Psi zaprzęg - zgrany kolektyw wybitnych osobowości. Jedziemy!

Piotr Schutta 4 grudnia 2015

Podłabiszyńskie lasy to nie Laponia, ale gdzieś trenować trzeba. Krzysztof Nowakowski, jeden z najlepszych polskich maszerów, parkuje wóz ze sprzętem i za chwilę ósemka biegaczy będzie gotowa.

Henia i Zuza jak zawsze na czele stawki. Wystarczy im nie przeszkadzać, to dojedziemy, gdzie trzeba.

Fot.: Tomasz Czachorowski


Zuza, jak zwykle, maksymalnie skoncentrowana, nie potrzebuje żadnych komend, aby wybrać właściwą drogę. Ziemia ucieka spod kół. Pędzimy ostro w dół trzydzieści kilometrów na godzinę leśnym duktem. Mimo dziesięciu lat w metryce „dziewczyna” ciągle jest we wspaniałej formie. Fizycznej i psychicznej. Pewna siebie, niezależna w podejmowaniu decyzji i nieomylna. Jak na liderkę przystało. Niegroźne jej leśne ostępy pod Łabiszynem; mało, niestraszne jej burze śnieżne na Dalekiej Północy. Henia, która biegnie obok niej, będzie musiała się jeszcze sporo od swojej mentorki nauczyć.


Krzysztof Nowakowski, 44-letni, doświadczony maszer z Nowego Dąbia pod Łabiszynem, nie ma dzisiaj wiele do roboty. Tak to przynajmniej wygląda. Czasem tylko, na podjazdach, mężczyzna odpycha się jedną nogą, by trochę pomóc zapracowanym biegaczom. Dopiero później, podczas krótkiej przerwy w treningu dowiem się od jego żony Darii Nowakowskiej, jedynej polskiej maszerki długodystansowej, ile trzeba się napracować, stojąc na wózku czy saniach, gdy ma się przed sobą znakomicie wytrenowany psi zespół gnający do przodu.

Daria Nowakowska, maszerka: Każdy pies to inna osobowość i inna historia życiowa. Z każdym trzeba pogadać, sprawdzić, czy coś nie dolega. W tej chwili mamy w naszym kennelu 34 psy.


Po kilku minutach galopu osiem psich sylwetek w uprzężach wpada w jednostajny rytm, by spokojnym kłusem połykać kolejne kilometry. W sumie pięćdziesiąt. Z niewielką przerwą na picie albo i bez niej. Pokonanie tego dystansu zajmuje około 4 godzin. Pięćdziesiąt kilometrów dla psów alaskan husky, biegających na długich dystansach, to podstawowa jednostka treningowa. W listopadzie.

- Bo we wrześniu, kiedy rozpoczynamy cykl przygotowań po letniej przerwie, psy trenują inaczej. Biegają na krótszych dystansach, ale codziennie. Z czasem zwiększamy kilometry, a zmniejszamy częstotliwość - opowiada Krzysztof Nowakowski, niewysoki mężczyzna o potężnych barach i ogorzałej twarzy. Były mistrz Polski w wioślarstwie, alpinista. Sport wyczynowy ma we krwi.

Dzisiaj trenuje ósemka. Reporter będzie na wózku balastem, a psy pobiegną na krótszym dystansie, za to ze wspomnianym obciążeniem i dynamiczniej. Będą miały trening siłowy.

Daria i Krzysztof Nowakowscy szybko przedstawiają psią załogę. Z przodu błyskotliwa Zuza - liderka - i terminująca u niej Henia. Dalej wrażliwa, nieśmiała, a przy tym niezwykle silna Arina. Potem Szejen, wicemistrzyni Europy w biegach średniodystansowych, weteranka nieistniejącego już legendarnego wyścigu, rozgrywanego we francuskich Pirenejach. Później Tanda, dobry duch zespołu, istota absolutnie niekonfliktowa, obdarzona niewyczerpanym zapasem entuzjaz-mu. Po nich Sofi, „potwór na czterech łapach, pies nie do zdarcia”, jak mówi o niej żartobliwie Krzysztof Nowakowski. Na samym końcu, najbliżej wózka, psy najlepiej zbudowane, „gwiazdy” zaprzęgu. Pips, wielokrotny mistrz długich dystansów, oraz jego niesforny kolega Xanto, zaledwie dwuletni, najmłodszy w całej stawce. „Pies biegający do oporu”. Od ostatniej dwójki (tzw. wheels dogs, biegnące najbliżej wózka czy sań) zależy to, jak wejdziemy w ostry zakręt i - co najważniejsze - jak z niego wyjdziemy. Każdy zresztą ma tutaj swoje zadanie. Ktoś prowadzi stawkę i wybiera drogę, ktoś inny podtrzymuje rytm biegu, kolejny dba o morale drużyny.

- Haw! - krzyczy nagle Krzysztof Nowakowski i zaprzęg niczym zdalnie sterowany pocisk momentalnie skręca w lewo. W czasie całego treningu komenda ta pada najwyżej trzy razy, choć zakrętów jest dużo więcej. Zuza prowadzi sama.

- Pozwalam jej samodzielnie podejmować decyzje. To pies o nieprawdopodobnych umiejętnościach. Odziedziczyła je po swoim ojcu Dante. Tu nie ma ułamka sekundy na zastanowienie. Nawigacja w głowie. Z tym trzeba się urodzić - mówi maszer znad kierownicy rozpędzonego wózka. Gdyby był śnieg, trenowalibyśmy w warunkach zbliżonych do tych, które panują na zawodach czy na wyprawie. Teraz jednak zamiast sań musimy zadowolić się 60-kilogramowym pojazdem na czterech kołach, zmontowanym specjalnie na potrzeby tego sportu przez Franciszka Chlania z Czeskich Budziejowic.

- Każdy pies to inna osobowość i inna historia życiowa. Z każdym trzeba pogadać, sprawdzić, czy coś nie dolega. W tej chwili mamy w naszym kennelu 34 psy - mówi 35-letnia Daria Nowakowska, jedyna Polka organizująca i biorąca udział w dalekich wyprawach psimi zaprzęgami.

W 2010 roku Nowakowskim po raz pierwszy udało się spełnić marzenie o wielkiej przygodzie. Jadąc dwoma zaprzęgami objechali dookoła skute lodem fińskie jezioro Inari. Byli pierwszymi polskimi maszerami, którzy dokonali tego wyczynu. W 2014 roku ponownie wybrali się na wspólną wyprawę, oprócz tego Krzysztof Nowakowski wyprawiał się samodzielnie, a także startował w zawodach długodystansowych.

- Nie wiem, co to jest, że wyprawy wychodzą nam koncertowo, a nad startami w zawodach wisi jakieś fatum - mówi mężczyzna. - Od lat zmagam się z „pięćsetką” - przyznaje.

Mowa o słynnym norweskim wyścigu Finnmarklopet, na 500 i 1000 kilometrów. Podchodził do niego kilka razy. Raz w ostatniej chwili zatrzymały go w Polsce obowiązki, potem choroba, później problemem były finanse. Ale do najgorszego doszło w marcu 2014 r., gdy wreszcie udało mu się wystartować. Na 23. kilometrze pierwszego odcinka zmarł jeden z jego najlepszych psów - Villi. Do dzisiaj Krzysztof Nowakowski wspomina to, mówiąc łamiącym się głosem.

- Jechałem do punktu kontrolnego z martwym psem na saniach. Wyścig wtedy dla mnie się skończył.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.