Zostawcie mamę!

Małgorzata Oberlan 20 listopada 2015

Ormiańskie dzieci z Grudziądza były świadkami zatrzymania ich rodziców przez Straż Graniczną: z bronią i krzykiem. Dorosłych przesłuchano i zwolniono, dzieciom pozostał strach...

Ten portret mamy 6-letnia Nara namalowała przed 9 listopada. Po tym dniu praktycznie już nie rysuje. Czy pogranicznicy musieli do jej domu wejść z bronią?

Fot.: Jacek Smarz


Tak, kupował bilety cudzoziemcom do Szwecji i Niemiec. Tak, zawoził ich na przykład do Gdyni na prom. Tak, tak, tak - pan Artur, 40-letni Ormianin nie zaprzecza. Zresztą, podpis pod tymi „takami” złożył też prokuratorowi. Podobnie jak pięcioro innych osób, głównie narodowości ormiańskiej, usłyszał zarzuty z artykułu 246 par. 2 Kk (pomoc w nielegalnym przekraczaniu granicy). Nie o tym jednak ormiańska rodzina D. i jej polscy przyjaciele chcą nam opowiedzieć. Boli ich to, co wydarzyło się 9 listopada i działo się przez kolejne dni.

Mierzyli do mamy z broni


Nakaz zatrzymania i przeszukania wydała Prokuratura Rejonowa Bydgoszcz Południe. Realizowała go Straż Graniczna. Do domku na peryferiach Grudziądza, wynajmowanego przez rodzinę D., funkcjonariusze wkroczyli 9 listopada rano. Według Ormian - przed 6.00 rano. Według pograniczników - po 6.00.


Armina, 16 lat: Obudziły mnie krzyki. Zbiegłam na dół. W kuchni ktoś w kominiarce mierzył do mamy z broni i krzyczał, że ma leżeć. Też zaczęłam krzyczeć, ze strachu...


- Najpierw załomotali do domu obok, w którym mieszka właścicielka obu nieruchomości. Usłyszeli, że to nie ten lokal i dopiero przyszli tutaj - relacjonuje pani Emma, żona pan Artura (tłumaczy polska przyjaciółka). - Wszystko zaczęło się od potężnego walenia...

A potem wypadki potoczyły się już błyskawicznie. Kilkunastu mężczyzn w kominiarkach i z długą bronią wpadło do domu. „Leż, k...wa!” krzyczeli do dorosłych. Ojca wyprowadzili w samych slipach na zewnątrz. Matkę wzięli pod lufy w kuchni. Do osobnego pomieszczenia wyprowadzili 18-letniego Alana, najstarsze dziecko.

- Właśnie zdążyłem zgrać na pendrive’a pracę domową z Wiedzy o społeczeństwie. Temat prezentacji: „Mniejszości narodowe w Polsce” - relacjonuje Alan, grudziądzki licealista (szkolni pedagodzy mają o nim bardzo dobre zdanie). - Powalili mnie i skuli w kajdanki. Kompletnie nie wiedziałem, co się dzieje.

Dwie córki Ormian - sześcioletnia Nara i szesnastoletnia Armina - spały w pokoju na piętrze. Obudził je hałas i krzyk.

- Zbiegłam na dół. W kuchni ktoś w kominiarce mierzył do mamy z broni i krzyczał, że ma leżeć. Ja też zaczęłam krzyczeć ze strachu. Nie wiedziałam, co to za napad, co chcą zrobić naszej mamie - Armina relacjonując wypadki sprzed dziesięciu dni, trzęsie się. - Mama płakała i płakała. Nie mogłam jej uspokoić. Tata był na dworze, brat w innym pokoju, a jeszcze cały czas myślałam, co z siostrzyczką u góry. W końcu poszliśmy do góry z dwoma mężczyznami z bronią. Potem przyszły jeszcze dwie panie. Wyjaśnili nam, że dorosłych trzeba zabrać do Bydgoszczy na przesłuchanie. Jeden pan pytał, gdzie trzymam narkotyki. Przeszukali nam cały pokój.

Psycholog z bronią czy bez?


Wszystkim członkom rodziny zabrano laptopy („Żal, bo do dziś nie oddali, a sam sobie na niego zarobiłem” - mówi Alan) i telefony. Dorosłych zabrano na przesłuchania do Bydgoszczy, a dziewczynki zostały. Opiekę nad najmłodszą przejęli najpierw sąsiedzi, potem Armina.

Tłumaczkę, jak relacjonują Ormianie, przywieziono dopiero po dwóch godzinach. W ekipie pograniczników, ich zdaniem, nie było też żadnego psychologa. - Przynajmniej nikt nam się jako psycholog nie przedstawił, nikt tak się nie zachowywał, ani nie wyglądał. No, chyba, że psycholog też nosi kominiarkę i broń - mówią nastoletnie dzieci Ormian.

