Nawrzucaliśmy sobie kamyków do ogródka. Bo ich społecznie nie uprawiamy. Tylko od święta.

Katarzyna Bogucka 16 października 2015, aktualizowano: 16-10-2015 11:41

Na jednego mieszkańca powinno przypadać 50 mkw. roślinności. Stojąca na czele zielonego rankingu miast Bydgoszcz oferuje „tylko” 36. A gdybyśmy tak zakasali rękawy i zaczęli uprawiać własną społeczną grządkę? Ta idea już kiełkuje w 8 miastach.

Mieszkańcy bydgoskiego osiedla Leśnego bronili skweru (sadząc kwiaty) przed wybudowaniem na nim wieżowca.

Fot.: Miłosz Sałaciński


Posadźże coś człowieku! Wysyp wiosną (cichcem!) garść nasion kwiatów na wiecznie niezagospodarowany albo i zaśmiecony placyk koło twojego domu: zapiszesz się w historii miasta jako ogrodowy partyzant. Dogadaj się z sąsiadami i spółdzielnią, hodujcie razem ogórki albo pomidory na dzikim skwerku pod blokiem: staniesz się autorem społecznego ogrodu. To prawie nic nie kosztuje.


Od tego roku warszawska fundacja Green Cross Poland płaci za zorganizowanie ogrodniczej, sąsiedzkiej brygady i stworzenie społecznego ogrodu w swojej okolicy. W pilotażowym programie biorą udział: Warszawa, Kraków, Wrocław, Częstochowa, Płock, Bytom, Zabrze, Łódź. W Toruniu i Bydgoszczy ze społecznej rozsady rośnie wciąż za mało. Ostatnie słowo należy do urzędników, którzy rewitalizują przestrzeń, nie zawsze uwzględniając roszczenia mieszkańców. A ci się budzą, choć powoli. O swoje zaczynają dbać wspólnoty mieszkaniowe, choć tylko nieliczne decydują się na odważne inwestycje ogrodnicze.

Do tej pory najefektowniejszą inwestycją pozostaje bydgoskie podwórko przy ul. Reja, które z marnego klepiska zamieniło się (niemałym nakładem sił i finansów) niemalże w włoskie patio, pełne rozmaitych, także egzotycznych, gatunków roślin. To wyjątek. Wspólnoty preferują głównie sadzenie drzew bądź krzewów (najchętniej iglaków) w jednym rzędzie. Mało odwagi mają także prywatni inwestorzy. W regionie udało nam się znaleźć jeden ogród wertykalny z prawdziwego zdarzenia.

Zielona ściana


Autorem ogrodu wertykalnego, czyli pionowego, jest Jakub Ziółkowski z firmy „Miasto ogród”, architekt krajobrazu absolwent UTP w Bydgoszczy, zawodowo związany i z Bydgoszczą, i z Toruniem. - Inwestorem był hotel „Sepia” w Bydgoszczy przy ul. Focha - wyjaśnia nasz rozmówca. - Do kilkuset półprzepuszczalnych kieszeni, wypełnionych specjalnym podłożem, którego część stanowi hydrożel trzymający wilgoć, posadziliśmy bergenie i żurawki. Pomysł nie jest aż tak kosztowny, inaczej jest z utrzymaniem.

Roboty jest sporo, ściana ma pięć i pół metra wysokości. Nie słyszałem o podobnej koncepcji ogrodniczej w regionie, są natomiast ciekawe ogrody na dachu, m.in. bydgoskiej Przystani Marina. Posadzono na nim głównie sukulenty, czyli rośliny niemające szczególnych wymagań pielęgnacyjnych, i niewytwarzające dużej bryły korzeniowej, jest to tzw. ogród ekstensywny (w odróżnieniu od ogrodu intensywnego, czyli pełnowymiarowego, jeśli chodzi o warstwy podłoża i różnorodność gatunków).

