Dlaczego prokurator lekką ręką umarza śledztwo w sprawie zagadkowej śmierci Kazika - pyta rodzeństwo zmarłego

Grażyna Ostropolska 11 grudnia 2015

Nie zrobiono wizji lokalnej, nie przesłuchano lekarza, który stwierdził, że do tak poważnych urazów u denata mogło dojść wskutek upadku z dużej wysokości albo poprzez udział osób trzecich. Lista zaniedbań śledczych jest długa.

Fot.: Rys. Łukasz Ciaciuch


Kazimierza Kornaka znalazł na osiedlowej drodze (7 lipca ok. 18.00) pan W. - Mężczyzna ciężko oddychał, charczał, nie reagował na mój głos - zeznał. Chwilę później zjawili się ratownicy z transportu medycznego, ułożyli Kornaka na boku i rzucili sugestię, że mógł mieć atak padaczki. - Poprosili mnie o wezwanie pogotowia, co uczyniłem - relacjonował świadek.


Karetka zawiozła nieprzytomnego pana Kazimierza do szpitala. Tomografia głowy ujawniła liczne złamania kości czaszki i wewnętrzne krwiaki, więc pacjent natychmiast trafił na salę operacyjną, gdzie w trakcie akcji ratowania go zmarł. „Doktor W. oświadczyła, iż do tak poważnych urazów u denata mogło dojść w wyniku upadku z dużej wysokości albo poprzez udział osób trzecich” - napisał w notatce policjant Z.

9 lipca prokuratura wszczyna śledztwo „w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci Kazimierza Kornaka” i już 4 sierpnia je umarza. - Czynności przeprowadzone w postępowaniu

wykluczyły udział osób trzecich


- brzmi uzasadnienie. Żona i synowie zmarłego nie widzą powodu, by to postanowienie zaskarżyć, a jego rodzeństwo nic nie wie o ustaleniach śledztwa, bo... - Prokuratura odmówiła mi zgody na wgląd do akt sprawy i sporządzenie fotokopii opinii sądowo-lekarskiej - poskarżył się nam Stanisław Kornak, brat zmarłego.

Zarządzenie o odmowie udostępnienia akt nosi datę: 4 sierpnia, zbieżną z umorzeniem śledztwa. „Po zapoznaniu się z aktami postępowania przygotowawczego organ procesowy stwierdza, że w przedmiotowej sprawie nie zachodzą wyjątkowe okoliczności, uzasadniające udostępnienie akt sprawy osobie nie będącej stroną toczącego się postępowania” - pisze prokurator Joanna G.

Brat zmarłego prosi nas o interwencję i 28 września ta sama prokurator wydaje mu zgodę na wgląd do akt i sporządzenie fotokopii. - Jestem w szoku! - to reakcja Stanisława Kornaka po lekturze materiałów, dotyczących śledztwa w sprawie śmierci jego brata. - Zrobiono z Kazia pijaka, który całe życie chlał, a przecież

to wierutne kłamstwo!


- oburza się pan Stanisław. - W zeznaniach żony ani syna nie ma ani słowa o tym, że Kazimierz od 1989 r. pracował w Niemczech, a dzięki jego ciężko zarobionym pieniądzom oni opływali w luksusy - zauważa. Jego brat wrócił na stałe do Polski we wrześniu ub.r. Miał 71 lat i wszystkie możliwe choroby, bo na leczenie nigdy nie miał czasu.

- Mówiliśmy mu: „Kaziu, przestań się tak męczyć, przejdź na emeryturę”, a on na to: „Jeszcze trochę, bo synom trzeba pomóc” - wspomina pani Marta, krewna zmarłego. Opowiada o warunkach, w jakich Kornak żył i pracował w Niemczech: - Mieszkał w suterenie bloku, który sprzątał. Do południa pracował w zakładzie za miastem, produkującym noże, gdzie musiał dojeżdżać autem, a po południu sprzątał klatki, grabił liście, wywoził śmieci. Na siebie niewiele wydawał, wszystko przekazywał rodzinie; na dobra, w których teraz jego żona i synowie się pławią.

Pani Marta widziała Kazimierza w połowie czerwca. - Przyjechał po nas swoją mazdą, odwiedziliśmy rodzinne strony i groby krewnych, zjedliśmy u niego obiad i odwiózł nas z powrotem, choć mieszkamy ponad 100 km dalej. Kuzyn nigdy się nie skarżył, ale wtedy tak powiedział o swojej najbliższej rodzinie: „Wiesz..., odzwyczaili się ode mnie, jest mi trudno”.

Trzy tygodnie później zadzwoniła do pani Marty żona kuzyna: „Kazio nie żyje, na ulicy się przewrócił” - usłyszała. Nigdy nie uwierzy w to, że krewny był pijakiem, choć z opinii biegłego wynika, że zmarły miał 1,92 promila alkoholu we krwi. - Owszem, piwo lubił wypić, ale sporadycznie, bo dzień w dzień jeździł autem do pracy i harował od świtu do nocy - twierdzi. Podobnie mówi o zmarłym jego kuzynka pani Katarzyna: - Kaziu wszystkim pomagał. Pamiętał o naszych urodzinach i zawsze wkładał do koperty z życzeniami 10 lub 20 euro. On ciągle myślał o swoich dzieciach i wnukach: fundował im wakacje, kupował mieszkania i samochody - twierdzi. Zaprosił ją do siebie w lipcu, ale... - Uprzedzał, że żona zamyka przed nim lodówkę i pozostałe pokoje.

