Toruń na lodzie

Tomasz Bielicki 24 grudnia 2015, aktualizowano: 24-12-2015 11:00

Spitsbergen to jedna z najbardziej wysuniętych na północ części Ziemi, z której do bieguna jest bliżej niż do własnego domu. Jak sobie tam poradzić, będąc zdanym głównie na siebie?

Stacja Polarna UMK na tle - charakterystycznych dla krajobrazu całego Svalbardu - gór o stromych i postrzępionych stokach z ostrymi szczytami

Fot.: Materiały Stacji Polarnej UMK


Myślisz, że wiesz, co to cisza? Nie wiesz. Idziesz do lasu i wydaje ci się, że delektujesz się tym momentem, kiedy nagle zamilknie kilka ptaków. Na Spitsbergenie, gdy tylko ustaje wiatr, nie jesteś w stanie niczego usłyszeć. Totalna dźwiękowa pustka, której nic nie wypełnia. Kiedy jeszcze uzmysłowisz sobie, gdzie tak naprawdę się teraz samotnie znajdujesz i ile kilometrów masz nie tyle do domu, co do najbliższej wioski, to musi to zrobić na tobie wrażenie. Ogromne. Kto nigdy nie postawił stopy na lodowcu, temu trudno będzie to sobie wyobrazić. To ostatnie zdanie jak mantrę powtarza większość osób, która przekroczyła progi Stacji Polarnej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika na Spitsbergenie. Toruńscy naukowcy jeżdżą tam już od 40 lat.

Brodząc w śnieżnej brei


Romantyczna wizja takiej wyprawy jest taka: Morze Arktyczne, lodowce, podchodzące pod dom lisy, renifery, baraszkujące białe niedźwiedzie... I wszystko to prawda. Potrafi napadać tyle śniegu, że uczestnicy ekspedycji otwierając drzwi napotykają na białą ścianę z odciśniętą w niej klamką. Mróz też potrafi dopiec. Wiosną temperatura dochodzi do - 30 stopni Celsjusza. Gdy jeszcze dorzucimy do tego zamieć śnieżną, to już wiemy, że nie bywa łatwo. Przy takiej pogodzie poruszanie się na skuterach śnieżnych oznacza jazdę z nosem przyklejonym do ekranu GPS. Widoczność jest bowiem zerowa. Ale nie jest tak zawsze. Na Spitsbergenie też jest lato, co oznacza, że temperatura podnosi się do 4-5 stopni na plusie.


- Ludzie przyjeżdżają i otwierają ze zdumienia szeroko oczy. Ale jak to? Wokół stacji nie ma śniegu? I zamiast chodzić w kupionych za grube pieniądze butach trekkingowych, wciągają na nogi zwykłe gumofilce. Są o wiele wygodniejsze i nie przemakają od śnieżnej brei- opowiada dr hab. Ireneusz Sobota, który od 2005 roku jest kierownikiem Stacji Polarnej UMK na Spitsbergenie. Wyprawy naukowe organizowane są tam dwa razy do roku. Na wiosnę oraz w lecie. - Pokrywa śnieżna osiąga swoje maksimum w kwietniu-maju. Wszystkim wydaje się, że śnieg jest taki przyjemny i mięciutki. U góry tak, ale gdy trzeba wykopać do celów badawczych dół o głębokości trzech metrów, to zajmuje nam to kilka dobrych godzin.

Ośrodek jest najbardziej wysuniętą na północ stacją badawczą na Spitsbergenie i największą uniwersytecką polską stacją polarną. Jednorazowo pomieści w swoich progach piętnaście osób. Odwiedzają go naukowcy z całego świata. Stacja to tak naprawdę niewielki, rozbudowywany przez lata drewniany domek. I to nie on ma takie znaczenie, ale miejsce, w którym zbudowano go ponad cztery dekady temu. Nie ma lepszego pola badawczego dla glacjologów. Na wyciągnięcie ręki jest kilkanaście lodowców. Na Spitsbergenie można na żywo obserwować towarzyszące im procesy, które kiedyś występowały przecież również na terenie dzisiejszej Polski.

Dwadzieścia ton bagażu


- Po jednym z moich wykładów grupa studentów zafascynowana tematyką Spitsbergenu zaproponowała mi zorganizowanie w ten rejon wyprawy naukowej. Obiecali, że znajdą sponsorów na ten wyjazd. Tak to się zaczęło - wspominał 10 lat temu na naszych łamach prof. Jan Szupryczyński, kierownik I Toruńskiej Wyprawy na Spitsbergen, która w 1975 roku wyruszyła z Gdyni na pokładzie statku „Włókniarz”. - Część instytucji ofiarowała nam wówczas swoje produkty i przetwory spożywcze, a Zakład Doskonalenia Zawodowego w Chełmży ten słynny składany drewniany domek, który stał się zaczątkiem dzisiejszej stacji. Bagaż, który zabraliśmy z sobą w tę dziewiczą trzymiesięczną wyprawę, ważył aż ok. 20 ton.

