Pożarskie i jarskie kotlety, bigos i pulpety, cynadry i leniwe. Rarytasy z peerelowskich jadłodajni

Krzysztof Błażejewski 30 października 2015, aktualizowano: 30-10-2015 12:32

Gastronomię w PRL-owskiej rzeczywistości zdominowały bary mleczne, bary szybkiej obsługi i zakładowe stołówki. Ulubionym źródłem żartów konsumentów były kotlety mielone, zwane „wspomnieniem całego tygodnia”.

W wielu barach personel dbał o to, by wnętrze lśniło czystością, a na stolikach stały w wazonikach kwiatki.

Fot.: archiwum


W międzywojennej Polsce jadano głównie w domu. Do lokali, których było mnóstwo w każdym mieście i miasteczku, chodzili najbardziej majętni, bowiem ceny serwowanych potraw były wysokie. Modne było przede wszystkim korzystanie z kawiarni, dokąd udawały się przeważnie przedpołudniami niepracujące kobiety, które „dobrze” wyszły za mąż, a w godzinach wieczornych w knajpach i szynkach pito wódkę pod śledzia, bo wysokoprocentowy alkohol wcale nie był tak łatwo dostępny w sklepowej sprzedaży jak dziś.


Bardzo popularne były specjalne imprezy związane ze świniobiciem organizowanym przez właścicieli lokali. „Zabiłem wieprzka. Dziś o godzinie 5 po poł. zapraszam na nóżki wieprzowe z kapustą, flaki i świeże kiszki” - regularnie w pomorskiej prasie pojawiały się takie i im podobne ogłoszenia.

Czas jadłodajni ludowych


Nowa rzeczywistość po II wojnie przyniosła gruntowne zmiany w każdej dziedzinie życia. Także w sposobie żywienia się. Przemieszczanie się ludności na niespotykaną wcześniej skalę, odbudowa kraju ze zniszczeń, przenosiny ze wsi do miast, braki w zaopatrzeniu nawet w podstawowe artykuły, masowe pójście kobiet do pracy - wszystko to złożyło się na konieczność zorganizowania żywienia zbiorowego. Dlatego w większych miastach obok odradzających się przedwojennych restauracji pojawiły się tzw. jadłodajnie ludowe, bardzo pasujące do nowej, jedynej słusznej ideologii.

Bar „Małgośka”, 1973 r, tuż po otwarciu; świadcząca usługi przez wiele lat, wszystkim znana toruńska jadłodajnia.

fot. Andrzej Kamiński

Bar „Małgośka”, 1973 r, tuż po otwarciu; świadcząca usługi przez wiele lat, wszystkim znana toruńska jadłodajnia.


Czasy stalinowskie zlikwidowały w gastronomii działalność prywatną. Sieć państwowa i uspołeczniona z mety zaczęła kuleć. Narzekanie na braki określonych produktów, zwłaszcza mięsnych, stało się powszednie. Sytuacji nie udało się naprawić aż do końca Polski Ludowej, pomimo podejmowanych najróżniejszych prób. Miliony Polaków oswoiły się w tamtym czasie ze skromnym wyborem potraw, permanentnymi brakami napojów chłodzących, długim czekaniem na podanie zamówionego posiłku, zawyżaniem rachunków i niedoważaniem podawanych porcji lub „chrzczeniem” napojów. Jednym z popularnych powiedzeń było nazywanie kawy „de lur” od zawartości kawy w kawie.

Mleczne bary prawdziwie mleczne


Od krytycznych wpisów puchły wywieszone w widocznym miejscu książki życzeń i zażaleń, niemal codziennie uszczypliwe uwagi klientów publikowała prasa. Próbowano temu zaradzić, wprowadzając np. uzależnienie zarobków kierowników i kelnerów od obrotu, a nawet przez przechodzenie zakładów na własny rozrachunek, ale na wiele się to nie zdało.

„Ilustrowany Kurier Polski”, 1970 r.: Potrzeba czasu podyktowała rozszerzenie asortymentu o dania półmięsne. Czas i u nas zerwać z pierwotną koncepcją barów mlecznych.


