Chińczycy chcą w koszulkach. Algierczycy mocno czerwone. Cały świat zajada się naszymi jabłkami

Piotr Schutta 27 listopada 2015, aktualizowano: 27-11-2015 14:13

Rodzinna firma z Wierzchucic koło Sicienka pokazała, że nawet rosyjskie embargo można przetrzymać. Władimir Putin niechcący zrobił polskim jabłkom reklamę na cały świat. Od roku spółka „Galster” pioniersko przeciera nowe szlaki eksportowe.

Jabłka sortowane są w wodzie. Nie z powodów higienicznych, lecz dla bezpieczeństwa. Mniej się obtłukują.

Fot.: Filip Kowalkowski


Chińczycy przyjechali do Wierzchucic z torebkami. Szare, niepozorne, papierowe woreczki. Przywieźli ich tysiące i kazali założyć na owoce. Nie chodziło jednak o pakowanie jabłek. Na to klienci z Azji mieli inny niebanalny pomysł. Tutaj sprawa była dużo poważniejsza.


- Chodziło o otrzymanie właściwego wybarwienia jabłek. Torebki mieliśmy założyć wiosną na owoce rosnące na drzewie i zdjąć dopiero jesienią. Tak też uczyniliśmy. To był eksperyment, który na razie przeprowadziliśmy tylko na wybranych jabłonkach w kilku sadach - opowiada Aleksandra Szymanowska, wiceprezes rodzinnej spółki „Galster”, jednej z najprężniejszych w regionie grup producenckich, zajmujących się produkcją i handlem owocami. Głównie jabłkami.

Biuro pachnące owocami


Kiedy wjeżdża się do Wierzchucic, pierwsze, co rzuca się w oczy, to zaskakujący widok olbrzymiej hali produkcyjnej z literą „G” w kształcie jabłka na ścianie. Obiekt wkomponowano umiejętnie w spokojny wiejski krajobraz, zdobiony głównie sadami owocowymi. Drugim zaskoczeniem dla przyjezdnego jest przytulony do szarego kolosa czerwono-żółty biurowiec pachnący jabłkami. Po otwarciu głównych drzwi wita człowieka oszałamiający bukiet zapachowy, dużo bardziej intrygujący niż nuta Coco Chanel.

Jacek Maciejewski, kierownik produkcji u: Jabłko przechowywane prawidłowo po kilku miesiącach będzie smakować tak samo, jak jesienią, zaraz po zbiorze.


Tak pachną polskie jabłka. Setki tysięcy jabłek, a może nawet miliony, zgromadzone w jednym miejscu. Gale, szampiony, rubiny, idaredy, goldeny, glostery, ligole. Trudno wymienić wszystkie odmiany. W ośmiu komorach chłodniczych można pomieścić do 3 tysięcy ton owoców. Po 300 ton w każdej. Są tu również gruszki, śliwki i czereśnie. Stąd wyruszają w świat w kartonach i workach. Płyną statkami przez morza i oceany, przemierzają autostrady na pakach tirów. Europa, Azja, Afryka.

W nazwie firmy kryje się cała tajemnica siły i powodzenia spółki. Jest nią rodzina. Słowo „Galster” to skrótowiec, który rozwija się następująco: Grażyna, Albin sterują.

- Mama ma na imię Grażyna, a tata Albin. Czterdzieści lat są sadownikami. Od nich wszystko się zaczęło. I od innych członków naszej najbliższej rodziny. Siedem lat temu postanowiliśmy założyć grupę producencką, ale na początku nikt nie chciał do nas przystąpić. Wiedzieliśmy, że są inne grupy, że są dotacje unijne i chcieliśmy działać w tym kierunku. Mimo że brat jeździł po regionie i organizował spotkania z sadownikami, ludzie kręcili głowami. Stwierdziliśmy, że nie ma co czekać i zorganizowaliśmy grupę sami. Potrzebowaliśmy na początek minimum pięciu gospodarstw. Zrobiliśmy to w ramach sadów należących do rodziny, zastawiając w bankach cały nasz prywatny majątek - mówi Aleksandra Szymanowska, absolwentka ekonomii po Szkole Głównej Handlowej w Warszawie i podyplomowym zarządzaniu firmą.

