Mroczna przeszłość upomniała się o oskarżonego 20 lat po zbrodni

Jarosław Jakubowski 6 listopada 2015

Wkrótce zakończy się jedna z najbardziej ponurych, a zarazem pasjonujących spraw kryminalnych ostatniego ćwierwiecza. Sąd rozstrzygnie o winie bądź niewinności 48-letniego Sławomira G. Mężczyzna po 20 latach został oskarżony o zabójstwo 22-letniej sąsiadki, Joanny S. Grozi mu dożywotnie więzienie.

Sławomir G., swego czasu zatrudniony w firmie należącej do narzeczonego Joanny S. Zdaniem prokuratury, zabił dziewczynę, gdy ta odtrąciła jego zaloty.

Fot.: Tomasz Czachorowski


Jest 30 sierpnia 1994 roku. 22-letnia Joanna S., mieszkanka 10. piętra wieżowca przy ul. Żmudzkiej 5 w Bydgoszczy słyszy pukanie do drzwi. Patrzy przez wizjer. Zna tego, kto stoi po drugiej stronie. Wpuszcza go do środka. Kilka godzin później młoda kobieta zostaje znaleziona martwa. Leży na podłodze, w kałuży krwi. Krew jest wszędzie.


Mija 20 lat. Pod koniec kwietnia 2014 roku 47-letni Sławomir G., stolarz po zawodówce, o dziewiątej rano siada na krześle w pokoju przesłuchań Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy, by poddać się rutynowemu - jak go uspokajają śledczy - badaniu wariografem. Został wezwany w charakterze świadka. Wie, że chodzi o sprawę zabójstwa sprzed 20 lat. Był sąsiadem Joanny z tego samego wieżowca, mieszkał na czwartym piętrze. Ale nie wie, co mają na niego policjanci. Na wszelki wypadek przed przesłuchaniem zażywa środki uspokajające. Tak przynajmniej sądzą śledczy, bo wykrywacz kłamstw daje nieczytelny wynik.

Wierzyła, że wszyscy są dobrzy


Policjanci z wydziału kryminalnego KWP, którzy przez ostatnie półtora roku rozpracowywali go operacyjnie, nie zamierzają się poddać. Dalej prowadzą przesłuchanie, cały czas w formie „luźnej rozmowy”, bez protokołowania. Wałkuje go cała grupa, twarze policjantów zmieniają się co jakiś czas. Późnym popołudniem mężczyzna pęka. Przestaje zaprzeczać i przyznaje się do zarzutu zabójstwa. Podaje jednak wygodną dla siebie, a sprzeczną w niektórych kwestiach z ustaleniami biegłych z dziedziny medycyny sądowej, wersję. Mężczyzna twierdzi bowiem, że został sprowokowany przez ofiarę i że pierwsze ciosy wymierzyła sobie sama, a potem w szamotaninie „nadziała się” na narzędzie zbrodni. Według niego, były to nożyczki. Według biegłych, nóż jednosieczny, którym zadano kilkanaście ran ciętych i kłutych. Do dzisiaj go nie odnaleziono, podobnie jak ostatnich zapisków z dziennika zmarłej oraz listów, które, według zeznań świadków, miał pisać do niej Sławomir G.

prokurator Adam Lis: Proces ma charakter poszlakowy, ale są też dowody. Wszystko układa się w logiczny łańcuch przyczynowo-skutkowy.


Joanna S. była dziewczyną, obok której nie można było przejść obojętnie. Uzdolniona wokalistka, obdarzona rzadkim głosem koloraturowym, studiowała na czwartym roku pomaturalnego studium muzycznego. Wróżono jej karierę estradową.

- Wychowywana pod kloszem, niedoświadczona życiowo, łatwowierna, typ filantropa, łatwo nawiązująca kontakty. Miała mnóstwo znajomych, wierzyła, że wszyscy ludzie są dobrzy. Bardzo wartościowy i kochany człowiek - wspominała Dorota M. stając przed bydgoskim Sądem Okręgowym w charakterze świadka. Ostatni raz rozmawiała z przyjaciółką w dniu zabójstwa - 30 sierpnia 1994 roku, kilka godzin przed jej śmiercią. Miała jej przynieść psa. Rozmawiały około południa, umawiały się na wieczór. Zostawiła jej w drzwiach kartkę.