Pani Gertruda, siostra zmarłego, rozmawiała z nim przez telefon kilka godzin przed śmiercią. Pytała brata, jak się czuje, bo miał chore serce; w marcu wszczepiono mu stenty, a 19 czerwca przeszedł zawał. - Powiedział, lepiej nie będzie, bo żyję dzięki tabletkom. Właśnie prał sobie ręcznie spodnie, bo Kazio był pedantem i wspominał, że ugotuje sobie na obiad kaszę - wspomina. Tydzień wcześniej była z nim w banku, gdzie brat zakładał lokatę na 70 tys. zł i ją upoważnił do wypłat. Mówił, że boi się trzymać te oszczędności w domu, a dzień przed śmiercią Kazimierz zatelefonował do brata, prosząc go o spotkanie. - Powiedział: „Oni mnie chyba załatwią” - relacjonuje pan Stanisław. On najwięcej wiedział o tym, co dzieje się w domu brata: - Kazik mówił, że żona i synowie chcieli go oddać do przytułku, ale zrezygnowali, gdy pracownicy opieki społecznej uświadomili im, że będą musieli do jego pobytu dopłacać. Żałował, że przepisał dzieciom notarialnie swoje mieszkanie, w zamian za dożywocie, bo nie spodziewał się, że tak mu się odpłacą za ciężką harówkę na ich luksusy. W czerwcu Stanisław i Gertruda odwiedzili pana Kazimierza w szpitalu.

- Siadło mu serce, gdy żona i syn wezwali policję. Donieśli, że Kazik po pijaku urządza w domu awanturę, a kiedy okazało się, że jest trzeźwy i policjanci zamierzali wyjść, syn ich poinformował, że ojciec chowa w pokoju broń - relacjonują to, z czego brat zwierzył się im w szpitalu. - Przyjechała specjalna ekipa i znalazła pistolet gazowy, z którego brat strzelał w Sylwestra ku uciesze wnuków - twierdzi pan Stanisław. Kazimierz został zatrzymany, a po ataku serca wylądował w szpitalu.

Próbujemy skonfrontować te informacje u źródła, ale syn zmarłego, Marek, zabrania nam rozmowy z matką, a umorzenie śledztwa uważa za zasadne.

„Mąż nadużywał alkoholu od zawsze. Raz, wiele lat temu podjął próbę leczenia, ale nie wytrzymał. Później było tylko gorzej. Zdarzało mu się pić do utraty przytomności,

pił sam ze sobą,


a potem wszczynał awantury. Wcześniej ograniczało się to do wyzwisk, a od paru lat zdarzało się, że podnosił na mnie rękę. Aktualnie toczy się postępowanie w sprawie fizycznego i psychicznego znęcania się męża nade mną” - tak żona zmarłego zeznała na policji. Wiedziała, że leczył się na serce, ale nie ma pojęcia, jakie leki zażywał. Był też po operacji wrzodów żołądka, słabo widział i słyszał, ale nigdy się na zdrowie nie uskarżał. Miesiąc przed śmiercią ją pobił, więc powiadomiła policję i od tej pory ze sobą nie rozmawiali. Ostatni raz widziała go 7 lipca o 13.00, jak wychodził z domu.

Syn Marek też z ojcem nie rozmawiał i nie wie, co mu ostatnio dolegało. „W przeszłości zdarzało się ojciec zapił i nie wracał na noc”- zeznał.

- Ciekawe, że ani żona, ani syn, słowem nie wspomnieli o tym, że Kazik dopiero we wrześniu 2014 r. wrócił do Polski po 25 latach harowania na rodzinę, że miał spore oszczędności na czarną godzinę i jeździł szybkim autem, bo nikt nie zabrał mu prawa jazdy za rzekome pijaństwo - zauważają krewni po zapoznaniu się z protokołami przesłuchań skonfliktowanej ze zmarłym rodziny. - Złożyliśmy w prokuraturze wnioski dowodowe, licząc na podjęcie na nowo umorzonego postępowania, bo prokuratura po przesłuchaniu żony i syna potraktowała Kazika jak bezdomnego pijaka, za którym i tak nikt się nie ujmie - informuje brat zmarłego.

PS Personalia zmieniono.

Warto wiedzieć: Z opinii biegłego


wynika, że sińce i otarcia na ciele zmarłego mogły być skutkiem „czynnego działania tępego narzędzia lub upadku na taki przedmiot”, a złamania kości czaszki - upadku na twarde, nieelastyczne podłoże. Nie skonfrontowano tej opinii z neurochirurgiem, który stwierdził, że tak poważne urazy mogły powstać przy upadku z dużej wysokości lub przy udziale osób trzecich.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.