Aleksandra Szymanowska, wiceprezes: Mama ma na imię Grażyna, a tata Albin. Czterdzieści lat są sadownikami. Od nich wszystko się zaczęło.


W rodzinnej spółce panuje podział zadań. Aleksandra reprezentuje firmę na zewnątrz i jako człowiek, który zna ją od podszewki, zajmuje się wszystkim po trochu. Żaden temat nie jest dla niej zagadką. Wie dużo o jabłkach, liniach sortowniczych, pakowaniu, transporcie i handlu zagranicznym. Prezesem jest jej brat, Paweł Pączka, który ukończył Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego. Prowadzi sprawy finansowe. Kredyty bankowe i dotacje unijne to jego specjalność. Mąż Aleksandry, Sebastian Szymanowski, z wykształcenia informatyk, jest z kolei dyrektorem handlowym. Kupuje i sprzedaje. Senior rodu Albin Pączka pełni rolę szarej eminencji, sprawując funkcję głównego agronoma grupy. Jego domeną jest sad. Układa plany ochrony roślin, zakłada nasadzenia, interesuje się nowymi odmianami, prowadzi dokumentację dotyczącą działalności sadów. Po czterdziestu latach poświęconych sadownictwu wie wszystko o jabłku i o każdym szkodniku, który temu jabłku mógłby zagrozić.

Grupa Producentów Owoców „Galster” z Wierzchucic koło Sicienka to dzisiaj dwudziestu jeden udziałowców i 200 hektarów sadów owocowych, głównie jabłkowych. Ludzie zaczęli się do niej przyłączać, gdy zobaczyli, że firma się rozbudowuje, a przy tym handluje na potęgę. Do spółki należą sadownicy z województw kujawsko-pomorskiego i wielkopolskiego. W ich imieniu grupa prowadzi działalność handlową, dbając o negocjowanie jak najlepszych cen, o wysoką jakość towaru i budowanie jak najszerszej, a jednocześnie bezpiecznej sieci odbiorców.

- Jednego sadownika nie byłoby stać na wybudowanie profesjonalnej komory chłodniczej. Grupę owszem. Obiekty, które mamy w Wierzchucicach, zostały w 75 procentach sfinansowane ze środków unijnych. Cały kompleks budynków, łącznie z liniami technologicznymi do sortowania i pakowania, kosztował wiele milionów złotych - mówi Aleksandra Szymanowska.

Jabłko u fotografa


Tak naprawdę z jabłkiem jest duży kłopot. Owoce dojrzewają we wrześniu i październiku, a chcemy je konsumować przez cały rok. Nie można ich zamrozić, a ususzone to już nie to samo. Trzeba je więc przechować przez zimę, najlepiej w chłodnym miejscu. Ale jabłko jest kapryśne. Jedno wytrzyma pół roku, drugie tylko miesiąc. I chwyta zapachy. Ludzie znający się na rzeczy wiedzą, że smak jabłka głównie zależy od sposobu jego przechowywania.

- Przechowywane prawidłowo, po kilku miesiącach będzie smakować tak samo, jak jesienią, zaraz po zbiorze. Są jednak takie odmiany, które trzeba jeść od razu. Celeste, paula red. Są też takie, które wytrwają do czerwca. Inne znowu do marca. Wypełniając komorę chłodniczą owocami, musimy o tym wszystkim pamiętać. Czas ładowania i sposób chłodzenia też są ważne. Chłodzimy dwustopniowo, żeby owoce przyzwyczaiły się do niższej temperatury. Najpóźniej tydzień po zbiorach komora powinna być zamknięta- mówi Jacek Maciejewski, który w spółce jest kierownikiem produkcji. Z zawodu stolarz. Trafił tu piętnaście lat temu- jak sam mówi - przez zrządzenie losu. I został. Nadzoruje całą drogę, jaką przebywa jabłko trafiające do Wierzchucic: przyjmowanie, sortowanie, pakowanie, wysyłkę.

