O Heni samarytance i innych spryciulach

Małgorzata Oberlan 30 października 2015

Urzędniczki, księgowe, kasjerki okradały kasy w naszym regionie latami. Wpadły, osądzono je, ale ze zwrotem pieniędzy się nie kwapią. Henryka Ś. z gminy Płużnica majątek przepisała na męża listonosza i formalnie jest bezrobotna. Barbara L. z toruńskiego szpitala też okazuje się biedna jak mysz kościelna. A w Brodnicy boją się, że nagle zbiednieje „ich Honorata”. Wniosek? Wyrok sądu to jedno, egzekucja drugie...

Z Urzędu Gminy pani Ś. miała bliziutko do banku (budynek w tle). Tu pobierała pieniądze na dodatki mieszkaniowe

Fot.: Jacek Smarz


W Urzędzie Gminy Płużnica dziś na ten temat potrafią już nawet zażartować. „Nasza Henia samarytanka” - tak mówią o Henryce Ś., urzędniczce z 23-letnim stażem, która okradła urząd na 236 tysięcy 634 złote i 74 grosze. Ale wtedy, gdy sprawa wyszła na jaw, nikomu do śmiechu nie było...

Niania też jej pasowała


Magdalena Szczepanik, sekretarz gminy Płużnica. O pani Ś. mówi „nasza Henia samarytanka”. Ale żal jest...

fot. Jacek Smarz

Magdalena Szczepanik, sekretarz gminy Płużnica. O pani Ś. mówi „nasza Henia samarytanka”. Ale żal jest...

Dlaczego „samarytanka”? - Bo nam, koleżankom z pracy, pani Henia jawiła się jako dobra i pomocna starszym ludziom. Komu chciałoby się po godzinach kursować do banku, brać pieniądze na dodatki mieszkaniowe dla starszych osób i z poświęceniem rozwozić je im po domach? - pyta retorycznie Magdalena Szczepanik, sekretarz gminy Płużnica (powiat wąbrzeski).
Właśnie dodatki mieszkaniowe stały się dla Henryki Ś. dodatkowym (?) źródłem zarobku. W końcu - to nimi się głównie zajmowała. Kobieta pełniła funkcję podinspektora ds. księgowości. - Wspomnianymi dodatkami zajmowała się od A do Z, co ułatwiło jej cały proceder. U niej składało się wniosek o taki dodatek, ona go rozpatrywała, ona sporządzała listę do wypłaty, wypłacała pieniądze z banku i ona wreszcie zdawała raport z całości pani skarbnik - obok której, tak na marginesie, miała swój pokój - zaznacza wójt Marcin Skonieczka (do dziś zachodzi w głowę, „jak to wszystko było możliwe”).


48-latka wymyśliła dość prosty mechanizm stałego wspomagania domowego budżetu. Na listę dodatków wciągnęła osiem osób, które albo nigdy się o owe świadczenia nie ubiegały (dwa przypadki), albo kiedyś pobierały, ale już straciły do nich prawo (sześć osób). Tym to sposobem miesięcznie wzbogacała się o średnio 5 tysięcy złotych. Przed koleżankami z pracy, jako się rzekło, udawała empatyczną pośredniczkę, która niektórym dodatki dostarcza sama...

- Jak wybrała te osiem osób? Sprytnie, tak to dziś oceniamy - przyznaje Magdalena Szczepanik. - To były osoby starsze albo niespecjalnie zaradne życiowe, rzadko odwiedzające urząd gminy. Nawet niania, która kiedyś opiekowała się jej dzieckiem, pasowała jej do takiej ustawki.

Wyłudzanie pieniędzy trwało od marca 2005 roku do maja 2012 roku. Tyle przynajmniej udało się udowodnić przed sądem. Kto wie, jak długo pani Henia pasłaby się dodatkami, gdyby nie pewna okoliczność...