Symbolem PRL-owskich jadłodajni stały się bary mleczne. Powstały w 1948 roku. W założeniach miały to być lokale, w których po niskich cenach (państwo dopłacało do nich z budżetu) sprzedawano posiłki z produktów nabiałowych dla osób zdążających do lub wracających z pracy. Typowy bar mleczny serwował gorące mleko (często przypalone), kawę zbożową, kakao, kefir, zsiadłe mleko, twarożki z przyprawami, zupy mleczne, a także dodatkowo pierogi jarskie: leniwe, z owocami, z serem. Z reguły był czynny od godz. 6.00 (czasem nawet 5.00 rano) do 22.00 wieczorem (aby skorzystać z posiłków mogła druga i trzecia zmiana pracowników). Bary czynne były również w niedziele.

Na poszczerbionych talerzach


W barze mlecznym można było też zjeść jaja gotowane, sadzone i jajecznicę, naleśniki, ryż z przecierem jabłkowym i cynamonem, kaszę manną z sokiem owocowym, kaszę gryczaną polaną roztopionym masłem. Bywały także zupy i kompoty, latem popularnością cieszyły się zupy owocowe. Ponieważ akurat nabiału i mąki w PRL-u z reguły nie brakowało, wybór potraw bezmięsnych był szeroki i wskutek tego bary mleczne cieszyły się ogromną popularnością. Panowała w nich przyjemna, spokojna atmosfera. Z reguły wewnątrz znajdowała się na ścianie wielkich rozmiarów plansza z jadłospisem. Posiłki trzeba było zamówić, opłacić i czekać na ich przygotowanie przy stoliku lub przy okienku. Stoły przykryte były przeważnie zaplamioną, lepiącą się ceratą, jedzenie podawano w wyszczerbionych talerzach i kubkach. Permanentnie brakowało noży, trzeba było więc nauczyć się wszechstronnie operować łyżkami. Potem naczynia odnosiło się do drugiego okienka.

Z czasem placówki te zaczęły serwować szerszy zestaw dań. „Potrzeba czasu podyktowała rozszerzenie asortymentu o dania półmięsne, co wprowadzono już w Warszawie i na Wybrzeżu. Czas i u nas zerwać z pierwotną koncepcją barów mlecznych” - apelował w 1970 roku „Ilustrowany Kurier Polski”.

„Ilustrowany Kurier Polski”, 1965 r.: Na jedno miejsce w bydgoskich zakładach zbiorowego żywienia przypada prawie 90 mieszkańców, natomiast w Toruniu zaledwie 25.


Wiele barów mlecznych przekształciło się z biegiem czasu w modne w erze Edwarda Gierka samoobsługowe bary szybkiej obsługi, które zdominowały pod względem gastronomicznym centra naszych miast. W Toruniu były to np. „Małgośka” przy ul. Szczytnej, „Express Bar” przy Szerokiej i bary przy Rynku Staromiejskim. Mleczne skupiały się w mieście przy ul. Różanej, w ciągu arkad, gdzie w pewnym okresie było ich kilka. W Bydgoszczy najpopularniejsze były bary „Smakosz” i „Sim” przy ówczesnych al. 1 Maja, „Pomorzanka” i „Bydgoszczanka”.

„Kaskada” na Starym Rynku


Najbardziej oblegany bar mleczny w Bydgoszczy zajmował parter półokrągłej kamienicy przy ówczesnym placu Zjednoczenia. Był to bar „Pod Arkadami”, wzięciem cieszył się także „Ratuszowy” przy ul. Długiej. Wszystkie tego typu placówki obowiązywał bezwzględny zakaz serwowania alkoholu. To był ich atut.

Na fali zachłyśnięcia się gigantomanią w drugiej połowie lat 60. w Bydgoszczy postanowiono zbudować na Starym Rynku tzw. kombinat gastronomiczny o nazwie „Kaskada” na wzór identycznego baru w Łodzi. Jednocześnie jeść mogło tam ponad czterysta osób! Budynek oddano do użytku latem 1969 roku i przez długie lata był przez głodnych, ale też i ciekawskich bydgoszczan oblegany.

Toruniowi takiej „stodoły” na starówce, na szczęście, oszczędzono, choć władze wojewódzkie planowały uszczęśliwić mieszkańców miasta kopią baru „Alka”, który zbudowano w Słupsku w samym centrum w 1962 roku, i który był oceniany jako wyraz ducha nowych czasów.

