W milondze niemal biega się po parkiecie

Marcin Kalk 31 października 2015

- Początki bywają trudne, bo w tangu nie ma określonych figur, żadnego schematu. Żeby nauczyć się tego tańca, trzeba po prostu wyrobić niezbędne „parkietogodziny” i wówczas człowiek zaczyna to czuć - mówi ALEKSANDRA HOLF, nauczycielka, tancerka tanga.

Aleksandra Holf: - Dla mnie tango to stan umysłu. Pozwala być mężczyźnie prawdziwym mężczyzną, a kobiecie prawdziwą kobietą.

Fot.: Archiwum



Czy przed przygodą z tangiem miała Pani styczność z innym tańcem?
Nie, aczkolwiek myślę, że tango zawsze gdzieś we mnie drzemało. Lubię tańczyć, ale w pewnym momencie stwierdziłam, że dyskoteki nie są już dla mnie. Chciałam znaleźć sobie zajęcie i szukałam czegoś związanego z tańcem. Gdy natrafiłam w Internecie na fragmenty tanga, pomyślałam, że bardzo mi ono odpowiada, bo cechuje się wspaniałą kulturą. W dodatku przeznaczone jest dla osób dojrzałych emocjonalnie. Młodzi tancerze również bardzo dobrze sobie z nim radzą, ale w grę wchodzą tu często wyzwalane w tańcu uczucia, do których trzeba mieć dystans.

Co skłoniło Panią do rozpoczęcia kursu?
Pewnego dnia zauważyłam ogłoszenie, że w toruńskim Lizard Kingu organizowana będzie milonga, czyli spotkanie pasjonatów tanga. Poszłam tam z czystej ciekawości. Na początku wyświetlono bardzo stary film z oryginalną muzyką argentyńskiej orkiestry. Ku mojemu zaskoczeniu, tuż po projekcji zaproszono wszystkich do tańca. Wtedy właśnie pomyślałam, że też chcę tak tańczyć.

W jaki sposób dobiera się partnera do tańca?
Na kurs można zabrać kogoś bliskiego, kto też jeszcze się uczy. Natomiast na milongach istnieje w tym zakresie pełna dowolność. Dobieramy się poprzez tzw. kabaseo, czyli zalotne spojrzenie. Przyciągamy nim wzrok drugiej osoby i jeśli gest zostaje odwzajemniony, para wychodzi na parkiet.

Milonga to nie tylko spotkanie tancerzy, ale także odmiana tanga...
Tak, jest ono bardzo szybkie, dynamiczne i pełne bardzo rytmicznych kroków, dlatego partnerzy muszą być zgrani z sobą, bo w milondze niemal biega się po parkiecie. Natomiast spotkanie zwane milongą trwa zazwyczaj 3 lub 4 godziny i podzielone jest na 10-minutowe tandy, podczas których tańczy się różne rodzaje tanga z różnymi partnerami.

Traktuje to Pani jako odskocznię od życia codziennego?
Oczywiście. W niemal każdy weekend w Toruniu organizowana jest jakaś milonga. We wtorki natomiast wydarzenia te mają miejsce w Bydgoszczy. Od czasu do czasu wyjeżdżam także na weekendowe spotkania w innych większych miastach w Polsce, np. we Wrocławiu, Łodzi czy Gdańsku, które są pod tym względem bardzo prężnymi ośrodkami. Wyjazdy łączę często ze zwiedzaniem, a także poznawaniem nowych ludzi. Muszę przyznać, że nawet w czasach studenckich nie nawiązałam tylu znajomości, co dzięki tangu. Bywa tak, że na milongach schodzę z parkietu o 3 nad ranem i nowy tydzień zaczynam nieco zmęczona. Nie żałuję jednak, bo spotkania te wyzwalają we mnie ogromne pokłady radości.

Czy musiała Pani pokonać dla tanga jakieś bariery osobiste?
Istnieje, oczywiście, bariera bliskości, ale ginie ona wraz z doświadczeniem. Początki bywają trudne, bo w tangu nie ma określonych figur, żadnego schematu. Żeby nauczyć się tego tańca, trzeba po prostu wyrobić niezbędne „parkietogodziny” i wówczas człowiek zaczyna to czuć. Dla mnie tango to stan umysłu. Pozwala być mężczyźnie prawdziwym mężczyzną, a kobiecie prawdziwą kobietą. Najlepiej jest więc po prostu zamknąć oczy i poddać się temu cudownemu uczuciu.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.