Zgoła odmienne stanowisko w tej sprawie przedstawia major Witold Popielarski, zastępca komendanta placówki Straży Granicznej w Bydgoszczy.

- Zarówno w tym domu, jak i w innych, do których w piątek weszliśmy, były dzieci. Wiedzieliśmy o tym wcześniej i byliśmy na to przygotowani. Dlatego już w pierwszych wchodzących ekipach byli psycholodzy - zapewnia mjr Witold Popielarski, zastępca komendanta placówki Straży Granicznej w Bydgoszczy. Podkreśla, że pogranicznicy weszli do domów z prokuratorskimi nakazami zatrzymań i przeszukań. Uczynili to tuż po 6.00 rano, co jest normalną praktyką i zgodną z przepisami (można od 6.00).

- Dlaczego funkcjonariusze byli zamaskowani i z bronią? Ponieważ tak wyglądają nasze działania. Jesteśmy formacją uzbrojoną; podobnie jak policja - dodaje mjr Witold Popielarski.

Oprócz psychologa, w ekipach dokonujących zatrzymań miał być również od początku tłumacz. Zdaniem majora, przebieg zatrzymań określić można jako „normalne wejście”. Zgodnie ze wskazówką Witolda Popielarskiego, pytanie o szczegóły psychologicznego wsparcia podczas wkroczenia do domu Ormian zadaliśmy jeszcze rzeczniczce Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej (16 listopada; mailem). Do momentu publikacji artykułu odpowiedzi nie otrzymaliśmy.

Pełnoletni członkowie rodziny D., czyli ojciec, matka i Alan, po przesłuchaniach w Bydgoszczy wrócili do domu. Najpierw pani Emma, bo sprawę postawiła na ostrzu noża (dzieci, pusta lodówka). Potem Alan, którego bez telefonu i pieniędzy wypuszczono na bydgoską ulicę („Usłyszałem, że mogę do Grudziądza jechać bez biletu, bo nie sprawdzają”), a na końcu ojca. Wszyscy, razem z trojgiem innych obcokrajowców, mieli przez rok brać udział w „organizacji nielegalnego przekraczania granic Rzeczpospolitej Polskiej”. Jak konkretnie?

Kierunek: bogatsze państwa


- Dokładnie proceder polegał na tym, że do 40-letniego Ormianina, głównego organizatora nielegalnego interesu, lub jego współtowarzyszy zgłaszały się osoby będące zazwyczaj w procedurze uchodźczej, które przebywały w otwartych ośrodkach dla cudzoziemców. Za ustaloną kwotę, tj. ok. 1000 zł, organizatorzy rezerwowali bilety, organizowali transport, a następnie instruowali ich o tym, jak mają się zachowywać podczas nielegalnej podróży tak, aby nie wzbudzić podejrzeń - podaje Straż Graniczna. - W ten oto sposób cudzoziemcy, wykorzystując otwarte granice, za pomocą różnych środków lokomocji przedostawali się do Europy Zachodniej i Skandynawii.

Klientami „szajki” mieli być głównie Czeczeni, Kirgizi, Uzbecy i Ukraińcy, przebywający w Grupie koło Grudziądza w ośrodku dla cudzoziemców. Większość z nich marzy o przyszłości w innych krajach niż Polska. Alan, Armina i Nara, uczniowie polskich szkół, sami już nie wiedzą, gdzie jest ich przyszłość...

Puszczeni wolno


Wszystkie osoby zatrzymane 9 listopada przez pograniczników na polecenie prokuratury usłyszały zarzuty pomocy innym cudzoziemcom w nieleglanym przekraczaniu granicy RP w kierunku Niemiec lub Skandynawii. Nikt nie został aresztowany Po przesłuchaniach wrócili do do domów. Są objęci policyjnym dozorem. Grozi im od 6 miesięcy do 8 lat więzienia. Na działania Straży Granicznej mogą zażalić się do prokuratury.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 24-11-2015 10:38

    Oceniono 2 razy 2 0

    - dota: Bardzo dobrze że jest gonione wszelkie tałatajstwo i to jeszcze nie nasze mamusia z tatusiem mogli sami się zastanowić nad losem własnych dzieci a jak się nie podoba to powrót do własnego kraju

    Odpowiedz

  2. 20-11-2015 11:12

    Oceniono 10 razy 8 2

    - hehe: Brak słów na te kłamstwa opisane. Szkoda, że pismaki za wszelka cenę chcą ich wybielić. ŻENADA!!!!!

    Odpowiedz