Od połowy sierpnia w Kusowie płoną obory i stogi. Ciągle w tym samym gospodarstwie

Piotr Schutta 20 listopada 2015

Kto uwziął się na gospodarstwo rolne w Kusowie i dlaczego? W ciągu trzech miesięcy paliło się tam aż pięć razy. Policja ma problemy z ustaleniem sprawcy. Wiadomo jedynie, że samo się nie zapaliło.

Podpalacz grasujący w Kusowie jest zawzięty. Cielętnik, w którym było kilkaset zwierząt, podpalał kilka razy. Aż do skutku.

Fot.: Dariusz Bloch


Dzień był bezwietrzny. Dlatego ogień szedł do góry, a nie szalał na wszystkie strony, co mogłoby zagrozić stojącym obok budynkom gospodarczym pełnym zwierząt. Sucha słoma płonęła jak gigantyczna pochodnia. Nie można było podejść bliżej niż na dwadzieścia metrów. Taki bił od niej żar.


Pierwszy pożar w Gospodarstwie Rolnym Kusowo (gmina Dobrcz) przy Osiedlowej 10 zauważono około czwartej rano 16 sierpnia. Wystarczyło sześć zastępów straży pożarnej, by o szóstej można było ogłosić pokonanie żywiołu. Dogaszanie wprawdzie trwało dłużej, ale w końcu o 13.00 strażacy pakowali sprzęt i wracali do bazy. Żaden z nich nie miał pojęcia, że za chwilę będą wracać w to samo miejsce do dużo większego ognia i poważniejszego zagrożenia.

Podpalacz przychodzi o świcie


- Ledwo zdążyliśmy wrócić, jak po dwóch godzinach otrzymaliśmy kolejne zgłoszenie. Paliło się w tym samym gospodarstwie. Znowu zapalił się stóg na podwórzu, ale kawałek dalej - przypomina sobie dramatyczne wydarzenia z 16 sierpnia Janusz Fryckowski, naczelnik Ochotniczej Straży Pożarnej w Dobrczu.

Z popołudniowym pożarem nie było już tak łatwo. Dzień był piękny, gorący, do tego pojawił się wiatr, który zaczął roznosić iskry po całym gospodarstwie.

- To zaczęło się roznosić z miejsca na miejsce. Ogień poszedł na budynek i na inne stogi. Uległa spaleniu część cielętnika. Na szczęście zdążyliśmy ewakuować zwierzęta. Tam stało prawie dwieście krów mlecznych - opowiada Marcin Paprocki,który prowadzi to gospodarstwo.

Tym razem do pożaru przyjechało 20 zespołów straży pożarnej, ochotniczej i zawodowej, z okolicznych gmin i powiatów. Pojawiła się cysterna z Bydgoszczy o pojemności ponad 20 tysięcy litrów, ale wody ciągle brakowało.

- Taki stóg słomy ciężko się gasi, bo z jednej strony wodę się leje, a z drugiej dalej się pali. Najlepiej to wszystko dobrze zalać i rozwieźć po polu - mówi Jerzy Pacer, dowodzący na miejscu strażakami z OSP Dobrcz.

- Na szczęście mieliśmy cztery pompy pływające, dzięki którym mogliśmy czerpać wodę z jeziora w Borównie. Aż stamtąd widać było słup dymu - pamięta Janusz Fryckowski, który podczas tamtych akcji pełnił rolę kierowcy wozu bojowego.

O sierpniowych wypadkach pewnie szybko by w okolicy zapomniano, gdyby nie kolejne wydarzenia, tym razem jednoznacznie wskazujące na udział podpalacza. W dodatku wyjątkowo upartego.

- Drugiego października, znowu w tym samym gospodarstwie, spłonęła stodoła i zapalił się cielętnik. Dwa tygodnie później pożar cielętnika, tej części, która nie spłonęła wcześniej. Kolejne dwa tygodnie i płonie obora, w której stoi 150 sztuk byków. Ostatni pożar mieliśmy tam 4 listopada. W sumie na pięć pożarów, które mieliśmy od sierpnia, trzy były około czwartej rano, a dwa o czwartej po południu - czyta służbowe notatki naczelnik strażaków z Dobrcza.