Jakub Ziółkowski zauważa, że problemem miast jest nadmierna oszczędność. - Budujemy z pompą, a później zaniedbujemy - wytyka władzom Bydgoszczy. - Zieleń w okolicy Starego Rynku nie jest odpowiednio pielęgnowana albo wcale jej nie ma. Zmarnowano potencjał Placu Teatralnego. Główne wejście do salonu miasta zasługuje na oprawę. W Toruniu z kolei zieleń Starego Miasta jest w idealnym stanie (im dalej, tym, niestety, gorzej). Jestem zszokowany urodą klombów, ale niepotrzebnie, bo przecież tak powinna wyglądać zieleń miejska.

Dostrzegam kontrast między tymi dwoma miastami. Wyspa Młyńska nieraz zarastała chwastami, kwestię trawnika pomijam, za wcześnie wpuszczono na niego ludzi. Obawiam się, że piękny park im. Kochanowskiego za kilka miesięcy popadnie w zapomnienie, podobnie jak stało się ze skwerem Kopernika. Świetna i niedroga była koncepcja układu skweru, nawiązująca do kosmosu, gorzej z pielęgnacją. Widywałem tam potężne chwasty. Kolejna sprawa to porzucone plany.

Ulubionym zakątkiem Bydgoszczy Jakuba Ziółkowskiego jest ul. Sielanka, zaprojektowana według angielskiej koncepcji „miasto - ogród” przez niemieckiego architekta Hermana Josepha Stübbena. - Koncepcja ta miała być odwzorowana w innym zakątku miasta, chodzi o dzielnicę zwaną kiedyś Szretery (obszar między ul: Ogińskiego, Powstańców Wlkp., Gajową ). Niestety, udało się ten pomysł zrealizować tylko fragmentarycznie. Nazwa Szretery pochodziła od znajdującego się w tej okolicy folwarku Schroetersdorf. W latach 20. XIX w władze polskie zmieniły ją na Skrzetusko.

Społecznicy na wagę złota


Swoje uwagi kończy Jakub Ziółkoski na ocenie aktywności mieszkańców. Pozornie nie dzieje się nic, no i rządzi akcyjność. Wiosną torunianie posadzili ok. 3 tysięce kwiatów (projekt „Polska w kwiatach). W 2010 roku mieszkańcom bydgoskiego osiedla Leśnego udało się zmobilizować w sprawie protestu przeciwko planom budowy na osiedlowym skwerze wieżowca. Całą sobotę sadzili kwiaty. Budowę zablokowali.

Niebagatelną rolę w powodzeniu akcji odegrali osiedlowi społecznicy. Tacy ludzie są na wagę złota. Sprawdzili się, gdy trzeba było walczyć najpierw o ratowanie (bez sukcesu), a później o zabezpieczenie pozostałych drzew w czasie rewitalizacji parku im. Kochanowskiego w Bydgoszczy. Społeczny opór przeciwko niszczeniu zieleni silny jest także w Toruniu. Są dwie frakcje: jawna i podziemna, czyli ogrodowi partyzanci. Partyzanci obsadzają, co się tylko da. - Nasze osiedle osłonięto kilometrami ekranów akustycznych.

Udało mi się posadzić przy ekranach winobluszcz - mówi jedna z toruńskich partyzantek. - Niestety, firma odpowiedzialna za pas zieleni, skosiła moje rośliny. Na szczęście miasto wpadło na pomysł pilotażowego obsadzenia 250 metrów ekranów pnączami. Część sadzonek się przyjęła, co przy toruńskim zarządzaniu zielenią jest cudem. Dziewczyna nie szczędzi gorzkich słów pod adresem władz. Twierdzi, że ręki do roślin ratusz nie ma. Prostuje, że Toruń to nie żadne zielone płuca i za portalem Dzień Dobry Toruń przytacza porównanie z Bydgoszczą. - Zieleń w Bydgoszczy zajmuje 1486,6 ha, czyli prawie 9 procent powierzchni miasta, w Toruniu: 346,7 ha- niecałe 3 procent.

Bydgoszcz bije rekordy, jeśli chodzi o parki. Stanowią ponad 43 procent wszystkich zielonych terenów . W Toruniu to tylko niecałe 6 procent! Dla równowagi: niemal połowa zieleni w grodzie Kopernika to gminne lasy. W Bydgoszczy to tylko niecałe 8 procent. Mamy tylko trzy parki, no i lasy, ale ich nie liczę jako teren użytkowy, bo prędzej spotka się w nich dzika, jelenia albo łosia niż człowieka. Nie ma ścieżek ani ławek, ani koszy na śmieci. A śmieci są. Przyjemniej jest na cmentarzu...

