Bezpiecznie po śliskim. Jak? Po szwedzku!

Paweł Kędzia 26 grudnia 2015

Nic tak nie weryfikuje pojęcia o własnych umiejętnościach, jak bezwładny piruet przy stosunkowo niewielkiej prędkości. Taką lekcję pokory powinien przejść każdy, nie tylko początkujący kierowca.

Instruktor Adam Knietowski przekonuje, że liczą się detale. Obie ręce na kierownicy to podstawa!

Fot.: Sławomir Kowalski

Jestem przeciętnym szoferem. Rocznie pokonuję około 20000 kilometrów. Mam znajomych, którzy tyle jeżdżą w miesiąc. Jednak znam już to uczucie, kiedy auto nagle przestaje mnie słuchać i zamiast skręcać, szoruje poboczem i wbija się w przydrożną przeszkodę. Większość moich kolegów w młodym wieku miało podobne doświadczenia, ale jeśli każdego z nich zapytać, co było przyczyną stłuczki, mało który przyzna się, że przeszarżował, czy źle ocenił sytuację na drodze. Zawsze to następowało z przyczyn obiektywnych. Ktoś wyjechał, zahamował, wymusił...


Bo Polacy generalnie mają się za świetnych kierowców. O czym można się przekonać na przykład na spotkaniach z Krzysztofem Hołowczycem, mistrzem kierownicy. Znany rajdowiec krzewi ideę bezpiecznej jazdy. Najczęściej spotyka się z pytaniami typu, jak wyprowadzić auto z poślizgu przy dużej prędkości.

Poślizgi to tylko w rajdach


- W Polsce jest zaledwie kilka osób, które mogą dokonać tej sztuki, i to nie w każdej sytuacji - odpowiedział rajdowiec podczas jednego z takich spotkań w Brodnicy. - Jeśli doprowadziłeś do poślizgu, to znaczy, że dałeś się zaskoczyć. Nie zachowałeś odpowiedniej czujności, nie kontrolowałeś tego, co się dzieje z autem. Wtedy można zrobić naprawdę niewiele. Mam doświadczenie i znam technikę jazdy. Po tylu latach uprawiania sportów motorowych można by powiedzieć, że z autem zrobię prawie wszystko, ale właśnie dlatego mam świadomość, że tak nie jest. Każdy centymetr nieodpowiednio skręconej kierownicy przy dużych prędkościach i w trudnych warunkach drogowych nie daje mi szans na wyjście cało z opresji.

Adam Knietowski, instruktor bezpiecznej jazdy: Gdy zaczęto prowadzić w Szwecji szkolenia, ukazujące zagrożenia podczas jazdy, znacząco zmniejszyła się tam liczba wypadków z udziałem młodych kierowców.


- I to jest absolutna racja! - potwierdza Adam Knietowski, instruktor techniki jazdy, specjalista od jazdy defensywnej.

- Poślizg kontrolowany dotyczy wyłącznie sportu samochodowego. Gdy jeździłem w rajdach samochodowych, to ćwiczyłem poślizgi, żeby pojechać optymalnym torem jazdy - mówi Bogusław Bach, dyrektor i właściciel Toruńskiej Akademii Jazdy. - Wchodząc w zakręt, byłem na to przygotowany. A teraz proszę sobie wyobrazić sytuację w warunkach normalnego ruchu, że na drogę wybiegło dziecko z piłeczką, czy z bocznej drogi wyjechał traktor. Trzeba ominąć przeszkodę, ale manewr jest zbyt gwałtowny. Dociążając przednią oś i odciążając tylną, następuje zerwanie przyczepności i utrata kontroli nad pojazdem. W momencie, kiedy samochód jedzie bokiem do kierunku jazdy, to już nie ma wielkiego pola manewru. Czas reakcji, ta jedna sekunda, już spowodowała, że auto „płuży” bokiem do kierunku jazdy. W takiej sytuacji muszę wcisnąć hamulec, żeby zmieścić się w „czarnym” i próbować zmniejszyć prędkość, żeby ewentualnie zminimalizować skutki zderzenia. Nie ma żartów z poślizgiem niekontrolowanym, bo tylko taki może się zdarzyć na drodze.

