Chodzą słonie po Cejlonie. Lankijczycy ubóstwiają te największe lądowe ssaki [ZDJĘCIA]

Krzysztof Błażejewski 11 grudnia 2015, aktualizowano: 11-12-2015 13:24

Sri Lanka, państwo położone na wyspie Cejlon, słynie nie tylko z upraw herbaty i przypraw, ale i z największej na świecie liczby słoni, przypadającej na jednego mieszkańca tej krainy.

Fot.: Krzysztof Błażejewski


Wyspę zamieszkuje słoń cejloński, podgatunek słonia indyjskiego. Cieszy się tam szczególnymi względami. Bo czy możemy sobie wyobrazić, by dla ochrony jakiegoś gatunku zamykać na noc wszystkie szosy przebiegające na terenie zamieszkiwanym przez te ssaki? A tak właśnie dzieje się na Cejlonie. W dzień przy drogach łatwo spostrzeć ustawione odpowiednie ostrzegawcze znaki, są też ograniczenia prędkości. Stado wędrujące szosą czy pojedyncze osobniki to wcale nierzadki widok. Często zdarza się, że słonie wychodzą całą gromadą na uprawne pola czy na nadmorską plażę...


Mimo niezwykłego szacunku, jakim na Cejlonie cieszą się słonie, corocznie kilkadziesiąt z nich pada ofiarą zderzeń z samochodami, giną też atakowane przez rolników, którym niszczą pola i zbiory, padają łupem kłusowników. W dalszym ciągu trwają polowania na kość słoniową, a ludzie, powiększając areał swoich upraw, ograniczają słoniom ich terytorium.

Słonie jako ozdoba buddyjskich pielgrzymek


Lankijczycy traktują słonie jako świętość, ale potrafią je także wykorzystywać do rozmaitych użytkowych celów. Słonie pracują na budowach, nosząc duże kłody drewna i inne ciężary, inne przyucza się do noszenia ludzi, szczególnie licznie przyjeżdżających na wyspę turystów. W każdej buddyjskiej świątyni trzyma się także słonie, które biorą udział w orszakach i procesjach z okazji najważniejszych świąt. Z różnych stron wyspy przez okrągły rok zdążają pielgrzymki do najważniejszej świątyni na wyspie w Kandy, gdzie przechowywany jest 25-centymetrowej wielkości ząb Buddy. Zwykle na tę okazję całą wieś zrzuca się, by wynająć... kilka słoni, bo wtedy jest naprawdę uroczyście.

Jedną z największych atrakcji turystycznych wyspy jest sierociniec słoni w Pinnawali, miejscowości odległej ledwie o dwie godziny od stolicy Sri Lanki - Colombo. O każdej porze roku przebywają tam tłumy przybyszów ze świata, ale równie dużo przyjeżdża tam samych Lankijczyków. Nie można się dziwić, bowiem oferowane tu widowisko jest przednie. Dwa razy dziennie odbywa się w sierocińcu obchód wszystkich lokatorów, połączony z ich karmieniem, dwa razy dziennie słonie wędrują też mniej więcej dwa kilometry przez miasteczko, by wziąć kąpiel w rzece Ma Oya.

Taki pochód z udziałem 30-40 zwierząt prowadzi zawsze kornak, niosący w ręku... strażacką syrenę. Jej dźwięk doskonale naśladuje odgłos wydawany przez prowadzącą stado na wolności dominującą samicę. Kiedy kornak, zwany tu mahudem, uruchamia instrument, trąbiaste ssaki potulnie ustawiają się w dwu-, trójszereg i posłusznie maszerują stadem za przewodnikiem. Wiele z nich ma na szyi i nogach łańcuchy. Jak twierdzą miejscowi, to na wszelki wypadek, gdyby chciały powędrować swoją drogą. Mahudowie znają doskonale swoich podopiecznych. Wszystkie słonie mają swoje imiona, każdy z nich ma też inny charakter. Jak u ludzi.

Największe ssaki najbardziej lubią małe dzieci


Kąpiel w rzece trwa zwykle około godziny i pozwala obserwować bardzo różne zachowania społeczne zwierząt, które wydają się w wodzie zachowywać i bawić jak... ludzkie dzieci. Ponad wszystko uwielbiają oblewanie wodą z wiader przez opiekunów. Bywa, że kąpiele są odwoływane z uwagi na wysoki poziom i silny nurt rzeki po gwałtownych opadach, których tu w porze deszczowej nie brakuje.

Zobacz wszystkie zdjęcia w galerii (12) »



Nie wszystkie jednak słonie z sierocińca idą z całą gromadą do rzeki. Niektóre, te z defektami psychicznymi, mniej oswojone, w ogóle nie opuszczają sierocińca, na swoją kolej muszą także czekać najmłodsze słoniki. Co ciekawe, oprócz stałych opiekunów, w sierocińcu pracuje wiele dzieci, przychodzących tu po szkole, wolontariuszy. Jak zaobserwowano, słonie bardzo chętnie obcują z dziećmi, a najposłuszniejsze są, kiedy zajmują się nimi... kilkuletnie dziewczynki. Ulubionym pokarmem słoni są... różowe banany, u nas całkowicie nieznane, a na Sri Lance rosnące masowo i pogardzane przez ludzi z uwagi na ich kwaśność. Młode osobniki z kolei przepadają za mlekiem, które w butelkach, niczym niemowlętom, serwują im opiekunowie, a za dodatkową opłatą może to uczynić każda osoba odwiedzająca sierociniec. Chętnych nie brakuje. Z tego rodzaju opłat i biletów wstępu utrzymuje się ten ośrodek.

Sierociniec słoni w Pinnawali założony został w 1975 roku. Trafiały tam przeważnie młode zwierzęta, których matki zginęły czy to na drodze, czy z rąk rolników. Najwięcej słoni, bo nawet około stu, mieszkało tam na początku naszego stulecia, kiedy trwała wojna na północy wyspy z Tamilskimi Tygrysami i słonie w dżungli masowo wpadały na ukrywane przez terrorystów miny, które urywały lub kaleczyły im kończyny, były też masowo atakowane przez rolników.

Ciekawą pamiątką z sierocińca w Pinnawali jest papier wyrabiany tu ręcznie z odchodów słoni, dlatego też ekskrementy regularnie się zbiera i magazynuje, bo przynoszą dochód.

Pomagały Lankijczykom, pomogły i Anglikom


Słonie od zawsze towarzyszyły mieszkańcom Cejlonu. Tylko one były w stanie torować ścieżki przez bujną dżunglę, oswajając zatem te zwierzęta, budowano dzięki nim sieć dróg na terenie kraju, co ułatwiało komunikację.

Lankijczycy dzięki naturalnym warunkom panującym na wyspie i niemożności przebicia się przez dżunglę opierali się europejskim najeźdźcom przez trzy stulecia. Podbili ich kraj dopiero Brytyjczycy, kiedy opanowali sztukę... wykorzystania słoni do przedzierania się przez las.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.