Myślisz, że bezdomność ciebie nie dotyczy? Posłuchaj historii pensjonariuszy Monaru Markotu

Małgorzata Oberlan 24 grudnia 2015, aktualizowano: 24-12-2015 10:59

Cienka, czerwona linia dzieli normalne życie od bezdomności. To może być redukcja etatów, choroba, wypadek, plajta firmy albo konflikt w rodzinie. Niekoniecznie alkohol czy dragi. Nam, „normalnym”, łatwiej i bezpieczniej jednak myśleć schematami...

„Tata” na pierwszym planie, a jego podopieczni za nim. Dzieląc się opłatkiem, życzyć będą sobie siły

Fot.: Jacek Smarz


Moja historia nie jest związana z żadnymi nałogami - zaczyna Dorota, ktra do Domu dla Bezdomnych i Najuboższych Monaru Markot w Toruniu trafiła cztery miesiące temu.

1. Dorota i jej córka


Ma 42 lata, duże, piwne oczy i pięknie zrobione paznokcie w odcieniu ecru. Gdybyś spotkał ją w sklepie czy urzędzie, nie pomyślałbyś nawet, że to osoba bezdomna. Przecież tak ładnie wygląda...


- Mając 20 lat ciężko zachorowałam. To schorzenie przewodu pokarmowego. Nie piszmy jakie, bo nie ma się czym chwalić - prosi Dorota. - Przeszłam wiele operacji. Mam orzeczoną niepełnosprawność i niezdolność do pracy. Muszę przestrzegać ścisłej diety.

Dorota, samotna matka: Córkę wychowałam sama. Dorosła, wyszła za mąż. Mieszkaliśmy we trójkę, ale zięć i córka dawali mi do zrozumienia, żebym się wyprowadziła...

Życie ułożyło się Dorocie tak, że córkę wychowywała sama. Lekko nie było, z przyczyn oczywistych. Konia z rzędem temu, kto jako niepełnosprawny, samotny rodzic bez problemu w Polsce wychowa dziecko. Ale - udało się! Córa wyrosła, wyszła za mąż. - Mieszkaliśmy we troje, ale córka z zięciem, oględnie mówiąc, coraz częściej dawali mi do zrozumienia, że mnie nie chcą. To i się wyprowadziłam - podsumowuje smutno Dorota.

Plany na przyszłość? Są! Bo w Markocie spotkała miłość swojego życia. To Marek, wybrany przez bezdomnych na prezesa wspólnoty. Gdy oboje załatwią sprawy finansowe i zbudują sobie grunt na przyszłość, wyprowadzą się stąd razem.

2. Marek i Litwin na amfie


Sportowa sylwetka, czerwona kurtka i szeroki uśmiech. Marek ma 50 lat. Trzy ostatnie spędził w Markocie.

- Miałem wszystko. Wspaniałą żonę, nauczycielkę. Dobrą pracę i pieniądze, bo byłem kierowcą tira na trasach krajowych i zagranicznych. Porządny dach nad głową - zaczyna. - Ale w domu byłem gościem. No, powiedzmy szczerze: byłem pracoholikiem i materialistą.

Kosztowało go to utratę rodziny. Dziś, po latach, rozgrzesza swoją byłą. W końcu, kto wytrzymałby tyle tygodni, miesięcy w samotności? - Pewnego razu zjechałem z trasy szybciej, niż zapowiadałem. Była noc. Żonę nakryłem w łóżku z innym. Tyle. Koniec rodziny... - zawiesza głos.

Marek, kierowca po wypadku: Miałem wszystko. Wspaniałą żonę - nauczycielkę, dom, dobrą pracę. Ale byłem pracoholikiem i materialistą. Dlatego straciłem rodzinę...

Co było dalej? Już tylko gorzej. Oddech śmierci poczuł tamtego dnia, gdy wracał tirem z Belgii. Był już w okolicach Poznania, gdy uderzył w niego - czołowo - tir prowadzony przez Litwina. Jak się później okazało, sprawca wypadku był pod wpływem amfetaminy.