Zrozumieć zagrożenia


W kraju trwa burza, bo zmiany w przepisach dotyczących prawa jazdy - przesunięte obecnie o rok - zakładają obowiązkowe szkolenie „świeżaków” z zagrożeń w ruchu drogowym. Koronnym argumentem przeciwników tego rozwiązania jest wątpliwość, czego można się nauczyć w trakcie zaledwie godzinnego dodatkowego kursu.

Wystarczyło 37 km/h, żeby wylecieć z toru  i  strącić pachołki. A przecież na co dzień jeździmy dużo szybciej.

fot. Sławomir Kowalski

Wystarczyło 37 km/h, żeby wylecieć z toru i strącić pachołki. A przecież na co dzień jeździmy dużo szybciej.



- A przecież nie o to chodzi - komentuje te obawy Adam Knietowski. - W ogólnym ujęciu szkolenie jedynie ukazuje problemy związane z fizyką pojazdu i z wszystkimi taktycznymi zagrożeniami na drodze. Na kursie nauki jazdy ośrodek przygotowuje kursanta do ruchu drogowego. Natomiast często jest pomijany problem zagrożeń, związanych z techniką i taktyką jazdy. Jako ośrodek doskonalenia techniki jazdy od lat uświadamiamy kierowców, że prędkość ma wielki wpływ na utrzymanie pojazdu na właściwym torze jazdy, zapanowanie nad samochodem. Przede wszystkim chodzi o prewencję. Ustawodawca słusznie wyszedł z założenia, że jeżeli młody kierowca doświadczy, co się dzieje z pojazdem przy prędkości większej o 5, 10 czy 15 kilometrów na godzinę, to łatwiej mu będzie zrozumieć zagrożenia i w przyszłości unikać zachowań ryzykownych.

- Kierowca na tym szkoleniu, w bezpiecznych warunkach, ma zrozumieć, co mu grozi, jeżeli będzie szarżował - podkreśla Bogusław Bach, dyrektor i właściciel Toruńskiej Akademii Jazdy.

W tym ośrodku z powodzeniem sięga się po model skandynawski. Dla jego dyrektora i właściciela, Bogusława Bacha, Szwecja jest niedościgłym wzorem rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego, co podkreśla przy wielu okazjach. Ba, jako prowadzący jeden z prężniejszych ośrodków doskonalenia techniki jazdy, wielokrotnie swoimi spostrzeżeniami dzielił się z kolejnych stosownych ministerstwach.

Szwecja wzorem


Obowiązkowe szkolenia dla kierowców w Szwecji przeprowadza się w podobnym zakresie, jak zaproponowano obecnie w Polsce. Szwecja przez Światową Organizację Zdrowia stawiana jest za wzór organizacji ruchu (wpływają na to m.in. świetna infrastruktura i wysokie kary). W 2013 r. na drogach zginęło tam zaledwie 260 osób, co daje wskaźnik 2,7 na 100000 mieszkańców. W tym czasie w Polsce życie na drogach straciło 3571 ludzi, a wstydliwy wskaźnik na 100000 mieszkańców wynosi aż 9,2.

- Przetłumaczyliśmy szwedzkie rozporządzenia odnośnie szkoleń, dotyczących bezpiecznej jazdy i zagrożeń w ruchu drogowym - relacjonuje Adam Knietowski. - Gdy zaczęto prowadzić w Szwecji szkolenia, ukazujące zagrożenia podczas jazdy, znacząco zmniejszyła się w tym kraju liczba wypadków z udziałem młodych kierowców. Tam podczas szkolenia do minimum ogranicza się elementy doskonalące technikę jazdy - wszystko po to, by zbyt duża pewność siebie kursanta nie doprowadzała do ryzykownych zachowań. Pierwszym krokiem do tego, żeby zostać bezpiecznym kierowcą, jest zrozumienie zagrożeń. Często posługujemy się sformułowaniem: „dobry kierowca”. Taka osoba nie istnieje. Każdego z nas może spotkać na drodze coś - także osobę z ogromnym doświadczeniem za kierownicą i milionem przejechanych kilometrów - z czym sobie nie poradzi.

