Góra urodziła mysz! - tak ojciec zmarłego Mateuszka ocenia ekspertyzę medyków sądowych za... 68 tys. zł

Grażyna Ostropolska 23 października 2015, aktualizowano: 23-10-2015 12:50

Prokuratura otrzymała ten dokument po 22 miesiącach. Tak długo czeka się w Polsce na opinie dotyczące błędów lekarskich i nie zawsze są one najwyższych lotów. Czy zmieni to ustawa o biegłych sądowych?

Fot.: Łukasz Ciaciuch


Lekarze, którym pokazaliśmy opinię na temat przyczyn śmierci naszego synka, byli zszokowani, bo ich zdaniem poza analizą dokumentów, dostarczonych przez prokuraturę, biegli nie zrobili niczego, co mogłoby uzasadniać prawie dwuletni okres jej przygotowywania i astronomiczną wycenę - twierdzi Tomasz Rama, ojciec Mateuszka.


Trzyletni chłopczyk zmarł w lipcu 2013 r., a sekcja zwłok dziecka wskazywała na zatrzymanie krążenia. Pan Tomasz nigdy się z tak enigmatyczną diagnozą nie pogodził i przez dwa lata prowadził własne drobiazgowe śledztwo, by dociec przyczyn śmierci synka. O tym, co udało mu się ustalić pisaliśmy wielokrotnie, m.in. w publikacjach „Dlaczego zginął Mateuszek”w sierpniu 2014 r. i „Dwie prawdy o strachu” w marcu br.

Ostatnie miesiące życia Mateuszka były traumatyczne, ale dziecko znosiło je dzielnie. W marcu 2013 r. chłopczyk połknął kilka suchych nitek makaronu i stracił przytomność. Rodzice nie mogli się dodzwonić na pogotowie, więc sami wieźli go z podbydgoskiej Zielonki do szpitala. Trwało to kilkanaście minut, a kolejne trzydzieści zajęła reanimacja. Lekarz użył wtedy defibrylatora i przywrócił Mateuszkowi krążenie. Rodziców uprzedzono, że ich synek może się nie wybudzić lub być sparaliżowany wskutek długiego niedotlenienia, ale ten po kilku tygodniach intensywnego leczenia wyszedł z traumy bez neurologicznych obciążeń.

Lekarze mówili, że to cud


- wspomina Tomasz Rama. W maju 2013 r. Mateuszek zaczął gorączkować. Skarżył się, że boli go szyja w miejscu, gdzie wkłuwano się, by odessać mu wydzielinę z płuc. Pogotowie zabrało go do szpitala, a tam podano mu antybiotyk i dwa dni później wypisano do domu. W czerwcu dziecko miało poważne kłopoty z oddychaniem i trafiło do szpitala z rozpoznaniem... zwężenia tchawicy, wymagającego operacji w specjalistycznym ośrodku. Zanim zorganizowano transport do Poznania, chłopczyk przeszedł tracheotomię, którą dwa razy poprawiano z uwagi na wypadanie rurki

- Mateuszek był wtedy czterokrotnie znieczulany, a do Poznania, gdzie synka znów parokrotnie usypiano, wiozła go karetka, w której brakowało ssaka. Ambulans prowadził ratownik, obok którego siedział w zamkniętej kabinie lekarz, a przy moim synku z rurką po tracheotomii w gardle, czuwał... kierowca z wyrokiem za fałszowanie dokumentów, na podstawie których starał się o uprawnienia ratownika - takie ustalenia poczynił Tomasz Rama, a potwierdzili je kontrolerzy NFZ, wskutek czego szpital dziecięcy zerwał współpracę z firmą przewozową. Do poznańskiego szpitala dziecko trafiło z odmą płuc i trzeba mu było założyć dren. Poszerzenia tchawicy nie wykonano, bo lekarze odkryli przetokę i odłożono zabieg na trzy miesiące, by dziurka się zrosła.

3 lipca 2013 r. dziecko wróciło do domu z rurką tracheotomijną w gardle.- Mateuszek nie bał się odsysania. Robiliśmy je 10 razy dziennie i mały czuł się dobrze - wspominają rodzice.Tak było do 25 lipca, gdy przebywający pod opieką babci chłopczyk nagle stracił przytomność. Kobieta zadzwoniła do matki dziecka, a ta po pogotowie. Przyjechało po 6 minutach, ale lekarz po 50 minutach bezskutecznej reanimacji orzekł zgon.

Prokuratura, dociekająca przyczyn śmierci Mateuszka, zadała biegłym z Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi 49 pytań. - W liczącej 120 stron ekspertyzie odpowiedzi na te pytania zajmują kilka stron, bo resztę stanowią cytaty z akt prokuratorskich - ocenia Tomasz Rama. Zamierza tę opinię zaskarżyć, bo, jego zdaniem, niczego nie wyjaśnia.

- Nie przeprowadzono badań toksykologicznych, o które wnioskowałem, ani nie ustalono, co stało się z dokumentami, których zajmujący się Mateuszkiem medycy nie dostarczyli prokuraturze - tłumaczy. Oburza go to, jak biegli ocenili fakt, że w karetce wiozącej dziecko po tracheotomii do szpitala w Poznaniu nie było ssaka, lekarz z ratownikiem jechali w szoferce, a przy jego synku siedział kierowca z wyrokiem.

