Od królowej do babki klozetowej. Anna Dymna i istoty niezwykłe, czyli wcale nie najpiękniejsi

Paulina Błaszkiewicz 30 października 2015, aktualizowano: 30-10-2015 12:21

„Zdarzało mi się odpowiadać na pytania w stylu: Po co pani wydaje miliony złotych na tych głupków, którymi się pani zajmuje?” - mówi Anna Dymna, aktorka teatralna i filmowa, działaczka społeczna.

Anna Dymna otrzymała statuetkę Złotego Anioła na tegorocznym festiwalu filmowym Tofifest w Toruniu.

Fot.: Jacek Smarz



Pamięta Pani, co jadła Pani wczoraj na kolację?
Zapomniałam, jak się to nazywało, ale byłam w takiej restauracji, gdzie podawano mi potrawy... dymne.

Ale zupy kminkowej nie było?
Nie, tej zupy nie jadam. To koszmarne wspomnienie z dzieciństwa. Wczoraj dostałam łososia, który był przykryty taką pokryweczką, spod której unosił się dym. A potem pan powiedział: „Pani Aniu, jest od lokalu również deser” i przyniósł pudełko. W tym pudełku była wypełniona rumem szklanka, również przykryta, i z niej też unosił się dym. To chyba był przypadek, ale takiej dymnej kolacji, to jeszcze w życiu nie miałam.

To chyba kolejny dowód na to, że kochają Panią wszystkie grupy społeczne; od fanów kina, przez dzieci, kelnerów, po ulicznych pijaków. W Pani biografii („Dymna” Elżbieta Baniewicz) pada takie zdanie: „Z pięknej dziewczyny stała się pięknym człowiekiem”.
Nie wiem, kim się stałam, ale na pewno nauczyłam się szanować każdego człowieka. To jest to bardzo trudne. Często muszę nawiązać kontakt, który czasem polega tylko na tym, że się kogoś pogłaszcze albo go przytuli.

Widziałam, jak na spotkaniu z dziećmi niepełnosprawnymi intelektualnie to właśnie one głaskały Panią po włosach.
To prawda, ale wie pani, dla nich to jest często jedyny kontakt z drugim człowiekiem. Dla mnie wyraz zaufania i dowód na to, że dzieci się mnie nie boją. One są najukochańsze, ale bardzo nieufne. Jeszcze parę razy musiałabym do nich przyjechać, żeby to byli moi przyjaciele, ale i tak udało mi się zaprzyjaźnić z większością dzieci.


Takie spotkania są dla mnie najtrudniejsze. Gdy idę na spotkania z publicznością, która zna mnie z filmów, z gazet, i coś już o mnie wie, to wtedy łatwiej się rozmawia, a gdy odwiedzam specjalistyczny ośrodek, to nie wiem, co mnie czeka. Na szczęście już to znam. Spotykam dzieci ciężko upośledzone, niepełnosprawne, które nie wiedzą, kim jestem i nie zadziała tu żadna magia ekranu ani niczego. Po prostu muszę z nimi być i muszę się umieć zachować.


Do tego potrzeba umiejętności współodczuwania, którą nie każdy opanował...

Zgadzam się. Ja mam to szczęście, że byłam tak wychowywana, że to współodczuwanie, o którym pani mówi, było jak oddychanie. W mojej rodzinie należało zawsze zwracać uwagę na to, czy komuś się nie przeszkadza. Mama mówiła: „Możesz gwizdać, krzyczeć i sobie śpiewać, tylko zobacz, czy Jureczek nie śpi”. Jureczek to mój młodszy brat.

Anna Dymna: Prowadzę program w telewizji „Spotkajmy się” i to jest najtrudniejsza rzecz, jaką w życiu robiłam. To tu uczyłam się słuchać i wczuwać.


Wiedziałam, że nie można go budzić bez powodu. Tak samo jest w sytuacji, gdy ktoś leży na ulicy. Nigdy nie można powiedzieć: „O Jezu, jak on śmierdzi, pijak jeden”. Trzeba się nad nim pochylić i zapytać: „Czy panu nie trzeba pomóc?” Bez względu na to, jak on wygląda. Oczywiście czasem się za to w łeb dostaje, ale to nie szkodzi.