- Najpierw trzy tygodnie byłem w śpiączce. Potem rok i dwa miesiące leczono mnie w poznańskiej klinice. Jestem po trzech operacjach, oczekuję czwartej. Mam dostać sztuczne kolano - ciągnie Marek. - Marzę o usamodzielnieniu się, o przyszłości z Dorotą. Do tego jednak potrzebne są pieniądze.

Marek ma orzeczoną niepełnosprawność i co miesiąc dostaje 610 zł renty socjalnej. Połowę z tego oddaje Markotowi, a 120 zł wydaje na najpotrzebniejsze lekarstwa. Niecałe 200 zł, które mu zostaje, trudno nazwać pieniędzmi na życie. Ale Marek, z pomocą opiekunów z ośrodka, złożył już do ZUS wniosek o rentę wypadkową, która teoretycznie należy mu się jak psu zupa. Praktycznie w kolejce na samo rozpatrzenie wniosku czeka się bardzo długo...

Marek - prezes opowiada, opowiada, a Dorota patrzy. „Power of love” - komentujemy słuchając. I wszyscy się zgadzają.

3. Waldek i pomylony parter


- Ta druga osoba niesamowicie pomaga dźwigać się w górę - przyznaje Waldek. Znalazł sympatię i nawet myśl o dzieciach zaczyna mu chodzić po głowie! A to dla niego nowość.

Waldek przekroczył pięćdziesiątkę, jest małomówny, w Markocie pełni funkcję kierowcy. Nie ma kłopotów z alkoholem, ale kiedyś to właśnie procenty spowodowały, że otarł się o śmierć. - Drugie piętro pomyliło mu się z partnerem - śmieją się słuchacze, ale bez złośliwości.

Było tak. Waldek miał kobietę, z którą szło źle. Kłótnia za kłótnią, w końcu wystawiła mu walizkę za drzwi. Wyprowadził się i popłynął. Alkohol miał znieczulić ból rozstania, a dołożył cierpień fizycznych. - Skoczyłem z II piętra. Dwa miesiące leżałem w szpitalu w Bydgoszczy. Miałem złamane żebra i żuchwę, pęknięte tętnice - wylicza mężczyzna.

Lekarze złożyli go w jeden kawałek. Po szpitalu miesiąc przemieszkał u mamy. Potem, z własnej woli, trafił do Monaru Markot w Toruniu. Nie żałuje, wychodzi na prostą.

4. Marek drugi i serdeczny kolega


Prostuje się też droga drugiego z Marków, od 2 lat przebywającego już w Markocie. Mężczyzna na pierwszy rzut oka wygląda jak kierowca miejskiego autobusu lub PKS-u - gdy spojrzeć na jego chabrowy pulower wycięty w serek. I... trafiamy!

- Byłem kierowcą komunikacji miejskiej - zaczyna Waldek. - Któregoś dnia stwierdziliśmy z kolegą z pracy, że czas zaryzykować i pójść na swoje. Postanowiliśmy założyć własną firmę transportową. To był przełom 2001 i 2002 roku.

Oczywiście, na rozkręcenie biznesu potrzebne były pieniądze. Wspólnicy zdecydowali, że kredyt weźmie Marek, a spłacać będą solidarnie. Pożyczka została przyznana, pieniądze wpłynęły na konto. - Tamtego dnia nigdy nie zapomnę. Wspólnik, kolega mój serdeczny, pojechał kupować wozy dla naszej firmy. I nigdy już nie wrócił. Zostałem sam, z 300 tysiącami kredytu do spłaty - wspomina Marek. - Musiałem sprzedać mieszkanie, żeby spłacić przynajmniej część zobowiązań.

Szczęśliwie, miał znajomości w harcerstwie. Dostał pracę w Harcerskiej Drużynie Jeździeckiej w Bydgoszczy, przy koniach. No, nieźle było, ale się skończyło. HDJ przestała istnieć. Marek bez dochodów i kompletnie zdołowany trafił do schroniska dla bezdomnych w Inowrocławiu.