Kanapki z glonami


Przez lata ten niewielki domek rozbudowano. Nowa część stacji to obecnie 32 mkw. na parterze i 24 mkw na piętrze - pomieszczenie główne, warsztat, pokój i dwie antresole sypialne. Całość połączona jest ze starą częścią (kuchnia + pokój). Do tego dochodzą powierzchnie magazynowe, laboratorium, łaźnia („czynna” w środę i w sobotę; wody bieżącej nie ma, trzeba korzystać ze śniegu albo przynieść z jeziora), garaż na łodzie i skutery, a także zewnętrzna toaleta. Z uwagi na groźbę bliskiego spotkania z niedźwiedziem polarnym za potrzebą trzeba chodzić uzbrojonym nie tylko w toaletowy papier. Łącznie daje to ok. 100 mkw., na których przez trzy miesiące naukowcy żyją odcięci od reszty świata. Wszystko, co przywiozą z sobą na początku wyprawy, musi im wystarczyć do jej końca.

Jak wygląda życie poza sferą naukową? Wieczorami są pogaduchy i filmy z laptopa. Czasem trafi się jakaś urodzinowa impreza. Pretekstem do zabawy bywa też chrzest polarny. To stara tradycja, zgodnie z którą osoba przekraczająca po raz pierwszy krąg polarny musi przejść kilkanaście prób, aby „przestać być nikim i stać się prawdziwym polarnikiem”. Są więc - kończące się najczęściej fiaskiem - próby strzeleckie, biegi z uwiązanymi przy kostce bojami, badanie odporności na zimno (czytaj: odciskanie gołych pośladków na śniegu), konsumpcja kanapek z glonami i z innymi paskudztwami, a także wychylenie kieliszka wódki. W finale - też zgodnie z tradycją - obcina się jeszcze na pamiątkę kosmyk włosów, a później świętuje do rana.

„Arktyka to niebezpieczne miejsce. Nie chodzi o niedźwiedzie polarne czy szczeliny w lodowcach. Ludzie, którzy tu przyjeżdżają, ryzykują, że zakochają się w tym miejscu. Ta dzika kraina przypomina, czym jest wolność, niezależność i mistyczny wręcz kontakt z naturą - pisze Katarzyna Greń w wydanej z okazji 40-lecia stacji książce „Dom daleko od domu”. - Znaczenia nabierają podstawowe sprawy, do których wcześniej nie przykładało się aż takiej wagi: ciepło, woda, dach nad głową. Stanie przy kilkumetrowej ścianie lodu i patrzenie na odrywające się z czoła ogromne kawałki lodu sprawiają, że człowiek czuje się kruchy, a jego szacunek wobec sił przyrody wzrasta. Ludzie są tu tylko gośćmi”.

Lodowiec niczym magnes


Do tej pory zorganizowano już 42 wyprawy. Wzięło w nich udział około 150 naukowców, a stację odwiedziło blisko 400 osób. I będą kolejne. Z pewnością. Bo Spitsbergen przyciąga jak magnes. Przyzywa nie tylko młodych.

dr hab. Ireneusz Sobota, kierownik Stacji Polarnej UMK na Spitsbergenie: Na Spitsbergenie stałem się facetem. Może mężczyzną. Na pewno kimś, kogo interesuje wczorajszy śnieg.


- Ludzie, którzy przebywali po raz pierwszy w Arktyce, chcą tam wrócić i często im się to udaje. Wygląda to tak, jakby byli zarażeni jakąś niewyjaśnioną fascynacją nieznanym. A ich szeroko otwarte z podziwu nad potęgą i pięknem lodowego świata oczy nigdy się nie zamykają - dodaje dr hab. Ireneusz Sobota. Sam zauroczony tą magią jeździ na Spitsbergen nieprzerwanie od 1996 roku. I wie, że wróci tam ponowie. Nie raz i nie dwa razy. - Na Spitsbergenie stałem się facetem. Może mężczyzną. Na pewno kimś, kogo interesuje wczorajszy śnieg. Poznałem tam wielu ludzi. Duża część z nich stała się moimi przyjaciółmi, a może i rodziną, bo Spitsbergen to takie miejsce, gdzie pomimo że pracuje się na lodzie, nigdy się na nim nie zostaje.

Warto wiedzieć


Stacja Polarna UMK znajduje się w zachodniej części Ziemi Oskara II, w północnej części nadmorskiej niziny Kaffiøyra, 150 metrów od brzegu Morza Arktycznego, u podstawy moren czołowych lodowca Aavatsmarka. Ze stacji do najbliższego skupiska ludzi w linii prostej jest 50 km. Cały Spitsbergen zajmuje powierzchnię 38 tys. km2 i jest największą wyspą Archipelagu Svalbard. Należy do Norwegii.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.