymienia markę znanej w Polsce herbaty). Oni to od nas kupują i pakują do torebek dla was, Europejczyków...

Przy wyjściu z budynku znajduje się oszklony pokój, niedostępny dla obcych. Tutaj dzieją się rzeczy najważniejsze. Podglądam przy pracy jednego z herbacianych kiperów. Mężczyzna ma przed sobą na blacie stołu kilkadziesiąt filiżanek zaparzonej herbaty. Bierze kolejno do ust mały łyk, przez chwilę go trzyma, po czym wypluwa i przepłukuje usta czystą wodą. Zastanawia się jeszcze moment, a następnie dyktuje coś swoim asystentom, którzy skrupulatnie zapisują informacje w notesie. Potem przychodzi kolej na następną filiżankę i następną...

- To najważniejszy moment dla nas wszystkich - wyjaśnia jeden z pracowników. - Kiper ocenia jakość herbaty z poszczególnych plantacji i sugeruje ceny, za które nasze worki zostaną jutro wystawione na giełdzie herbacianej w Colombo. A potem pojadą w świat, te najdroższe do prawdziwych smakoszy i do... snobów.

Wyjście z zakładu prowadzi, oczywiście, przez sklep. Ceny herbaty w pięknych ozdobnych puszkach i pudełkach z dominującym wszędzie napisem CEYLON TEA w przeliczeniu na naszą walutę wahają się od 30 do 150 złotych za opakowanie, w zależności od liczby słów występujących przed magicznym wyrazem „pekoe”. Są i paprochy zebrane do torebek. Na ich widok postanawiam zabawić się w lorda i wyjść stąd z „prawdziwą” herbatą. W końcu na Cejlonie byłem pewnie tylko raz w życiu...

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.