Co w toruńskiej trawie piszczy można się dowiedzieć z facebookowej strony Zielony Toruń. Prowadzi go Anna Zglińska. - Nasz największy sukces to obrona przed wycinką 150-letniego wiązu z ulicy Wiązowej. Dawniej rósł spokojnie w ogrodzie, później ogród stał się ulicą, a drzewo otoczył asfalt.

Przechyliło się. Władze uznały, że trzeba je wyciąć. Zasypaliśmy radnych listami, znaleźliśmy autorytety dendrologiczne, zawiadomiliśmy telewizję i zasłużone drzewo, wcale nie tak chore, jak się można było spodziewać, wciąż jest z nami - cieszy się Anna Zglińska i zaprasza na swoją stronę wszystkich, którym bliski jest Toruń. Znaleźć tam można m.in. ogrodnicze nowinki, plany wycinek, plany inwestycji, słowem wszystko o architekturze krajobrazu.

Z kolei bydgoska artystka Elżbieta Jabłońska zaprasza do udziału w projekcie „Nieużytki sztuki”. Idea jest taka, by przestrzenie okalające muzea, galerie, teatry, zwykle niewykorzystane, bezpłciowe, zamienić w ogrody, a z czasem w centra spotkań. Weźmie się za to przy fordońskiej synagodze Małgorzata Winter i jej Fundacja Bez Nazwy. - Koparka wyrówna ziemię, w sobotę, 24.10., będziemy gotowi na rozpoczęcie akcji - zapewnia działaczka.

- Powstanie kilkadziesiąt stanowisk ogrodniczych, które ułożą się w napis „uprawa”. Każdy będzie mógł zagospodarować jeden moduł. Obsadzimy je odpowiednimi na tę porę roku bylinami. Sobotnie warsztaty noszą tytuł: „Od stolarni do stolarni”, ponieważ ogrodnicze stanowiska wykonał Jarosław Majewski, stolarz - artysta ze Stolarni Londynek, który tego dnia da także koncert. W przyszłości chcielibyśmy, żeby w naszym ogrodzie pojawiły się miejsca do siedzenia, do jedzenia, żeby ogród inspirował, bo to przecież także sztuka.

Małgorzata Winter jest nie tylko opiekunką „Nieużytków sztuki”, które poza Bydgoszczą mają już swoje przyczółki w Białymstoku, Lublinie, Łodzi, Olsztynie, Tarnowie, Warszawie, Wrocławiu, Zielonej Górze. Jest także głównodowodzącą miejsca zwanego Stara Piekarnią. Ta w części prywatna, w części publiczna przestrzeń gromadzi ludzi chętnych do aktywności na różnych płaszczyznach. W Starej Piekarni hodowane są zioła, warzywa, których później próbują bywalcy tego miejsca.

Ekrany grozy


Oby tych bywalców i miłośników zakładania ogrodów było jak najwięcej. Według norm Światowej Organizacji Zdrowia, obszar zielony w metropolii powinien wynosić 50 mkw. na mieszkańca, tymczasem w najlepiej wypadającej pod tym względem w Polsce Bydgoszczy (spośród miast wojewódzkich) jest to 36 mkw., a w Szczecinie - 9,2 kw! Rośliny stale przegrywają z deweloperami i drogowcami (nowe nasadzenia nigdy nie rekompensują strat przyrodniczych), zamiast na naturalne stawia się na plastikowe.

Przykład? Mimo protestów, ulica Akademicka w Bydgoszczy, po której wkrótce mknąć ma tramwaj, osłonięta zostanie sześciometrowej wysokości ekranami akustycznymi. Mają być przezroczyste, ale klaustrofobicznego charakteru tej ulicy to nie zmieni. Ludzie prosili o wysokie tuje, które chronią przed hałasem i kurzem. Prośba nie została uwzględniona. Może czas na ogrodową partyzantkę?

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.