Tydzień w górach za premię męża


- Po wszystkim dopiero poskładaliśmy w urzędzie te klocki. Pani Henia nigdy nie brała urlopu w terminie wypłaty dodatków. Pilnowała się też, żeby nie chorować - wspomina sekretarz gminy.

Choroba jednak, jak wiadomo, w końcu dopadnie każdego. Henrykę Ś. dopadła w drugiej połowie kwietnia 2012 roku. Poszła na zwolnienie. - Sprawozdanie do Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej musiała przygotować za nią inna pracownica. Wydrukowała wykaz osób i... doznała szoku. Im bardziej z panią skarbnik wnikały w sprawę, tym było gorzej - relacjonuje Marcin Skonieczka.

Dobrze pamięta, że telefon z tym przykrym newsem odebrał pod wieczór, w drodze powrotnej z Warszawy. Już nazajutrz pojechał do Prokuratury Rejonowej w Wąbrzeźnie. Tu usłyszał, że działać ma spokojnie i metodycznie: sprawdzić, policzyć, zgromadzić dokumenty. 4 maja 2012 roku wójt z kompletem dokumentów złożył już oficjalnie zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. 7 maja wręczył pani Heni wypowiedzenie.

urzędniczki z Płużnicy: Dosyć regularnie wyjeżdżała na urlopy, co jakiś czas mogła pochwalić się nowymi ciuchami czy butami. Mówiła, że mąż listonosz dostał premię.


Na co urzędniczka wydawała pieniądze? Współpracownice mówią, że po prostu żyła poziom wyżej. Gdy w urzędzie zarabia się jakieś 2000 zł netto, mąż jest wiejskim listonoszem (pensja jeszcze niższa), na utrzymaniu ma się dwoje uczących się dzieci i spory dom, to żyje się skromnie. Tymczasem pani Henryka...

- Dosyć regularnie wyjeżdżała na urlop (nie żadne Hawaje, ale na przykład tydzień w górach), co jakiś czas mogła pochwalić się nowym ciuchem czy butami, wyprawiała urodziny w lokalu. Kiedy się ją pytało, skąd ma na to pieniądze, najczęściej odpowiadała, że mąż dostał premię albo coś w tym stylu. Człowiek nie wnikał, bo w końcu nikt nikomu aż tak w garnki nie zagląda - tłumaczą gminne urzędniczki.

No, ale to już wielkie świństwo!


W garnki się nie zagląda, ale siedząc tak biurko w biurko, przez pięć, dziesięć, dwadzieścia lat, kobieta kobietę poznaje. Różne w pracy toczą się rozmowy. O fochach męża, wydatkach na dzieci, planach na weekend, przepisach na mielone w zupełnie nowej odsłonie... No, życie.

Kto wie, czy jeszcze większym szokiem dla koleżanek pani Heni (większym niż siedem lat wyłudzania pieniędzy na dodatki) nie okazała się historia z kasą zapomogowo-pożyczkową.

A jaka to historia? Klasyczna. Ktoś, kto taką pracowniczą kasą się zajmuje, narażony jest na pokusy. I bywa, że ulega. Henryka Ś. uległa na 19500 zł. Albo - precyzyjniej - na 2500 zł mniej, bo tyle zostawiła w kasie wkładu własnego.

Cóż, ja też, podobnie jak inni pracownicy urzędu, poręczyłam pani Henryce pożyczkę. Miałam to szczęście, że na stosunkowo niewielką kwotą. Ale niektóre osoby zostały na prawdziwym lodzie. Musiały jako poręczyciele spłacić solidne sumki - nie kryje Magdalena Szczepanik.

A takiego świństwa, dodajmy, łatwo się już koleżance z pracy nie wybacza.

Bez majątku, zaginiona...