Aż tak lubi Pani ludzi?
Bardzo. Uważam, że człowiek jest niezwykłą istotą, a na dodatek dowiedziałem się tego wcale nie od tych najpiękniejszych ludzi. Całe życie jestem aktorką i to współodczuwanie, o którym pani wspomniała, to też jest cecha, którą człowiek w sobie wyrabia, gdy jest aktorem. Bardzo poważnie traktuję mój zawód.

Nie polega on na tym, że się pięknie ubieram, pokazuję się na okładkach magazynów i chodzę na bankiety - tego nienawidzę. Polega na tym, że gram rolę, staram się zrozumieć, kogo gram. Całe życie nie robię nic innego poza tym, że staram się zrozumieć drugiego człowieka.

Pamiętam, jak pewnego dnia po raz pierwszy stanęłam przy osobie umierającej, chorej czy niepełnosprawnej intelektualnie. Okazało się, że potrafię ją zrozumieć, wczuć się w jej sytuację. Prowadzę program w telewizji „Spotkajmy się” i to jest najtrudniejsza rzecz, jaką w życiu robiłam. To tu uczyłam się słuchać i wczuwać.

Teraz już umiem rozmawiać o cierpieniu, o sprawach, które mnie przerastają, ale czasami serce mi pęka, bo jestem normalnym człowiekiem. Widzę w tych wszystkich osobach tylko normalnych ludzi - takich, jak ja, którzy w środku mają marzenia, pragnienia, uczucia.

Inni tego nie dostrzegają?
Zdarzało mi się odpowiadać na pytania w stylu: „Po co pani wydaje miliony złotych na tych głupków, którymi się pani zajmuje?” Poza tym ludzie często patrzą na osobę niepełnosprawaną i się odwracają, bo tacy są wrażliwi, boją się. Nie na tym polega wrażliwość, lecz na tym, że idziesz do takiego człowieka, trzymasz go za rękę, patrzysz mu w oczy i pytasz: „Czego ci potrzeba?”

Ja też nie wiem, jak pomóc drugiemu człowiekowi, ale najwięcej nauczyłam się od osób niepełnosprawnych. Dzięki nim zobaczyłam, że we mnie jest dużo pokładów siły i radości, których nigdy nie uruchamiałam. Nawet nie wiedziałam, że to mam. Jak patrzę na ludzi, którzy przeszli piekło, a są czystą radością i energią, to myślę: „Gdzie jest ta moja siła ukryta, czemu tak narzekam?”

O, to jednak daje sobie Pani prawo do słabości?

Dopiero gdy jestem w domu. Jak mnie nikt nie widzi. Tylko mój kot ogląda, jak wyglądają moje chwile słabości, a publicznie nigdy w życiu!

A zdarza się Pani przeklinać, jak granej przez Panią postaci w najnowszym filmie Janusza Majewskiego „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”?

Pani widziała, kogo ja tam gram... To jest bardzo trudna i niebezpieczna rola, bo mogłam na niej przegrać wszystko. Gram zdegenerowaną kobietę, która z powodu bólu i pustki straciła wszystko. Pije, klnie, pali, chce umrzeć i zniknąć z powierzchni Ziemi.

Ta postać niesie na sobie całą tragedię ludzi, którym komuna wszystko zabrała, którym zawaliło się życie. Ale nagle odbija się od wszystkiego, pracuje elegancko w toalecie jako babcia klozetowa i widzi w tym radość. Żartuję, że moja przyjaźń z Januszem Majewskim może się zawrzeć w jednym zdaniu - Od królowej do babki klozetowej.

To jest prawda, bo gdy grałam Barbarę Radziwiłłównę - piękną kobietę w najpiękniejszych sukniach świata - i gdy grałam babcię klozetową - jako stara i gruba baba - to radość z gry miałam dokładnie taką samą? A może teraz jeszcze większą? I to jest moje zwycięstwo. Cieszę się, bo jeśli nie będę miała co robić, to otworzę toaletę publiczną w Krakowie na plantach, taką retro, i będę tam przyjmowała ludzi. Umiem to robić i pani o tym doskonale wie, bo widziała pani już film.

Pani Aniu, Pani jest do bólu normalną kobietą!
Całe życie o to walczę! Ja w domu odżywam. Piorę, sprzątam, robię przetwory na zimię, czasem coś ugotuję i nawet nalewki robię. Ksiądz Twardowski taką naleweczkę też kiedyś ode mnie dostał, jak byl w szpitalu, i był bardzo szczęśliwy, że zrobiłam ją sama. Ach, jaka smaczna żurawinówka i pigwówka w tym roku będzie...

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.