Nie było żadnej paniki. Były za to koszmarne błędy organizatorów

Piotr Schutta 23 października 2015

Impreza, która nie powinna się odbyć, kosztowała dwa ludzkie życia. Odpowiedzialni za tragedię są wszyscy, którzy mieli cokolwiek wspólnego z organizacją tej dyskoteki. Władze UTP, samorząd studentów, spółka ochroniarska. Popełnili błędy, których przy odrobinie wyobraźni i zaangażowania można było uniknąć.

Fot.: Dariusz Bloch


Minął tydzień od tragicznych wydarzeń na Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym w Bydgoszczy, w wyniku których kilkanaście osób znalazło się w szpitalach, a dwie zmarły. Studenci budownictwa Paulina i Paweł zostali wczoraj pochowani przez swoich bliskich na cmentarzach w Serocku i Toruniu.


Znamy już przyczynę ich śmierci. Wcale nie zostali stratowani przez spanikowany tłum, lecz zaduszeni w tłoku, jaki powstał na schodach prowadzących do nadziemnego korytarza łączącego dwa uczelniane budynki, w których odbywała się impreza Start Party 2015.

- Ludzie przewracali się jak kostki domina. Tam leżało na sobie kilka warstw ciał. Ten, kto znalazł się na samym dole, miał najmniejsze szanse - opowiada jeden ze świadków.

Fatalna lokalizacja imprezy


Wbrew pierwszym doniesieniom medialnym, dziś można śmiało powiedzieć, że na kampusie UTP nie doszło do wybuchu paniki. To, co w pierwszej chwili nazwano paniką, było zwykłą reakcją stresową ludzi, którzy znaleźli się w pułapce.

- Na pewno nieprawdziwe jest twierdzenie, że panika przyczyniła się do tragedii na UTP. Moim zdaniem, popełniono tam błędy organizacyjne. Było i przeludnienie, i tzw. wąskie gardło w postaci nieszczęsnego łącznika, a także niekompetencja ochrony - uważa Bartosz Grduszak, ekspert do spraw organizacji i bezpieczeństwa imprez masowych.

- Wszyscy popełnili błędy - mówi dyplomatycznie dr Mieczysław Karol Naparty, rzecznik prasowy uczelni .

Wiele wskazuje na to, że błędem podstawowym, z którego wyniknęły inne przykre konsekwencje, była lokalizacja imprezy. Do tej pory, czyli od 15 lat, dyskoteka na rozpoczęcie roku akademickiego odbywała się zawsze w holu głównym obecnego budynku rektorskiego UTP przy ul. Kaliskiego7. Budynek ten nosi symbol 2.1. Studenci mówili „lotnisko”, opisując w ten sposób wielką przestrzeń.

Hol jednak w tym roku przebudowano i zmniejszono, zamykając go z kilku stron wąskimi przejściami, które rektor prof. Antoni Bukaluk nazwał na pierwszej konferencji po wypadku kurtynami przeciwpożarowymi. Właśnie z ich powodu pierwsza decyzja rektora była odmowna. Impreza Start Party miała się w tym roku nie odbyć. Ale...

- Była presja ze strony studentów, żeby takie imprezy organizować - mówi rektor Bukaluk i przyznaje, że pod naciskiem samorządu studenckiego zgodził się na udostępnienie innego, mniejszego holu, znajdującego się w tym samym budynku. Jak podkreśla - tylko jednego.

Jak się dzisiaj okazuje, organizatorom imprezy, Uczelnianej Radzie Samorządu Studenckiego UTP jeden hol nie wystarczał, więc wyprosili u prorektora do spraw studenckich prof. Janusza Prusińskiego jeszcze jedno pomieszczenie, usytuowane jednak w sąsiednim budynku, oznaczonym symbolem 3.1.

- Odbyło się to już za plecami rektora - zaznacza rzecznik UTP.

Organizatorzy stanęli więc przed zagadką - jak zorganizować imprezę dla tysiąca osób w dwóch budynkach? I wymyślili.

Oba budynki łączy przejście nadziemne, zawieszone na wysokości prawie drugiego piętra. Jak sprawdził nasz reporter, jest to korytarz długi na ok. 20 metrów, szeroki na półtora kroku, wyposażony w małe okna, które trudno otworzyć. Nie ma tam klimatyzacji. Pod łącznikiem, na poziomie parteru, w obu budynkach znajdują się drzwi, przez które można wyjść na zewnątrz. Z budynku 2.1, gdzie była scena disco polo, prowadzą szerokie drzwi dwuskrzydłowe, z 3.1 (tam leciała muzyka techno) półtoraskrzydłowe. Prócz tego 3.1 ma także wejście przez portiernię. Tam samorząd umieścił kasę. Teoretycznie ruch pomiędzy dwiema scenami mógł odbywać się dwutorowo. Dołem, przez drzwi na poziomie parteru, oraz górą - przez łącznik, wewnętrznymi schodami.