Do Markotu trafił „za karę”. W Inowrocławiu bowiem, traktując rzecz z humorem, nie poznano się na zaletach Marka: pracowitości i uczciwości. Aby się zresocjalizował, MOPS wysłał go do Torunia. I dobrze się stało, tutaj Marek odżył. Organizuje prace w ośrodku innym i doczekał się funkcji „kierownika prac” (wszelakich - w domyśle). Stoi też w wirtualnej kolejce po mieszkanie socjalne. Teoretycznie mu się należy. Praktycznie co jakiś czas słyszy, że „są bardziej potrzebujący, szczególnie rodziny z dziećmi”.

A serdeczny kolega, wspólnik zaginiony wraz z pieniędzmi? - Podobno jest w Australii. I lepiej niech tam zostanie - kończy z uśmiechem Marek.

5. Roman i słynne harleye


Jako jedyny, dla potrzeb reportażu, prosi o zmianę imienia. Jedyny też nie stanie do zdjęcia. Wstyd się pokazywać, po prostu. Bo Roman - lat 43, bicepsy w tatuażach, strój sportowy - to nie jest postać anonimowa. Przynajmniej w środowisku harleyowców i fanów motoryzacji. W Bydgoszczy prowadził znany w Polsce warsztat motoryzacyjny, w którym restaurował motocykle i zabytkowe samochody. Romanem i cudami, które wychodziły spod jego rąk nieraz interesowała się już fachowa prasa (na dowód - proszę - Roman przedkłada publikacje). Stworzony od zera harley, dla przykładu, to do dziś legenda w branży.

- Jestem w Markocie zaledwie od czterech tygodni. Ale jestem tu znów. Wcześniej mieszkałem tu od stycznia do kwietnia 2015 roku. Moim problemem jest alkohol. Nie powinienem brać do ust ani kropli - jasno zaznacza Roman.

O chorobie alkoholowej wie bardzo dużo. Przeczytał, co tylko znalazł. Rozmawiał, z kim tylko mógł. Sypie z rękawa definicjami. Wspomina o pomyśle zostania terapeutą. Co z tego jednak, skoro ten diabeł wciąż jeszcze ma nad nim władzę? Wiosną opiekunowie uprzedzali go: nie jesteś jeszcze gotowy, zostań. Ale on był mądrzejszy. Zdecydował inaczej. Był „suchy” i wszystko zdawało się być po kontrolą.

- Eksżona dała mi kolejną szansę. Przyjęła do domu. Znów miałem kobietę, syna, dom, samochód. I znów wszystko spieprzyłem - ciągnie Roman. - Wyrwałem na ulicę, zapiłem... I znów jestem tutaj.

Plany na najbliższą przyszłość? Wytrwać w trzeźwości, brać udział w spotkaniach AA, nie poddać się. I znaleźć kolejny piękny cel w życiu. - Najdłuższy mój okres bez picia liczył pięć lat. Zrealizowałem wtedy cel. Zbudowałem harleya i objechałem Europę. Wróciłem i zapiłem. Może zabrakło następnego wyzwania? - pyta sam siebie 43-latek.

6. Maria i jej „zaginięcie”


Maria ma 49 lat i dobrze rozumie się z Romanem. Alkohol to także jej osobisty diabeł. Do Markotu trafiła... Wróć! - Przywieziono mnie tu na wpół żywą - prostuje z mocą kobieta.

W Markocie Maria jest po raz trzeci. Tu nie pije, na zewnątrz płynie. Kiedyś miała męża. Wciąż ma troje dzieci, ale tylko jedno z nich - starsza z córek - utrzymuje z nią kontakt. Maria ma już nawet wnuka, którego jeszcze nie dane jej było spotkać.

- Niedawno wszyscy, całe miasteczko i moja córka też, myśleli, że nie żyję. Uznano mnie za zaginioną, ale najbardziej prawdopodobny ludziom wydawał się mój zgon - powoli mówi Maria. - A ja wtedy byłam w ciągu. Takim, z którego niewiele się pamięta. Mam padaczkę alkoholową i wiele innych schorzeń, więc nic dziwnego, że przyjmowano mnie tu ledwo żywą...