Niezależnie od tego, czy do ośrodka trafia świeżo upieczony młokos, czy doświadczony kierowca np. z firmy transportowej, reakcja jest zazwyczaj na początku podobna - zdziwienie, że aż tylu rzeczy się nie potrafi.

Zaczyna się od detali: pozycji za kierownicą, poprawnie zapiętego pasa bezpieczeństwa.

- Powinniśmy zakładać go na biodra. Wszystkie możliwe saszetki, torebki czy telefony w bluzie wyciągamy i rozpinamy kurtkę. Wtedy dociągamy pas do bioder - instruuje Adam Knietowski. - W przeciwnym razie spełni on co prawda swoją funkcję, ale przy okazji spowoduje też dodatkowe obrażenia.

Słoń w pasach


Kiedy zapinam pasy przed wejściem do symulatora dachowania, wciąż przed oczami mam wyniki z wagi przeciążeniowej. Urządzenie pokazuje tzw. masę zderzeniową, czyli z jaką siłą kierowca oddziałuje na pas bezpieczeństwa, a w razie jego braku - na wszystkie inne elementy i osoby w samochodzie. Jestem kierowcą wagi lekkiej, korzystając z frazeologii bokserskiej, przy „czterdziestce” w chwili zderzenia moja masa wynosi 1,8 tony. Przy „pięćdziesiątce” przeciążenia powodują, że masa wzrasta do 2,8 tony. A „sześćdziesiątka” przekłada się na ponad 4 tony, czyli tyle, ile ma niewielki słoń! Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości, że warto zapinać pasy?

Kolejny element szkolenia „Safety house” („Bezpieczny dom”) w toruńskiej akademii to m.in. symulator nagłego zatrzymania, gdzie samochodowy fotel z nieszczęśnikiem zjeżdża z metalowej konstrukcji. Po próbie podchwytliwe pytanie instruktorów, jaka prędkość uderzenia jest symulowana. 30-40 km/h? - zastanawiam się. Nie, zaledwie 7 km/h…

W rogu pomieszczenia stoi kompletnie rozbite Audi A3. Kierujący na łuku drogi złapał pobocze i uderzył w drzewo. W wypadku poszkodowane zostały dwie osoby. Jak wykazali biegli, w momencie uderzenia w drzewo prędkość pojazdu wynosiła 55 km/h - o czym informuje tablica obok. Przemawia do wyobraźni.

Wreszcie wyjeżdżamy na tor. Tego dnia nie pada, ale wszechobecna wilgoć osiada na wszystkich powierzchniach - idealne warunki do „ślizgania się”. Wydawać by się mogło, że jazda samochodem wyposażonym w najnowocześniejsze systemy nie sprawi kłopotu. I rzeczywiście, przy prędkości 30 km/h auto płynnie pokonuje ciasny zakręt. W kolejnych rundach auto stopniowo przyspiesza aż do 37-40 km/h. Kontrolki na desce rozdzielczej sygnalizują, że załączają się poszczególne systemy, a mimo to przed maską zatańczyły pachołki, dając do zrozumienia, że właśnie wypadliśmy z umownej drogi. Jak widać, granica jest cienka.

- Zwracamy uwagę na detale. Większość aut ma obecnie ABS, gdzie technika hamowania jest zupełnie inna niż 20-30 lat temu - komentuje Bogusław Bach. - A zdarza się, że instruktorzy starej daty nadal uczą hamować pulsacyjnie, co uniemożliwia systemom prawidłowe działanie. Trzeba pamiętać, że jest jeszcze sprzęgło, które również trzeba wcisnąć, bo inaczej zakłócamy pracę tego systemu i wydłużamy drogę hamowania. Zapominając o sprzęgle, możemy znaleźć się w takiej sytuacji, że samochód zgaśnie, a trzeba uciekać z miejsca zagrożenia, bo na przykład nadjeżdża inny pojazd.

