Jak bydgoski dealer Volvo wcisnął torunianinowi nowe auto po liftingu

Grażyna Ostropolska 30 października 2015

Radosław Kowarski był w szoku, gdy przypadkowo odkrył, że kupione w autoryzowanym salonie za 164 tys. zł nowe auto jest po kraksie i naprawie, wycenionej na 95 tys. zł. - Padłem ofiarą oszustwa! - twierdzi przedsiębiorca i składa doniesienie do prokuratury.

Fot.: Rys. Łukasz Ciaciuch


Sprawa znalazła finał w sądzie, który oceni, czy ukrywając tak poważną szkodę przed klientem, dealer mógł się dopuścić przestępstwa wyłudzenia pieniędzy. Będziemy ten proces bacznie śledzić, by podpowiedzieć czytelnikom, czy po „nieśmiganą nówkę” z salonu należy iść z doradcą, czy zawierzyć renomie autoryzowanego dealera.


Toruński przedsiębiorca zaufanie do dealera ekskluzywnej marki miał. - Bezpodstawne! - ocenia z perspektywy doświadczeń. Volvo XC 60 w wersji Kinetic nabył w końcu 2011 r. w leasingu na firmę. Z niewielką zniżką, bo auto było testowe i miało pewien przebieg.

- O tym, że miało kraksę, nikt mnie nie poinformował, bo gdybym się dowiedział o tak poważnej szkodzie, na pewno bym tego auta nie kupił - przekonuje Radosław Kowarski. O tym, że jego Volvo przeszło lifting, dowiedział się w 2014 r., gdy z użytkownika leasingowanego przez swoją firmę auta stał się jego właścicielem. - Poszedłem je ubezpieczyć, a tam wyliczono mi taką stawkę, że zmartwiałem - wspomina torunianin. Ciśnienie mu wzrosło, gdy

agent sięgnął po historię


ubezpieczenia Volvo i oznajmił, że w czerwcu 2011 r. miało ono poważną kraksę, a likwidacja wycenionej na prawie 95 tys. zł szkody sporo ubezpieczyciela kosztowała.

- Dowiedziałem się też, że zanim oddano auto w leasing, zmieniono jego numery rejestracyjne - mówi przedsiębiorca. Pamięta, że przy zawieraniu umowy pytano go w salonie Volvo, czy nie chciałby mieć innej rejestracji, np. poznańskiej. - Z uwagi na rzekome bydgosko-toruńskie animozje, w które nie wierzę, więc nie wyraziłem ochoty - wspomina pan Radosław, dodając, że teraz rozumie sens tego kamuflażu. - Miał utrudnić zweryfikowanie likwidacji szkód na tym pojeździe - uważa.

Radosław Kowarski, właściciel trefnego auta: Podczas ubezpieczania Volvo dowiedziałem się, że zanim to auto oddano w leasing, zmieniono jego numery rejestracyjne.


Zanim torunianin poskarżył się prokuraturze, próbował załatwić sprawę polubownie. Wystąpił do sprzedawcy auta o wyjaśnienia i otrzymał odpowiedź, że... autoryzowany dealer Volvo w Bydgoszczy „nie jest stroną żadnego stosunku prawnego z Radosławem Kowarskim”, który ostatecznie nabył auto od własnej firmy i to do niej, jako sprzedawcy, a nie do dealera winien kierować pretensje.

To szczyt arogancji! - ocenia Kowarski. Próbuje doprowadzić do ugody z dealerem w sądzie gospodarczym; chce mu oddać pojazd w zamian za zwrot pieniędzy. Sąd wyznacza rozprawę ugodową, ale przeciwnik toruńskiego przedsiębiorcy się na niej nie stawia.

- Piszę skargę na dealera do warszawskiej spółki Volvo Car Poland, a tam kwitują ją tak: „Nie jest wykazana wina dealera i nie ma prawomocnego wyroku. Zatem nie mamy podstaw, aby zajmować jakiekolwiek stanowisko w tej sprawie” - pokazuje odpowiedź szefa sprzedaży warszawskiej centrali Volvo, Tomasza Knoblocha.Podstaw do zajęcia się tą sprawą nie widzi również Prokuratura Rejonowa Bydgoszcz - Północ. W listopadzie 2014 r. trafia do niej zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z art. 286 Kk. na szkodę toruńskiej spółki, należącej do Radosława Kowarskiego, polegającego na doprowadzeniu tej firmy do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w kwocie 164 tys. zł, wskutek celowego wprowadzenia w błąd przez dealera Volvo, i dwa tygodnie później odmawia wszczęcia śledztwa.„Pokrzywdzona spółka nabyła prawie roczny pojazd z kilkunastotysięcznym przebiegiem w cenie niższej o 30 tys. zł od rynkowych, a stan techniczny został określony przez sprzedawcę jako dobry, nie zaś bardzo dobry czy idealny, co przy zestawieniu z rokiem produkcji oraz przebiegiem Volvo musiało odpowiadać prawdzie i uwzględniać wystąpienie wcześniejszej szkody” - brzmi uzasadnienie. Bydgoski sąd, rozpatrujący zażalenie pokrzywdzonego torunianina, ocenia, że odmowę wydano pochopnie i nakazuje prokuraturze

uzupełnienie śledztwa.