Po długim procesie (była apelacja) Henryka Ś. została uznana winną wyłudzenia wspomnianych 236 tysięcy zł z ogonkiem i skazano ją na rok i 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu. Do tego sąd zakazał kobiecie zajmowania funkcji związanych z pieniędzmi przez 5 lat, a nakazał - zwrócić przywłaszczone pieniądze (z odsetkami za ostatnie trzy lata). Do tego przyfasolił bezrobotnej urzędniczce 10 tysięcy złotych grzywny.

Wójt Marcin Skonieczka zaczyna wątpić, czy od zwolnionej pracownicy odzyska  choćby złotówkę

fot. Jacek Smarz

Wójt Marcin Skonieczka zaczyna wątpić, czy od zwolnionej pracownicy odzyska choćby złotówkę

Wójt Marcin Skonieczka, z obowiązku skazany na kursowanie najpierw na przesłuchania, potem na sądowe rozprawy, poznał polski wymiar sprawiedliwości od (no, bez ostrych słów) innej strony. - Chyba za dużo filmów się naoglądałem - śmieje się. - Wydawało mi się, że sprawy potoczą się szybko. Kajdanki, proces, komornik na majątku...

Sam proces był pouczający. Żadna z ośmiu osób, na którą pani Henia wyłudzała dodatki mieszkaniowe, nie potwierdziła jej linii obrony. Ta sprowadzała się do samarytańskiego pośrednictwa (wypłacanie pieniędzy i przekazywanie „uprawnionym”). - Ale, nie - zawiesza głos wójt. - Pod koniec procesu jedna starsza pani zeznała, że jednorazowo otrzymała od pani Henryki 800 zł. I że wysoki sąd przeprasza, ale już ich nie ma, bo wydała na węgiel.

Gmina skierowała sprawę egzekucji do komornika. Ten odszedł z kwitkiem. Okazało się, że skazana 48-latka to osoba bezrobotna, bez żadnego majątku. Dom i ziemię zdążyła przepisać na męża.

- Nasz pełnomocnik prawny przed wąbrzeskim sądem stara się obecnie udowodnić, że pani Ś. „uciekła” w ten sposób z majątkiem. Sprawa wygląda jednak dość beznadziejnie - nie kryje wójt. - Pani Henryka nie stawia się na rozprawach, a jej małżonek oświadczył, że nie ma pojęcia, gdzie kobieta przebywa ani jak wygląda jej sytuacja finansowa. Obowiązek wskazania miejsca pobytu pani Ś. spadł na urząd.

Ponieważ w gminie Płużnica nie jest tajemnicą, że pani Henia wyjeżdża do pracy w Niemczech i co jakiś czas do domu wraca, urzędnikom nie pozostanie chyba nic innego, jak zaczaić się z telefonem komórkowym (aparat!) na dobrą znajomą. Jakieś dziesięć dni temu widziana była w ośrodku zdrowia.

- Smutne to wszystko, ale i pokazujące brak konsekwencji - kończy wójt Marcin Skonieczka. A pani sekretarz dorzuca na finał inny wątek. - Mąż pani Heni, jako listonosz, odwiedza wiele domów w gminie. Wiemy, że rozpowszechnia nieprawdziwą wersję wydarzeń całej tej historii. Taką, że to jego żona jest kozłem ofiarnym w całej tej sprawie, rzekomo wykorzystanym przez urzędników. Tylko w jaki sposób my mielibyśmy skorzystać na tych dodatkach mieszkaniowych albo na niespłaconych pożyczkach z kasy tej pani?

Do drzwi domu państwa Ś. pukaliśmy dość długo. Nikt nam nie otworzył. Nikt nie podniósł też telefonu stacjonarnego, którego numer znaleźliśmy w książce telefonicznej. Ale sygnał był...

Pani Honorata i jej spłata


Dużo wody w Drwęcy upłynęło, nim sprawa Honoraty P. z Brodnicy znalazła swój finał (na razie zresztą nieprawomocny) przed obliczem Temidy.