Z podobną sytuacją spotykają się etatowi kierowcy, którzy uczestniczą w komercyjnych szkoleniach w ośrodku. Ludzie, którzy zawodowo przemierzają miliony kilometrów, nagle muszą się przyznać, że nie są w stanie zapanować nad autem, które porusza się przecież stosunkowo wolno. O tym, że jest to efektywny sposób nauki, najlepiej świadczą liczby.

- Realizowaliśmy program „Bezpieczna flota”. Po badaniach PZU okazało się, że osiągnęliśmy tzw. wizję zero, czyli zero wypadków śmiertelnych w tych firmach, w których przeszkoliliśmy ludzi - z dumą mówi Bogusław Bach. - Spadek wypadkowości (stłuczek i tym podobnych zdarzeń) w niektórych firmach osiągnął nawet 40-50 procent.

Ostatni błąd w „tatusiowym” aucie


W akademii nie ukrywają, że najtrudniej walczy się ze stereotypami.

- Często młodzi kierowcy przyjeżdżają „tatusiowymi” autami, gdy po zrobieniu prawa jazdy dostają Skodę Felicię, bo całe życie była w rodzinie i najpierw jeździł nią ojciec, matka, córka, a teraz ten młody człowiek - opowiada Adam Knietowski. - Samochodowi brakuje systemu ABS, ma przeciętne opony, a ojciec na dzień dobry mówi, że na takim to się syn najlepiej nauczy jeździć. Dopiero, gdy chłopak notorycznie strąca pachołki przy śmiesznej prędkości i nie umie nad niczym zapanować, rodzice reflektują się, że przez nieodpowiednie naciśnięcie hamulca w takim aucie, syn może wjechać pod ciężarówkę i to będzie już ostatni jego błąd.

Na drugim biegunie są anegdoty o jeździe supernowoczesnymi samochodami, naszpikowanymi elektronicznymi systemami, które dają złudne poczucie bezpieczeństwa.

- Przyjechała klientka z dużym doświadczeniem - bardzo dobrym samochodem. Po wjechaniu na krąg poślizgowy okazało się, że auto jest wybitnie nadsterowne - relacjonuje instruktor. - Od razu zanosiło tyłem i do akcji musiał wkraczać system stabilizacji toru jazdy. Kobieta dziwiła się, że inny samochód przejeżdżał „czterdziestką” i nic się nie działo. Już po wyjściu okazało się, że zamontowane są opony z rocznika 2009 i 2010. Z przodu i z tyłu inne. Zgodnie z przepisami tak może być i policjant za to nie zabierze dowodu, ale kobieta sama mogła się przekonać, jaki negatywny wpływ ma to na jazdę. To paradoks, że zazwyczaj dbamy o auto, przeglądy i systemy, a tak często zaniedbujemy jedyny element kontaktu samochodu z podłożem.

Po wyjściu z ośrodka wsiadam razem fotoreporterem do prywatnego auta. Odruchowo zapinamy pasy i dociągamy je - zgodnie ze wskazówkami instruktorów. W końcu bezpieczna jazda zaczyna się od detali.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 26-12-2015 14:40

    Oceniono 3 razy 3 0

    - Zenobi: Kiedyś uczono mnie na kursie prawa jazdy jak przede wszystkim nie wpaść w poślizg, jak rozpoznać stan nawierzchni, jak na bieżąco oceniać lokalne warunki drogowe i pogodowe. Wpadnięcie w poślizg na drodze o szerokości 6-8 m tak, czy siak się kończy katastrofą. Masę kierowców teraz podchodzi do tematu mam zimówki, ABB, ADR i inne HGW, więc fizyka nie działa na mnie.

    Odpowiedz

  2. 26-12-2015 14:27

    Oceniono 3 razy 2 1

    - shadow: czyli znowu urabiają nas do tego aby ogolić z kasy przy robieniu uprawnień do kierowania pojazdem. Fakt płyta poślizgowa to fajne przezycie bo miałem okazję przejść takkie szkolenie tylko u nas jak zwykle wiąże się z wyciągnięciem dodatkowej kasy

    Odpowiedz