- Albo tego pana ktoś bardzo nie lubi, albo grasuje piroman. Ale dziwne, że uwziął się na to jedno gospodarstwo - zastanawiają się strażacy.

Marcin Paprocki komentuje to niechętnie. - Mam oczywiście swoje podejrzenia i domysły, z którymi podzieliłem się z policją, ale nikogo za rękę jeszcze nie złapałem. Myślę jednak, że już wiem, jak te pożary wybuchały i kto się za nimi kryje. Chciałbym, żeby to wszystko się już skończyło.

Gospodarstwo Rolne w Kusowie to spółka, której majątek został wydzierżawiony 20 lat temu od Agencji Nieruchomości Skarbu Państwa przez pracowników byłego PGR. Spółka zajmuje się hodowlą bydła i uprawą ziemi. Hodowane są tu byki oraz krowy mleczne i na mięso. Gospodarstwem kieruje Marcin Paprocki, który przejął szefostwo po ojcu Stanisławie. Seria pożarów mocno zdezorganizowała pracę w hodowli. Straty, jakie poniosła firma, jeszcze nie zostały oszacowane. Na szczęście mienie było ubezpieczone.

Ktoś ich nie chce w Kusowie


- Mamy problem z oszacowaniem strat, ale na pewno jest to kwota większa niż kilkadziesiąt tysięcy złotych. Chodzi między innymi o to, że w tym roku zainwestowałem dużo pieniędzy w specjalne rekawy z sianokiszonką. To jest pasza, którą będziemy skarmiać nasze zwierzęta. Część z niej została zalana w czasie gaszenia pożarów. Uszkodzone zostały też rękawy, przez co do środka dostało się powietrze. Nie wiemy, czy pasza straciła swoje walory jakościowe i ile z niej trzeba będzie odrzucić - mówi Marcin Paprocki.

Kolejnym zmartwieniem właścicieli spółki rolnej w Kusowie są krowy mleczne. Do sierpnia stado dawało ponad 3 tysiące litrów mleka dziennie. Teraz jego wydajność spadła o tysiąc litrów.

- Wcześniej odstawialiśmy do mleczarni o tysiąc litrów mleka więcej. W czasie jednego z pożarów musieliśmy ewakuować blisko 200 krów mlecznych. Zwierzęta przeżyły stres, z którego już się nie podniosły. Posypało nam się też grupowanie stada na stanowiskach i system żywienia. To również ma wpływ na wydajność - dodaje Paprocki.

- Właściwie wszystko już było podpalane. Stodoła poszła z dymem. Paliło się w środku obory, spłonął cały cielętnik - mówią pracownicy spółki i też mają swoje domysły. Część z nich naprowadziła policję na trop jednego z pracowników gospodarstwa. Podejrzenia jednak się nie potwierdziły. Mężczyznę wypuszczono po przesłuchaniu bez postawienia zarzutów.

- Obcy podpaliłby stogi na polu. Mamy ich dużo. Nie kręciłby się po terenie gospodarstwa, gdzie mógłby zostać łatwo zauważonym. Raz było tak, że tu gasiliśmy, a w drugiej części obory wybuchał nowy ogień. Przecież to się działo wtedy, kiedy w budynku przebywało sporo ludzi. Zresztą ktoś z zewnątrz nie znałby rozkładu pomieszczeń. A ten, co podpalał, raczej się dobrze orientował- zastanawiają się ludzie zatrudnieni u Paprockiego.

Policja jeszcze nie wie, ale miejscowi już się domyślają.

- To musi być grubsza sprawa. Chyba ktoś nie chce Paprockich w Kusowie. Bo nie wygląda to na zemstę jednego pracownika zwolnionego z tego czy innego powodu. Taki podpaliłby raz i koniec.

Dochodzenie


Sprawę wyjaśnia od trzech miesięcy policja z Koronowa. Przesłuchano pracowników i właściciela spółki rolnej. Wytypowano nawet osobę podejrzewaną (jednego z pracowników), ale z braku wystarczających dowodów nie postawiono jej zarzutów. Z nieoficjalnej na razie wstępnej opinii biegłego z dziedziny pożarnictwa wynika, że przyczyną pożarów było podpalenie. Przesłuchania pracowników firmy cały czas trwają. Ostatnie miały miejsce przedwczoraj. Na razie bez efektu.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.