„Należy ustalić, czy nabywca pojazdu był informowany o powypadkowej przeszłości auta i zakresie napraw (…), a także zgromadzić dokumenty w postaci umów kupna - sprzedaży pojazdu oraz umowy leasingowej, by zweryfikować treści dotyczące stanu technicznego pojazdu, a w razie konieczności dopuścić dowód z opinii biegłego odnośnie jego wartości przed i po wypadku” - zaleca sędzia.

W maju prokurator zlecił wykonanie takiej opinii biegłemu Marcinowi Borczuchowi i przesłuchał pracowników salonu Volvo. Dyrektor handlowy Wojciech N. przekonywał, że cena Volvo uwzględniała szkodę i naprawę auta w ich serwisie. Wprawdzie on osobiście nie udzielał tych informacji klientowi, ale na pewno przekazał je Katarzynie M. a ta - nabywcy pojazdu. Pani M. u dealera już nie pracuje i nie pamięta, czy powiadomiła klienta o uszkodzeniach auta. Nie pamięta też, czy przełożony ją o tych uszkodzeniach informował.

Chcemy porozmawiać o tym z dealerem.


- Prezes rzadko bywa w firmie i nie wiadomo kiedy będzie - słyszymy w salonie. Dyrektor handlowy Wojciech N. też niczego nam nie wyjaśni. - Nie wolno mi się na ten temat wypowiadać - tłumaczy. Obiecuje, że przekaże nasz numer telefonu prawnikowi, a ten się z nami skontaktuje, jeśli uzna to za stosowne. Nie uznał.

W lipcu Kowarski dostał postanowienie o umorzeniu śledztwa z uwagi na brak znamion przestępstwa. Uzasadnienie jest skąpe, a jego trzon stanowi stwierdzenie: „Uzyskano opinię, w której biegły sądowy w dziedzinie techniki samochodowej określił wartość Volvo na 164 100 zł, uwzględniając rynkowy ubytek pojazdu z uwagi na wcześniejszą naprawę blacharsko-lakierniczą”.

Torunianin umorzenie zaskarżył i w ubiegłym tygodniu bydgoski sąd miał zdecydować, czy zasadnie. Nie zdołał, bo ku zdziwieniu sędziego wyszło na jaw, że opinia wykonana przez biegłego Borciucha dotyczy... innej wersji Volvo niż ta, którą mu zlecono. Wystawia to nie najlepszą opinię tym, którzy na jej podstawie umorzyli śledztwo. Sąd nakazał biegłemu sporządzić opinię w oparciu o właściwy model, a kolejną rozprawę wyznaczył na grudzień.

PS Personalia głównego bohatera tekstu zmieniono.

Warto wiedzieć:


Art. 286 par. 1 Kodeksu karnego stanowi, że:
Kto w celu osiągnięcia korzyści majątkowej doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od sześciu miesięcy do ośmiu lat.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 01-03-2016 12:43

    Brak ocen 0 0

    - dada: a za kradziez bułki w narkecie ile daja sedziowe ?

    Odpowiedz

  2. 04-11-2015 09:12

    Oceniono 9 razy 9 0

    - Hys: Właścicielem bydgoskiego salonu Volvo jest także torunianin - Jacek :-D

    Odpowiedz

  3. 02-11-2015 12:23

    Oceniono 11 razy 5 6

    - Only BKS: I bardzo dobrze krzyżakowi....

    Odpowiedz

  4. 02-11-2015 09:47

    Oceniono 11 razy 5 6

    - opek: Bydgoszczu. Znowu Bydgoszczu.

    Odpowiedz

  5. 02-11-2015 09:43

    Oceniono 10 razy 5 5

    - edy: i bydgoszczu zaczyna swój złodziejski taniec.

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz

    1. 01-11-2015 08:59

      Oceniono 22 razy 19 3

      - ben: Najważniejsze w artykule jest wyartykułowanie, że bydgoszczanin oszukał torunianina. Ot dziennikarstwo powiatowe.

      Pokaż odpowiedzi (2) Odpowiedz