7 października br. Sąd Rejonowy w Brodnicy skazał Honoratę P. na karę roku wiezienia w zawieszeniu. Nakazał jej też naprawić szkodę i zwrócić Urzędowi Miasta Brodnicy dokładnie 85 tysięcy 490 złotych i 62 grosze. Kobieta była kasjerką w urzędzie, przyjmowała wpłaty od mieszkańców.

Bomba wybuchła w styczniu 2013 roku. Przy okazji wprowadzania komputerowego rejestrowania wpłat do kasy w brodnickim magistracie wyszło na jaw, że brak 86 tysięcy złotych. Zginęły w 2012 roku. Najwięcej w listopadzie, kiedy ów system wprowadzano. Jak przypominali sobie rządzący urzędem, Honorata P. była przeciwna tym zmianom. Wszystkie tropy wiodły do kasjerki, która błyskawicznie została dyscyplinarnie zwolniona z pracy. Proces sądowy wykazał, że intuicje przełożonych i kontrolerów były słuszne.

- Co dalej? Po pierwsze, spodziewamy się apelacji ze strony pani Honoraty P. - mówi Zdzisława Marciniak z brodnickiego magistratu. - Po drugie, mamy oczywiście plan działania związany z odzyskaniem pieniędzy. Gdy wyrok się uprawomocni, wezwiemy panią P. do zapłaty. Dodam, że gotowi jesteśmy zawrzeć porozumienie, które rozłożyłoby sumę na raty. Jeśli pani P. nie zareaguje na nasze wezwanie, wkroczymy na drogę postępowania egzekucyjnego.

Co w przyszłości mógłby komornik wyegzekwować od pani Honoraty P.? Zdaniem dobrze zorientowanych mieszkańców Karbowa (tutaj mieszkają państwo P.), o majątek to można pytać małżonka byłej już kasjerki miejskiej, a nie ją samą.

Rekordowa dziura w Opatrunkach


Inaczej rysuje się obecnie historia pani Mieczysławy Z., kasjerki z Toruńskich Zakładów Materiałów Opatrunkowych (popularne Opatrunki). Braku dokładnie 1 mln 329 tys. zł w kasie pracowniczej TZMO dopatrzono się po tym, jak Mieczysława Z. odeszła na emeryturę. 20 września 2013 roku zarząd firmy i związkowcy złożyli zawiadomienie do prokuratury. - Wskazali w nim, jakie nieruchomości i pojazdy, według ich wiedzy, posiada podejrzewana kobieta. Tylko jeśli okaże się, że jest ich właścicielką lub współwłaścicielką, możliwe będzie ich zajęcie dla zabezpieczenia roszczeń o naprawienie szkody - mówił Maciej Rybszleger, szef Prokuratury Rejonowej Toruń-Wschód.

Mieczysława Z. stanęła przed sądem. Proces jest w toku. Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, indywidualna odpowiedzialność Mieczysławy Z. wcale nie jest taka oczywista. - Na ostatniej rozprawie wysoki sąd tak „pojechał” po przełożonych pani Z., że aż dziwnie było słuchać. Możliwe, że ta kasa zapomogowo-pożyczkowa służyła do łatania nagłych potrzeb finansowych w zakładzie, a z pani Mieczysławy niektórzy postanowili zrobić jedyną winną - relacjonuje nam osoba blisko związana ze sprawą.

W sprawie rekordowej dziury w Opatrunkach (to olbrzymi zakład pracy, więc i odpowiednio duża kasa) wstrzymać się trzeba z sądami do końca procesu.

Danuta, Janina, Katarzyna, Maria...


Danuta K. skazana została za przywłaszczenie sobie pieniędzy z kasy pracowniczej Urzędu Miasta Kowalewa Pomorskiego. Pieniądze systematycznie były odzyskiwane, bo kobieta przeszła na emeryturę i komornik miał co zajmować.