Zamknięci w potrzasku


- Ale wszyscy przemieszczali się górą - relacjonują studenci.

Dlaczego? Dolne drzwi od strony sceny disco polo zostały zamknięte na stałe. Potwierdziły to wizja lokalna komisji uczelnianej i relacje studentów. Jeszcze kilka godzin po tragedii przy drzwiach stały barierki. Na jednej z nich wisiał znak drogowy oznaczający zakaz ruchu.

- Samorząd nie chciał, żeby ludzie wchodzili na imprezę za darmo. Im mniej drzwi, tym łatwiej upilnować. Dlatego było tylko jedno wejście i jedno wyjście. Oba znajdowały się w budynku 3.1 - opowiada jeden ze świadków. - Chęć zysku ich zgubiła - dodaje.

Ludzie bawiący się w budynku ze sceną disco polo, skąd można się było wydostać jedynie przez wąski łącznik, zostali praktycznie odcięci od świata. Nie mogli przechodzić dołem, bo ochrona nie pozwalała, więc przemieszczali się górą.

Przez jedną głupią decyzję o zamknięciu drzwi w 2.1 nadziemny korytarz stał się jedynym szlakiem komunikacyjnym dla setek ludzi wędrujących między jedną a drugą sceną. Według policji, na dyskotece mogło być 1200 osób. Zdaniem organizatorów, przewinęło się 1000 ludzi, a w jednej chwili mogło tam przebywać do 800 osób. Dokładnie nie wiadomo, ponieważ nie było biletów. Wchodzącym przystawiano jedynie pieczątki. Wejście kosztowało od 1 do 10 złotych, a piwo sprzedawane przez samorząd 5 zł.

- Musieliśmy chodzić łącznikiem, bo jedyne ubikacje i szatnie były po drugiej stronie. Wyjście też. Jeśli byłeś w 2.1, a chciałeś do toalety, do szatni albo opuścić dyskotekę, musiałeś iść przez łącznik - opowiadają uczestnicy zabawy.

Około pierwszej w nocy w łączniku zrobiło się ciasno. Trudno było oddychać. Część studentów urządziła tam sobie palarnię. Skroplona para ciekła po ścianach i szybach. Ktoś w desperacji gołą ręką wybił okno. Stojąca na zewnątrz dziewczyna została zraniona odłamkami szkła. Ściśnięty tłum wypełnił też schody do łącznika w budynku 3.1.

- Kolejka na schody krzyżowała się z kolejką do szatni. Od początku wszędzie były kolejki i tłok. Ludzie byli podenerwowani - mówią świadkowie.

Jedni chcieli wejść, drudzy wyjść z nadziemnego korytarza. Wtedy doszło do najgorszego. Ludzie przewracali się na siebie, a kto mógł, zeskakiwał ze schodów. Kilka osób uszkodziło sobie ręce i nogi.

- Ochroniarze stali i nie wiedzieli, co się dzieje - opowiadał kilka godzin po wydarzeniach student Łukasz. - Byliśmy tam ściśnięci jak w kanapce.

- Ustalimy, które błędy były największe i które z nich bezpośrednio przyczyniły się do tragedii. Niepokoi nas trochę, że władze uczelni na własną rękę przepytują studentów. Mamy nadzieję, że niczego im nie sugerują. W końcu uczelnia jest stroną w sprawie i, co by nie mówić, to do niej należała ostateczna decyzja o organizacji imprezy - mówi prokurator Adam Lis z Prokuratury Rejonowej Bydgoszcz-Północ.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 23-10-2015 17:34

    Oceniono 5 razy 5 0

    - ja_a_ktozby_inny: Zapory ogniowe czy pożarowe... Mogę zacząć się śmiać? Drzwi zostały zamontowane żeby brzydotę pozostałej części uczelni ukryć. Tak, remont został zrobiony tylko i wyłącznie w obszarze tych drzwi, które widać w tle przemawiającego rektora i w reportażu uwagi przy uciekającym rzeczniku. Dalej jest ten sam syf co był.

    Odpowiedz

  2. 23-10-2015 06:14

    Oceniono 7 razy 6 1

    - gość: Czas na jakieś zarzuty aby sytuacja się nie powtórzyła.

    Odpowiedz