Nawet schabowe, sznycle i steki


Najpopularniejszymi daniami serwowanymi w barach w czasach PRL-u były m.in. pierogi leniwe, kotlety... jarskie i pożarskie, a także mielone, pulpety mięsne, gołąbki i bigos... jarski. Wzięciem cieszyły się tańsze dania garmażeryjne, jak kaszanka, cynaderki, gulasz. Z potraw mięsnych najlepiej „szły” schabowe, sznycle i steki. W powszednie dni w porze tzw. obiadowego szczytu zwykle wszystkie miejsca były zajęte, na wolny stolik trzeba było najczęściej czekać.

Sieć lokali gastronomicznych przez długie lata nie powiększała się, mimo iż nieustannie radziły nad tym komitety partyjne i prezydia rad narodowych, które usiłowały wyjść naprzeciw postulatom społeczeństwa. Jak tłumaczono, przyczyną były kłopoty z uzyskiwaniem nowych pomieszczeń. Cała para budowlana w PRL-u skierowana była bowiem na stawianie bloków mieszkalnych, a towarzyszące im lokale usługowe, w tym gastronomiczne, pod wpływem nacisków „z góry” wypadały z reguły z planów lub ich realizację odkładano na nieokreślony czas. Nic dziwnego więc, że wskaźnik liczby miejsc w lokalach gastronomicznych w naszym regionie wahał się pomiędzy 1-2 proc. liczby mieszkańców. Najgorzej było w Bydgoszczy.

„Proporcja porównawcza Bydgoszcz - Toruń” mówi wyraźnie o hegemonii grodu Kopernika nad stolicą Pomorza - pisał „Ilustrowany Kurier Polski”. Na jedno miejsce w bydgoskich zakładach zbiorowego żywienia (łącznie z cukierniami i kawiarniami) przypada prawie 90 mieszkańców, natomiast w Toruniu zaledwie 25”.

Zainteresowanie zbiorowym żywieniem było tym większe, im gorsze było zaopatrzenie w sklepach. Ponadto w tamtych czasach praktycznie wszyscy chodzili do pracy, wielu dojeżdżało do niej ze wsi, przygotowywanie domowych obiadów dla większości byłoby kłopotliwe. Dodatkowo, liczne zakłady dopłacały pracownikom do abonamentów czy też dawały bony na posiłki.

Symboliczny koniec „Kaskady”


Bary mleczne przetrwały w naszym kraju czas przemian, choć groziła im nawet likwidacja, i udanie wpisały się w nową rzeczywistość, Dziś serwują nieporównanie mniej posiłków niż w czasach PRL-u i służą głównie najuboższym. Wiele lokali nadal zajmuje te same, co przed laty pomieszczenia, ma swoją stałą klientelę. I tak jak przed laty, dominują wśród konsumentów osoby młodsze, np. studenci i starsi - renciści i emeryci. Dzisiejsze bary serwują posiłki skromne, nie przestrzegają już reguł nabiałowo-półmięsnych, dalej są dotowane, choć w mniejszym wymiarze. I każdy, kto do nich zagląda pierwszy raz, musi przeżyć szok, przyglądając się cenom. Zupełnie przyzwoity obiad można tu bowiem zjeść za mniej niż 10 złotych...

Dawne bary szybkiej obsługi i zakładowe stołówki zniknęły natomiast z pejzażu naszych miast. Symbolem ich upadku może być los bydgoskiej „Kaskady” na Starym Rynku, rozebranej kilka lat temu do fundamentów i z ulgą pożegnanej przez mieszkańców.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 02-11-2015 10:53

    Oceniono 10 razy 10 0

    - szynka Ham: To było prawdziwe ( Polskie ) jedzenie , to obecne to same konserwanty i chemia,wiadomo skąd u ludzi rak.Kiedyś wchodząc do rzeźnika -sklep,od drzwi było czuć zapach kiełbas czy mięsa,dziś kiełbasy nie mają żadnego zapachu,po 2 dniach w lodówce nie nadają się do jedzenia.

    Odpowiedz