Sadownictwo kojarzy się przeważnie z zajęciem sezonowym. Rzeczywistość wygląda inaczej. Żeby mieć korzyść z sadu, trzeba umieć sprzedawać jabłka przez cały rok. Specyficznym miesiącem jest listopad.

- Pod koniec listopada kończą się jabłka z drzew, a zaczyna się wyjmowanie owoców z chłodni. Oczywiście ceny idą do góry - wyjaśniają w spółce „Galster”.

Zanim jednak jabłka znajdą się w chłodni, muszą zostać posortowane. W Wierzchucicach robi to specjalna linia do tzw. presortingu „Geosort”, której mózgiem jest program komputerowy, a jednym z najważniejszych narzędzi... automat do robienia zdjęć. Trudno w to uwierzyć, ale każdemu (!) trafiającemu tu jabłku maszyna pstryka trzydzieści fotografii. Wykonywane są one automatycznie na linii sortowniczej. Dzięki zdjęciom każde jabłko trafia do jednego z dwudziestu ośmiu kanałów, a potem do skrzyń, zgodnie z zapisanymi w programie komputera parametrami. Z jednej partii towaru może więc powstać kilkadziesiąt sortów jabłek, podzielonych bardzo szczegółowo według koloru, wagi, wielkości itd. Zgodnie z najwymyślniejszymi życzeniami klientów.

Jabłkami z kujawsko-pomorskich i wielkopolskich sadów zajadają się m.in. Chińczycy, Filipińczycy, Katarczycy, Saudyjczycy, Niemcy, Francuzi, Szwedzi, Anglicy, Holendrzy, Słoweńcy, a do niedawna Rosjanie. W Wierzchucicach żartują, że Władimir Putin, namawiając do bojkotu polskich jabłek, otworzył naszym sadownikom nowe rynki zbytu - arabski i afrykański.

- Byliśmy pierwszą w Polsce firmą, która wysłała jabłka do Angoli w Afryce. Jest to specyficzny rynek i szczególne warunki transportu, ale wszystkiego jesteśmy w stanie się nauczyć - mówi Aleksandra Szymanowska.

Do Afryki jabłka płyną w blisko dwudziestotonowych kontenerach. Trwa to miesiąc, więc muszą być bardzo dobrze zapakowane w specjalne podwójne kartony, zwane „buszlami”. Przy czym w każdym z nich musi być na przykład 113 jabłek. Całość ma ważyć 18 kilogramów. Towar trzeba tak pakować, żeby wszystko się zgadzało. Same jabłka oczywiście mają być odpowiednio duże, co najmniej do połowy wybarwione na czerwono i bez najmniejszych skaz.

Złoty Egipcjanin


Człowieka można poznać po jabłku. Anglik lubi drobne, Rosjanin duże, Algierczyk całe czerwone, Chińczyk jednolicie ubarwione - albo czerwone, albo zielone.

- Odbiorcy z Chin chcieliby też, byśmy pakowali jabłka w specjalne koszulki z pianki. Możemy oczywiście spełnić każde marzenie klienta, ale musi się zgadzać cena, a z tym różnie bywa - uśmiechają się pracownice biura handlowego spółki „Galster”.

Po ubiegłorocznych targach w Berlinie do Wierzchucic zaczęły zjeżdżać delegacje egzotycznych gości, zainteresowanych zakupem polskich owoców.