Janina K. i Katarzyna G., ukarane zostały w styczniu br. w toruńskim sądzie za kradzież 578,1 tys. zł pracodawcy - Towarzystwu Ubezpieczeń Uniqa. Obu kobietom również nakazano oddać pieniądze, choć były wówczas bez pracy. Jeśli nie wywiążą się z tego obowiązku, grozi im odwieszenie kar więzienia: 9 i 18 miesięcy.

Bożenie N. postawiono zarzut przywłaszczenia pieniędzy z kasy zapomogo-wo-pożyczkowej szpitala w Aleksandrowie Kujawskim w kwocie 204 751 zł. Pieniądze ginęły - jak dotychczas ustalono - od 2004 r. do sierpnia 2012 r.

Maria N. z Grudziądza, zdaniem prokuratury, podprowadziła jednej z tamtejszych firm ponad 470 tys. zł. Kraść miała na raty, przez sześć i pół roku...

Dlaczego to zawsze kobiety? Bo to one są zazwyczaj są kasjerkami.


„Przelew na konto straconej reputacji”

- tak zatytułowany był reportaż , który czytelnicy mogli przeczytać w naszym Magazynie 25 marca 2013 roku. Dotyczył między innymi Honoraty P., byłej już kasjerki Urzędu Miasta Brodnicy. Wówczas sprawa była gorąca, bo braki w kasie odkryto w styczniu 2013 roku. Dziś, po ponad dwóch latach, dopiero pisać można o nieprawomocnym wyroku, który 7 października zapadł w Sadzie Rejonowym w Brodnicy. Droga do odzyskania ponad 80 tysięcy złotych może być dla urzędu drogą przez mękę. W perspektywie są: apelacja, uprawomocnienie wyroku, wzywanie Honoraty P. do zapłaty, kierowanie egzekucji do komornika i - jak już przewidują zorientowani mieszkańcy Karbowa (tutaj mieszka Honorata P. z małżonkiem) - odbicie się tegoż komornika od drzwi.

Szpital walczy. Jest groźba więzienia

Barbara L. decyzją sądu powinna oddać szpitalowi miejskiemu w Toruniu 320 tys. zł. Nie oddaje, ale lecznica nie zamierza o sprawie zapomnieć.

Wyrok w sprawie Barbary L., księgowej z miejskiego szpitala, zapadł w marcu br. Sąd orzekł, że 58-letnia kobieta winna jest przywłaszczenia pieniędzy z kasy zapomogowo-pożyczkowej i funduszu socjalnego. Wymierzył jej karę w postaci dwóch lat więzienia w zawieszeniu i 400 zł grzywny. Kosztami postępowania obarczył skarb państwa. Pani L. została jednak zobowiązana do naprawienia szkody, czyli zwrotu blisko 320 tysięcy zł.

- Dwukrotnie wzywaliśmy byłą pracownicę szpitala do zapłaty. Bezskutecznie. Wiemy, że nie pracuje i nie ma dochodów ani ruchomości, które mógłby zająć komornik. Roszczenie szpitala jest jednak zabezpieczone dzięki hipotece przymusowej, nałożonej na udział pani L. we własności domu w podtoruńskiej Złotorii (jej udział to 1/2 własności). Jeżeli nawet w przyszłości Barbara L. znalazłaby nabywcę na swój udział, to owa hipoteka nadal będzie go obciążać - mówi Ryszard Czeczko, radca prawny Miejskiego Szpitala Specjalistycznego w Toruniu. - Równolegle zamierzamy właśnie poinformować sąd o tym, że pani L. nie wykonuje jego orzeczenia i nie zwraca pieniędzy. Będziemy wnioskowali o odwieszenie jej kary pozbawienia wolności. Mamy nadzieję, że taka wizja zmobilizuje Barbarę L. do podjęcia pracy i zarobkowania, co umożliwi jej spłacanie należności. Ta droga może okazać się skuteczniejszym rozwiązaniem niż egzekucja z 1/2 własności nieruchomości. Ta ostatnia kosztuje, a szpital ma inne wydatki.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.