Na dalekiej północy musisz powalczyć z groźną przyrodą i... sobą. Pomoże ci drugi człowiek i modlitwa

Jarosław Jakubowski 24 grudnia 2015, aktualizowano: 24-12-2015 11:00

Mirosław Borowski przejechał tysiące kilometrów. W mroźnych pustkowiach Skandynawii, na krętych szlakach Alp. Sam w kabinie wielkiej ciężarówki. To sposób na życie 58-letniego mężczyzny.

Pan Mirosław przywozi pamiątki z każdej podróży - pocztówki, foldery, mapy. Choć najbarwniejsze i tak są wspomnienia

Fot.: Tomasz Czachorowski


Jak się jeździ na dalekiej północy? Mirosław Borowski, 58-latek z Bydgoszczy nie namyśla się ani chwili. - Przede wszystkim trzeba być pokornym. Krąży takie powiedzenie: jak tam zaginiesz, to nawet Międzynarodowy Czerwony Krzyż cię nie znajdzie. Miałem takie zdarzenie: jadę, zbliża się czas zjazdu do domu, myślę o o rodzinie, o dzieciach, co mnie czeka, co muszę naprawić, jakie sprawy załatwić. Myślami jestem już w Polsce. I w tym momencie robię błąd. Bo zamiast myśleć o pracy, o sytuacji, jaka jest w danej chwili na drodze, rozczulam się nad sobą i nad rodziną. Jadę z szybkością 65 km na godzinę. Spoglądam w ostatniej chwili na „budzik”, czyli szybkościomierz, wchodzę w łuk i...

łamie mi się cały zestaw.


Droga jest nieośnieżona, ale po deszczu, łamie mnie w tak zwane nożyczki. Koń, czyli ciągnik, wyłamuje się w jedną stronę, a naczepa mnie spycha i chce mnie przewrócić, wyrwać z siodłem, prawie już staję, koła chce mi wyrwać, mówię: „Boże, Matko Boża, ratuj mnie”. Cud. Wyszedłem. Proszę zobaczyć prędkość: 65, a znak był 40, a co by było, gdybym jechał szybciej? Byłoby po mnie. Drugi przypadek: spieszę się do Sztokholmu na prom do Finlandii. Jadę 90 km na godzinę, a między 90 a 92 odpada mi opona, wybuch, część opony idzie na przeciwny pas ruchu, wykrzywia mnie, jadę na samej feldze, na fragmentach gumy. Boże, ratuj… Wie pan, jak ciężko utrzymać taki zestaw? I to jeszcze żeby prawa opona, ale to była lewa, prowadząca, jak walnęło, to myślałem, że mi urwie błotnik. Laik to może by dusił na hamulec, ale zasada pierwsza: rotarderem, silnik górski. Stopniowo wyhamowywałem ten cały zestaw, bo gdybym nadusił na nożny, to hamulec zadziałałby jak kotwica, obróciłoby mnie. Rotardera używamy zazwyczaj, gdy zjeżdżamy z ostrej góry, żeby nam się hamulce nie skleiły. Kierowca autobusu, który rozbił się w Grenoble, używał właśnie nożnego hamulca, zadziałała temperatura i się zakleszczył... - mężczyzna milknie.


Kiedyś pan Mirosław jechał do granicy norweskiej

przez Szwecję, całą noc,


od Sztokholmu sypał śnieg. Płatki były duże jak łyżki do zupy. Gdy dojeżdżał do Oslo, to było już tak nasypane, że założył na napędówkę łańcuchy i dojechał do punktu wyładowawczego pod Oslo. Jechał dalej do Trondheim, rozładunek trwał parę godzin. - Skład zasypało do takiego stopnia, że dopiero około 23.00 mogłem wyjechać, na własne ryzyko. Odkopał mnie Viking - coś jak pomoc drogowa u nas - opowiada.

Mirosław Borowski: Na północy trzeba być pokornym. Krąży wśród nas takie powiedzenie: Jak tam zaginiesz, to nawet Międzynarodowy Czerwony Krzyż cię nie znajdzie.


Nie jest kierowcą tira, zaznacza kategorycznie, jest kierowcą dużego zestawu - ciągnik siodłowy plus naczepa. Volvo, scania, mercedes, DAF, zawodowo jeździ od 1977 roku. Z zawodu jest mechanikiem samochodowym, uczył się za tamtej Polski. Jeździł od Sycylii po Gibraltar, Kadyks, Leon, potem Anglia, Szkocja, a najdłuższa podróż - z Grecji do Belfastu- trwała tydzień.