„(...) W czasie transportu dziecka nie doszło do pogorszenia jego stanu i jakakolwiek interwencja medyczna nie była potrzebna. Dlatego

brak jest podstaw


do przyjęcia, że nieprawidłowe rozmieszczenie załogi w karetce podczas przewożenia Mateusza Ramy spowodowało narażenie go na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu” - napisali biegli.

- Rentgen wykonany w bydgoskim szpitalu dziecięcym przed wyjazdem do Poznania nie wykazał u synka odmy płucnej, a gdy tam dojechał, odmę już miał - zauważa pan Tomasz i dziwi się, że biegli skwitowali to tak: „Nie ma żadnych podstaw do przyjęcia, iż powstanie tej odmy pozostaje w związku z niewłaściwym rozmieszczeniem załogi w karetce wobec faktu, że transport przebiegał bez komplikacji. Podobnie bez znaczenia jest kwestia wyposażenia karetki w ssak, ponieważ nie było konieczności jego użycia”.

- Domagaliśmy się badań toksykologicznych, bo podczas tej nieudanej reanimacji Mateuszek spuchł, a eksperci powołani przez izbę lekarską jasno stwierdzili, że nie są im znane przypadki, by „w trakcie reanimacji, podczas której nie stwierdza się żadnych funkcji życiowych, mogło dojść do powstania obrzęków, bo w chwili zgonu zanikają wszelkie mechanizmy, związane z reakcjami organizmu na bodźce” - cytują rodzice. Dostrzegli, że działo się tak po podaniu dziecku zastrzyku, więc zasugerowali, że może zamiast adrenaliny zaaplikowano dziecku przez pomyłkę inny lek.

Biegli uznali za niezasadne przeprowadzenie toksykologicznych badań, bo „nie są one w stanie potwierdzić lub wykluczyć podania adrenaliny, występującej naturalnie w organizmie człowieka”, a obrzęk u dziecka to, ich zdaniem, efekt „przesunięcia płynów w tkankach podczas resuscytacji”.

- Biegli przyznali, że brakuje w aktach zapisu wideo z zabiegu bronchoskopii synka, ale nie zwrócili się do szpitala o jego przesłanie. Nie odnieśli się też do faktu, że zniknęła część wydruku EKG z urządzenia, na którym pogotowie rejestrowało przebieg reanimacji - wytyka Tomasz Rama.

Twierdzi, że jedna z lekarek zdradziła mu w tajemnicy, jakoby podczas tego właśnie zabiegu bronchoskopii nastąpiło u jego synka

zatrzymanie krążenia.


- Ukryto to przed nami i przed prokuraturą - sugeruje ojciec, ale przesłuchiwani medycy nie przypominają sobie takiej sytuacji. Wyjaśnienie tej sprawy wydaje się ważne, bo w opinii biegłych sądowych pojawia się hipoteza, że do zgonu chłopca mogły doprowadzić schorzenia kardiologiczne, których należycie nie zdiagnozowano. Dostrzegli oni, że pierwsze zatrzymanie krążenia u Mateuszka (po połknięciu nitek makaronu) i kolejne po wprowadzeniu ssaka do dróg oddechowych dziecka przez rurkę tracheotomijną, miały podobny przebieg. „W obu przypadkach doszło do nagłej i niepoprzedzonej innymi objawami utraty przytomności, po której stwierdzono zatrzymanie krążenia” - czytamy w opinii.

Biegli sugerują, że mogło do tego dojść wskutek pobudzenia nerwu błędnego przez czynnik drażniący drogi oddechowe, co mogło spowodować zatrzymanie akcji serca. Zaznaczają, że to tylko hipoteza, bo przyczyn zgonu Mateusza Ramy nie są w stanie w sposób jednoznaczny zdiagnozować i tak kończą swoją opinię: „Postępowanie medyczne wdrożone wobec Mateusza Ramy w analizowanym okresie było prawidłowe, poza pewnymi omówionymi nieprawidłowościami, ale nie można wykazać, że nieprawidłowości te spowodowały narażenie pacjenta na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, a tym bardziej, że przyczyniły się do jego zgonu”.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 29-10-2015 17:36

    Oceniono 1 raz 1 0

    - wybe: Dlatego ludzie rezygnują z szukania sprawiedliwości, a tamci czują się bezkarni.

    Odpowiedz

  2. 27-10-2015 08:04

    Oceniono 4 razy 4 0

    - Jan III: Dopóki biegłym może zostać mały kretynek, lepiej nie będzie, może nawet trochę drożej. Do kretyńskiej opinii dodamy jeszcze "tęgogłowego" prokuratora i stukniętego sędziego i mamy prawo...sprawiedliwość, po naszemu. W mojej sprawie biegły - trepek KZ stworzył cudo - ekspertyzę, której nie powstydziłby się pierwszy trep RP. Sorry, ale porządki należy rozpocząć od remontu generalnego wymiaru, dzisiejsza sytuacja to tragiczny i bardzo kosztowny kabaret...

    Odpowiedz

  3. 23-10-2015 19:04

    Oceniono 3 razy 0 3

    - temidek : przewiduje sie wydac ja w 2025 w 20 lecie jej rozpoczecia

    Odpowiedz