Słynny wirtuoz gitary odważył się uderzyć w bardzo czułą strunę

Katarzyna Bogucka 31 października 2015

- Poznałem wielu dyrektorów, dyrygentów. Z podziwem patrzyłem na tych, którzy nie szli z władzą pod rękę, ale ciężko pracowali nie szczycąc się sławą, nie oczekując splendoru i przywilejów - mówi KRZYSZTOF MEISINGER, wirtuoz gitary, dyrygent.

Krzysztof Meisinger przez 10 lat związany był jako dyrygent i solista z Filharmonią Pomorską

Fot.: Krzysztof Opaliński



Jest Pan pierwszą i, jak dotąd, jedyną osobą ze świata muzycznego, która z otwartą przyłbicą skrytykowała sytuację w Filharmonii Pomorskiej, czyli ruchy kadrowe i repertuarowe nowego dyrektora, i zrezygnowała z dalszej współpracy. Co było nie tak i jaka jest, Pana zdaniem, recepta na dobre zarządzanie tą instytucją kultury?
W sztuce „Kolacja na cztery ręce” padają słowa: „Sztuce potrzebna jest władza i władzy potrzebna jest sztuka”. Sztuka jest niezwykle silnym środkiem wyrazu i swego rodzaju spoiwem narodu, bez względu na dzielące go poglądy polityczne czy religijne. Źle się jednak dzieje, gdy polityka zaczyna grać pierwsze skrzypce, a tak zdiagnozowałbym sytuację filharmonii bydgoskiej. Jesteśmy świadkami drastycznych zmian, przypadkowego doboru osób na ważnych stanowiskach, pewnych wymuszeń. Sztuka to delikatna materia, więc potrzebuje subtelności, szacunku dla dokonań poprzedników, dla tradycji miejsca. Od osób kierujących instytucjami kultury wymagam doświadczenia, wizji i wielkiej świadomości czułości materii, melomanów i pracowników.

Dyrektor powinien być przede wszystkim sprawnym menedżerem...
Owszem, od dyrektora naczelnego wymaga się takich talentów, ale z drugiej strony tzw. kierowanie zasobami ludzkimi i instytucją powinno być powierzone komuś, kto... nie lubi władzy. Poznałem wielu dyrektorów, dyrygentów. Z podziwem patrzyłem na tych, którzy nie szli z władzą pod rękę, ale ciężko pracowali nie szczycąc się sławą, nie oczekując splendoru i przywilejów. To są cechy dobrego dyrektora. Taka osoba widzi nie tylko instytucję jako całość, ale i konkretnych ludzi.

Mówi Pan o ideale...
Powinniśmy dążyć do ideału, w artystycznych instytucjach nie ma miejsca na kompromisy. Prędzej czy później odbiją się na wszystkich: na morale orkiestry, pracowników, ale i publiczności, która odwróci się od instytucji idącej na skróty. Kolosalne znaczenie ma także atmosfera w pracy, stabilność, spokój. Można to porównać z życiem domowym. Jeśli w domu jest spokój, wszyscy są szczęśliwi. Świat muzyczny nie jest, niestety, światem idealnym, a dyrygenci zapominają, że powinni też być psychologami. Bywałem świadkiem sytuacji, gdy dyrygent poniżał orkiestrę, w dodatku na próbie generalnej, co miało kolosalny wpływ na wykonawstwo. Są, oczywiście, orkiestry, które powiedziały takim dyrygentom stanowcze „nie”. W mediach było o tym głośno. Niestety, zbyt często w przypadku wielu zespołów ujawnia się coś, co mogę porównać jedynie do syndromu sztokholmskiego. Temat jest, jak widać, bardzo obszerny. Moim zdaniem, dla muzyków dobre byłoby, gdyby na ich czele stała wybitna osobowość, człowiek twórczo zajęty, znający smak ciężkiej pracy. Maestro starannie ustaliłby program, wystąpiłby kilka razy w sezonie pracując wtedy z zespołem bardzo intensywnie, a na pozostałe koncerty zaprosiłby innych wybitnych artystów. Kontakt z nimi zapewniłby efektywny rozwój orkiestrze, a publiczności niezapomniane przeżycia. Przykładem takiego myślenia i niesamowitej osobowości jest jeden z najwybitniejszych dyrygentów, jakich znam - Mykola Diadiura. Obawiam się bardzo dyrygentów „bezrobotnych”, bez innej opcji zawodowej, z konieczności życiowej dyrygujących kilkoma koncertami w miesiącu, z nie do końca jasną wizją, którym wcale nie musi zależeć na zespole.