- Moja pierwsza podróż była dziwna. Jeszcze za tamtej Polski musiałem opuścić kraj w bagażniku mercedesa nieżyjącego już kolegi. Osiem miesięcy spędziłem jako kloszard w paryskim metrze. Najpierw byłem „szczurem”, to jest najniższym z najniższych w grupie. Było ciężko, ale to inna opowieść. Jakoś wybaczyłem ludziom, do których miałem żal. List gończy wystawił za mną sąd w Bydgoszczy, byłem podciągnięty pod sprawę polityczną, ale to ciężki temat, bo ludzie, którzy mi zaszkodzili, jeszcze żyją- kończy pan Mirosław.

Kiedyś był skoczkiem spadochronowym do zadań specjalnych, jego jednostka była protoplastą słynnego GROM-u. Czy to zamiłowanie do adrenaliny? - Nie, nie wygłupiam się, jestem zwykłym człowiekiem, nawet nie mam własnego auta. Żona nie ma prawa jazdy, córka też nie, a jak przyjadę, to nie chce mi się jeździć. Jak pan pracuje w fabryce czekolady, to pan jej nie jada. Wolę chodzić i jeździć na rowerze. Zabawki małego chłopca już mnie nie interesują. Poza tym… widzę, co się dzieje na naszych drogach. Różnica w kulturze jazdy między Skandynawią a nami jest jak między dniem i nocą.

Jest wierzący. Nie wstydzi się tego,


wiara mu pomaga. Kiedyś jechał do Portugalii przez Hiszpanię, Kraj Basków. Zanim tam dotarł, musiał przenocować we Francji na granicy. W nocy został napadnięty. Mówiący po rosyjsku bandyci pocięli plandekę. Myśleli, że wiezie telewizory albo wódkę, a on wiózł tylko drut kordowy i kauczuk. Pracownik stacji Avia nawet nie wyszedł.

Potem była „Droga straceńców” we Włoszech - musiał podpisać cyrograf, że jedzie na własną odpowiedzialność. A jak zjeżdżał z Monte Bianco, czyli z Mont Blanc, to woda spływała zamarzając tak, że naczepa strącała ogromne sople lodu. Kilka razy samochód obił się o barierkę, a tam w dole - przepaść. - Kiedyś jadę, jestem niedaleko Lourdes. Mówię: nie odpuszczę sobie tego. Nie wolno mi zbaczać z marszruty, ale nie bałem się, jadę. Mówię: Mateńka ma mnie w swojej opiece. Wiem, że jak Bóg nade mną czuwa, to nic mi nie będzie. Wjeżdżam do Lourdes, a nawigacji jeszcze nie było, używałem kompasu i map. Mówię:

Mateńko, jak Cię tu odnaleźć,


a chcę Cię odwiedzić. Zszedłem z kursu, pomóż mi. Szatan mnie odrzucał, wyprowadził mnie pod most, który miał 3,5 metra, a ja mam 4 metry. Ale przeszedłem bokiem. Jechałem jakimś deptakiem z krzesełkami i parasolami, taką krową 24-tonową. Mówię: „Boże, pomóż mi”. Nagle patrzę, a tam droga szybkiego ruchu. Musiałem tylko odsunąć pachołki i na nią wjechałem. Jeszcze raz poprosiłem: „Matko Boska, pomóż mi”. I wtedy mi pomogła. Ominąłem most i stanąłem u góry na takiej skale. W dole ujrzałem klasztor. Auto sobie zablokowałem, podklinowałem i poszedłem. Popłakałem się, bo nigdy nie byłem w takim świętym miejscu. Za drugim razem już nie dałem się rąbnąć i jechałem na pewniaka. Pomodliłem się i - uwierz mi pan - Mateńka zawsze mnie chroniła. Nigdy tego nie zapomnę. I zawsze jak idę w świat, to z Bogiem. I jakoś Bóg mi dopomógł. Nie „jakoś”, tylko dużo. Zawsze staram się postępować tak, żeby nikt przeze mnie nie płakał. Tak zostałem wychowany.

Warto wiedzieć: Drogi dużego ryzyka


„Droga straceńców”, o której mówi Mirosław Borowski, wiedzie przez Przełęcz San Bernardino w Alpach Szwajcarskich, leżącą na wysokości 2065 m npm. Droga przebiegająca przez przełęcz ma długość 60 km, a w najbardziej stromym punkcie jej nachylenie wynosi ok. 10 proc. Jest ona zamknięta dla ruchu kołowego na okres zimowy - od listopada do kwietnia. Alternatywą dla niej jest tunel, wybudowany w 1967 roku. Na północy Europy mocnych wrażeń dostarcza podróż po moście nad Cieśniną Sund, który łączy Danię i Szwecję. Budowa tego liczącego prawie 16 kilometrów długości giganta trwała od 1995 do 1999 roku.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.