Od tego dnia minęło 10 miesięcy. Maria nie pije. W ośrodku opiekuje się roślinami. Ma do nich rękę. Jedną, co prawda, ale tyle wystarczy. - Rozmowy z terapeutami wiele mi dały. A szczęśliwszego dnia od wizyty córki nie pamiętam - kończy.

„Tata” proponuje


Zbigniew Grzesiak, nazywany przez podopiecznych „Tatą”, kieruje Domem dla Bezdomnych i Najuboższych Monaru Markot w Toruniu od 2,5 roku. Nie lubi patosu, ale do czytelników ma prośbę:

- W potocznym, stereotypowym myśleniu, bezdomny to menel, brudas i alkoholik. Tymczasem to w większości normalni ludzie, którzy w którymś momencie swojego życia się pogubili. Wszystkim nie udaje się pomóc, to oczywiste, ale sporej części - tak. Może warto się nad tym chwilę zastanowić? - proponuje Zbigniew Grzesiak.

„Tata” regularnie robi zakupy na fakturę w jednym z toruńskich marketów. Często zdarza mu się taka sytuacja. Pracownica sklepu klika w komputer, wyskakują jej stosowne numery i nazwa podmiotu. Zaczyna czytać: „Toruń, ulica Kujawska 1. Monar Markot, Dom dla...”. Przy słowie „bezdomnych” ścisza głos, czerwieni się i z niedowierzaniem zerka na „Tatę”. Tak, jakby sama bezdomność, niezależnie od kontekstu, była wielkim tabu i sprawą niezwykle wstydliwą. Dla Zbigniewa Grzesiaka nie jest. Bo, jak piszemy na wstępie reportażu, cienka, czerwona linia dzieli świat normalnych od bezdomnych...

Warto dodać, że Monar Markot w Toruniu jest alternatywą dla tych bezdomnych, którzy faktycznie chcą zmienić swoje życie.

Bezdomnych przybywa


W ostatnich dwóch latach aż o 17,6 proc. zwiększyła się liczba osób, które zamiast we własnym domu śpią w schroniskach, noclegowniach, izbach wytrzeźwień, na ulicach, w kanałach ciepłowniczych i w parkach.

Na początku tego roku było w Polsce 36,1 tys. bezdomnych, czyli aż o 5,4 tys. więcej niż przed dwoma laty - wynika z ich spisu, sporządzonego w nocy z 21 na 22 stycznia na zlecenie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.

Wśród osób bez mieszkania 80 proc. to mężczyźni. Ale co szczególnie niepokojące, prawie 1,9 tys. bezdomnych to dzieci - w ciągu dwóch lat ich liczba zwiększyła się o 354. Przebywają one przede wszystkim w placówkach dla samotnych matek , ale także w domkach na działkach i m.in. w altankach. Nie jest noclegownią, która ratuje życie na jedną noc.

Eksmisje na bruk


Całe rzesze bezdomnych żyją w wielkich miastach. Między innymi dlatego, że mają lepszy dostęp do opieki społecznej. Najwięcej jest ich w Warszawie - ponad 2,5 tys., w Bydgoszczy - ponad 1,4 tys., Szczecinie - prawie 1,2 tys. oraz w Krakowie - ponad 1 tys.

Takie dane podał 4 listopada br. „Dziennik Gazeta Prawna”, powołując się MPiPS.

Zdaniem ekspertów, wzrost liczby bezdomnych związany jest nie tylko z rosnącą grupą osób, które mają problemy z alkoholem, są uzależnione od narkotyków czy hazardu albo tracą mieszkanie w wyniku na przykład konfliktów rodzinnych.

- Bezdomność wynika także z powiększającego się ubóstwa. W naszych schroniskach jest coraz więcej starszych osób, które trafiły do nas z powodu kłopotów finansowych. Więcej jest u nas także młodych ludzi, którzy nie mogą się odnaleźć np, po opuszczeniu zakładów poprawczych - mówi Teresa Sieradzka ze Stowarzyszenia Monar. Dodatkowo powiększaniu bezdomności sprzyja możliwość eksmisji lokatorów na bruk poza sezonem zimowym.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.