Chciałabym teraz skupić się na Panu. Słynie Pan z wielkiego szacunku do publiczności...
Postrzegam melomanów jako osoby, których duch jest głodny. Przychodzą na koncert, by dostać światło, iskrę. Potrzebują piękna. Piękno jest towarem deficytowym w obecnych, bardzo chaotycznych i niepewnych czasach. Wiele spraw, także relacji opiera się na zasadzie: kup - sprzedaj. Czyste piękno emanuje z muzyki, a moją życiową filozofią i misją jest jego przekazywanie. Byłem świadom tego, że wkraczam na drogę pełną wyrzeczeń i olbrzymiego poświęcenia, ale przyjąłem dane mi powołanie. Nie chcę go zaprzepaścić, iść na łatwiznę, dlatego bardzo ciężko pracuję, co moja publiczność docenia. Jestem to także winien kompozytorom. Każda muzyka pisana przez bardziej świadomych kompozytorów dostarcza nam piękna nie z tego świata. Często odnoszę wrażenie, że pewne utwory istniały od początku świata, czekały tylko na czyjąś pogłębioną świadomość, na odpowiedniego człowieka, któremu anioły podyktowały nuty.

Od dyktowania do wykonania droga długa. Jak Pan dochodził do wirtuozerii?
Ivo Pogorelić, który jest dla mnie jednym z największych artystów obecnie żyjących, podkreślał, że opanowanie techniczne instrumentu jest kluczowe, żeby wyrazić siebie, żeby między artystą a instrumentem nie było bariery. Musiałem przestać być gitarzystą, zapomnieć o instrumencie. Nie wolno patrzeć na muzykę przez pryzmat instrumentu, bo nie jest ona ściśle związana z danym instrumentarium, jest ponad. Druga sprawa: samo życie. Musimy mieć o czym grać, osobiście czuć emocje przekazane przez kompozytora. Muzyka to nie tylko sukces i splendor. Są w niej także momenty, gdy człowiek czuje się pokonany, niekoniecznie fizycznie. Pokonany światem niosącym nieprawdopodobne okrucieństwo. Dlaczego nie zwracamy się do siebie ze zrozumieniem, z szacunkiem? Zauważyłem, że słowo szacunek łatwo zastępujemy słowem tolerancja. Toleruję, czyli nie lubię, być może czekam, aż będę mógł wbić nóż w plecy. Szacunek zaś oznacza, że rozumiem drugą stronę, dociekam, dlaczego jest jaka jest i zaczynam w drugim człowieku widzieć siebie. Wtedy zaczyna panować harmonia, której niekiedy także w świecie muzycznym bardzo brakuje.


Teczka osobowa: Krzysztof Meisinger


Słynny na całym świecie gitarzysta klasyczny. Przez 10 lat związany był z Filharmonią Pomorską w Bydgoszczy.

W opinii wielu krytyków muzycznych, jak i melomanów, jest jednym z najbardziej fascynujących i charyzmatycznych młodych gitarzystów klasycznych. Swoja grą porywa tłumy. W 2013 roku ukazał się jego album nagrany w słynnym Abbey Road Studio z orkiestrą Academy of St. Martin in the Fields. Nosi tytuł „Melodia Sentimental”, jest poświęcony w całości muzyce Heitora Villi-Lobosa i zebrał entuzjastyczne recenzje na całym świecie. Od sezonu artystycznego 2013/14 Krzysztof Meisinger przyjął funkcję stałego dyrygenta gościnnego orkiestry Capella Bydgostiensis Filharmonii Pomorskiej (spełniał się jako dyrygent i wirtuoz zarazem). Właśnie zrezygnował ze współpracy.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.