- Tylko turbany się zmieniały - żartują pracownicy spółki. Zapamiętano zwłaszcza jednego dostojnie wyglądającego, „wyzłoconego” Egipcjanina. Chciał kupować, ale zapłacić zamierzał dopiero po odbiorze kontenerów.

Region eksportuje


Robi się egzotycznie

Najwięcej towarów z naszego regionu wysyłamy do Niemiec, Rosji, na Ukrainę, do Skandynawii. 70 proc. eksportu trafia do krajów UE. Pojawiają się jednak nowe kierunki, jak Bliski i Daleki Wschód ,Ameryka Południowa i Środkowa oraz Afryka.

Poszukiwanie nowych rynków zbytu dla polskich eksporterów wymusiła w ubiegłym roku zmieniająca się sytuacja geopolityczna. Wpływ na to miało zwłaszcza rosyjskie embargo na import produktów spożywczych z Polski. Dziś albo ich tam nie wysyłamy wcale, albo trafiają do naszych wschodnich sąsiadów za pośrednictwem Niemiec, które nie są objęte embargiem. Problemy z Rosją, paradoksalnie, okazały się szansą dla wielu eksporterów. Okazało się, że zamiast do Rosji równie opłacalne jest wysyłanie towarów do Chin, Indii czy krajów afrykańskich. Zwłaszcza, że tamtejsi handlowcy są bardzo zainteresowani naszymi produktami, co potwierdzają relacje naszych handlowców uczestniczących regularnie w międzynarodowych targach różnych branż. Statystyki, choćby Izby Przemysłowo-Handlowej w Toruniu, pokazują, że z roku na rok wzrasta nasza wymiana handlowa na kierunku wschodnim. Szukanie nowych rynków zbytu wymusza również mocna konkurencja w Europie.

Trzeba się uczyć


Na własnych błędach

Nowe kierunki eksportu, poza Unię Europejską, wiążą się z nowymi wyzwaniami natury prawnej, z różnicami kulturowymi i społecznymi. Eksporterzy z regionu podkreślają tu wartość wszelkich szkoleń, sympozjów i działalność instytucji publicznych, zajmujących się wspomaganiem przedsiębiorczości.

Kiedy dwa lata temu spółka „Galster” z Wierzchucic po raz pierwszy próbowała wysłać kontenery z jabłkami na Filipiny, przedsięwzięcie zakończyło się porażką i nieprzewidzianymi kosztami. Towar został cofnięty z portu przez polskich celników. Poszło o niezgodne z przepisami oznaczenie na etykietach. W rzeczywistości mało ważny detal. W praktyce rzecz, która niejedną firmę mogłaby wpędzić w tarapaty finansowe. Spółka „Galster” sobie poradziła. Etykiety poprawiono. Transport wysłano jeszcze raz. To samo było z Madagaskarem u wybrzeża Afryki. Była już przedpłata na transport jabłek. Towar szykowano do wysyłki, ale okazało się, że tamtejsze przepisy wymagają nieznanych u nas dodatkowych badań w sadzie. Transakcja do skutku nie doszła,ale w tym roku firma postarała się o wskazany przez klienta dokument i handel będzie można przeprowadzić.

Co wysyłamy


Ping pong z Duńczykami

Nasz region znany jest m.in. z eksportu żywności, papieru i tektury, pojazdów szynowych, maszyn, mebli, przetworów zbożowych i mlecznych, tworzyw sztucznych.

Na statystyki pracują głównie duże firmy, zawierające wielomilionowe kontrakty, jak PESA, Anwil, Toruńskie Zakłady Materiałów Opatrunkowych, Apator. Coraz liczniej jednak do głównej stawki dużych graczy dołączają średnie firmy. Ruch widoczny jest zwłaszcza w szeroko rozumianej branży spożywczej. Nie brakuje przy tym ciekawostek. Do Danii wysyłamy przetwory mięsne, które wcześniej przysyłają nam Duńczycy w postaci półtusz.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.