Przyjaciółka zamordowanej stwierdziła, że Sławomir G. miał słabość do Joanny S. Nieśmiało wyznawał jej miłość, robił wszystko, żeby się do niej zbliżyć. Opisywała go jako odmieńca, człowieka wyalienowanego, dziwaka, który „nie należał do żadnej paczki na osiedlu”. - Asia traktowała jego zaloty luźno. Wiem od niej, że Sławek w pewnym momencie zaczął pisać do niej listy, w których jednak nie był już taki nieśmiały. W końcu dała mu do zrozumienia, że on nie ma u niej szans - opowiadała Dorota M. Przyznała, że listów nigdy nie widziała. Ich treść znała z opowiadań Joanny S. Listów do dzisiaj nie odnaleziono.

Pogłębić relację emocjonalną


Proces zaczął się latem 2015 roku. Oskarżony, lekko przygarbiony mężczyzna, wygląda trochę jak podstarzały hipis. Najczęściej ma na sobie rozpięty ciemny polar i dżinsy. Mimo że zaczyna już łysieć, zapuścił włosy i spiął je w kucyk, po bokach czaszki zostawiając wygolone miejsca. Na jego twarzy nieustannie błąka się grymas - zmartwienia, by nie powiedzieć - załamania.

- Jest spokojny i zrezygnowany. Nie do końca zdaje sobie sprawę z konsekwencji swojego czynu - tak charakteryzował go tuż przed procesem prokurator Adam Lis z Prokuratury Rejonowej Bydgoszcz-Północ.

Takie wrażenie można mieć również pod koniec procesu Sławomira G. Rozpracowujący go policjanci sporządzili dobry profil psychologiczny jego osoby, stworzony ze żmudnie gromadzonych drobiazgów. Dowiedzieli się, że jego życie prywatne to ruina. Zdobyli informacje o nawracających depresjach i ciągach alkoholowych. Wiedzę o Sławomirze G. zdobywali w niekonwencjonalny sposób. Jeden z policjantów operacyjnych wpadł na pomysł sprawdzenia piwnicy mężczyzny pod pozorem kontroli bezpieczeństwa instalacji przeciwpożarowej. Policjanci w strażackich mundurach wkroczyli do piwnicznej komórki stolarza i odkryli „ołtarzyk”, stworzony ze zdjęć młodych kobiet, przypominających typem urody zamordowaną Joannę S. To jednak żaden dowód, raczej poszlaka.

Kiedy w 1996 roku prokuratura umarzała śledztwo, wydawało się, że sprawa nigdy nie zostanie wyjaśniona. Sławomir G. był przesłuchiwany jako świadek, ale to nie on, tylko narzeczony Joanny znalazł się w kręgu podejrzeń. Ostatecznie śledczy uznali jego alibi. Zaowocowała mrówcza praca policjantów wydziału kryminalnego z tzw. Archiwum X. Czy przełoży się na wyrok skazujący? Prokurator Adam Lis zdaje sobie sprawę z trudności: - Degradacji uległy ślady biologiczne, a zeznania świadków bywają rozbieżne. Proces ma charakter poszlakowy, ale są też dowody. Wszystko układa się w logiczny łańcuch przyczynowo-skutkowy. Nie ulega wątpliwości, że oskarżony miał do Joanny S. relację emocjonalną. Chciał ją pogłębić. Gdy to okazało się niemożliwe, umówił się z pokrzywdzoną, a potem zabił - twierdzi prokurator Lis.

Obrona jest bardziej wstrzemięźliwa w ocenach. - Nie będę wypowiadała się ze względu na obowiązującą mnie tajemnicę adwokacką - stwierdza mec. Anna Adamczyk-Frankowska.

Najbliższa rozprawa już w poniedziałek. Niewykluczone, że usłyszymy mowy stron.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.