Tu przenikniesz tajemnicę materii i dowiesz się, jak działa siła, która napędza biznes

Piotr Schutta 9 października 2015

W tym miejscu nic nie dzieje się przypadkiem. Jeśli coś pęka, to w konkretnym celu. W dodatku zawsze wiadomo dlaczego. Cel? Jest prosty. Chodzi o rozwój regionalnego przemysłu.

Na zdjęciu nowoczesny układ maszyn wytrzymałościowych do badania dużych obiektów, pozyskany za pomocą fabryki PESA

Fot.: Filip Kowalkowski


Żaden materiał nie zazna tutaj spokoju. Będzie rozciągany, zgniatany, uderzany, skręcany i dręczony chłodem oraz żarem, dopóki nie powie o sobie wszystkiego. Jego oprawcy ucieszą się, kiedy pęknie lub spłonie i napiszą o tym zwięzły raport, który trafi do zleceniodawcy z branży przemysłowej. Przemysłowiec będzie zadowolony, bo dzięki wynikom precyzyjnych, naukowych tortur wytworzy tańszy izolator; stabilniej posadowi potężny słup energetyczny; skonstruuje bezpieczniejszy samolot; wypuści z fabryki lepszy pociąg; wyprodukuje wózek dziecięcy, w którym nic nie będzie pękać.


- W innych laboratoriach płaczą, kiedy coś się zepsuje, a my się bardzo cieszymy, bo lubimy niszczyć. Nasza radość jest jeszcze większa, jeśli coś pęka wtedy, gdy się tego najbardziej spodziewamy - mówi z uśmiechem profesor Stanisław Mroziński, kierownik Laboratorium Badań Materiałów i Konstrukcji Maszyn, utworzonego dokładnie 20 lat temu na Wydziale Inżynierii Mechanicznej UTP w Bydgoszczy.

Dziś jest to nowoczesne laboratorium uczelniane, w swojej kategorii jedno z najlepszych w Polsce, w którym nie tylko bada się próbki, ale też podpatruje, jak zachowują się całe, złożone konstrukcje. Od roku placówka dysponuje bowiem nowym Laboratorium Badania Struktur Wielkogabarytowych. Zamontowany tam system urządzeń, wart 4,5 mln zł, jest jednym z trzech w Polsce. Podobnym układem do testowania dużych obiektów dysponują jeszcze poznański Instytut Pojazdów Szynowych oraz Instytut Kolejnictwa w Warszawie.

W bydgoskim laboratorium można sprawdzić wózek pojazdu szynowego, co robi aktualnie bydgoska PESA; przetestować wytrzymałość dowolnego elementu samolotu odrzutowego, z czego korzystają Wojskowe Zakłady Lotnicze w Bydgoszczy; albo zbadać trwałość połączeń spawanych w konstrukcjach używanych do wydobywania ropy na morzu, co robi toruński „Towimor” .

Z niszczycielskich możliwości bydgoskich naukowców cieszą się nie tylko potentaci. Dzwonią i przyjeżdżają tu drobni producenci, mali i średni przedsiębiorcy rozmaitych branż, hurtownicy i konstruktorzy, zadając konkretne pytania. Kiedy ten pręt zbrojeniowy się złamie? Dlaczego moje nity pękają w czasie montażu? Jaka jest trwałość zmęczeniowa tego połączenia spawanego? Z czego jest wykonana ta osłona, bo chciałbym przestać kupować ją zagranicą i zacząć produkować samemu?

Żadnego filozofowania


- Nasi klienci mają konkretne problemy i oczekują od nas konkretnych odpowiedzi. Gdybym ja tu filozofował, to przemysł by do mnie nie przyszedł,a dla badań stosowanych nie ma dziś innej drogi pozyskiwania środków, jak tylko przez przemysł - mówi profesor Mroziński, nawiązując do przesłania profesora Józefa Szali, byłego rektora uczelni i inicjatora powołania laboratorium.

- Dwadzieścia lat temu powiedzieliśmy sobie jasno, że nasze kierunki rozwoju muszą być zgodne z potrzebami firm z regionu.Aby dać im wsparcie w procesie konstrukcyjnym, projektowym i produkcyjnym niezbędna jest nowoczesna aparatura. Ta myśl towarzyszyła nam, kiedy kupowaliśmy pierwszą maszynę wytrzymałościową i towarzyszy do dzisiaj - dodaje szef laboratorium, a jednocześnie prodziekan do spraw nauki Wydziału Inżynierii Mechanicznej UTP.

Trwały mariaż z przemysłem to marzenie każdej uczelni technicznej. Łatwo sprawdzić czy udało się je zrealizować Uniwersytetowi Technologiczno-Przyrodniczemu, porównując wartości uczelnianego funduszu badań zleconych. Kiedyś kilkaset tysięcy złotych rocznie. Dziś niebagatelne 10 milionów złotych.

- Kiedy zaczynaliśmy, o zlecenia musieliśmy zabiegać. Dzisiaj przedsiębiorcy sami do nas dzwonią, bo wiedzą, że produkt opatrzony certyfikatem, wydanym na podstawie badań w naszych pracowniach, to dodatkowy atut - mówią bydgoscy naukowcy.

Gdyby spojrzeć na laboratoria wydziału Inżynierii Materiałowej z lotu ptaka, jak pomysłowo proponują tutejsi badacze, zobaczylibyśmy trzy obszary, na których bezpiecznie może lądować lokalny przemysł: konstruowanie, wytwarzanie, eksploatacja. Po wylądowaniu każdy się dowie, jak i z czego zrobić, żeby było tanio, solidnie i nowocześnie oraz jak bezawaryjnie użytkować.

prof. Stanisław Mroziński, kierownik Laboratorium IMiKM na UTP: W innych laboratoriach płaczą, kiedy coś się zepsuje, a my się bardzo cieszymy, bo lubimy niszczyć.


Pod koniec lat 90, gdy współpraca z firmami regionu zaczęła przynosić zamierzony efekt, powstał pomysł, by bydgoska uczelnia uzyskała prawo do nadawania wynikom swoich badań certyfikatu akredytacji. Mówiąc prościej, chodziło o to, by wymęczone tu materiały opuszczały laboratorium z czymś w rodzaju oficjalnego atestu, będącego gwarancją niezawodności i niepodważalności wyników badań. Po rocznym procesie weryfikacji Polska Komisja Akredytacyjna powiedziała w końcu: tak.

- Ale łatwo nie było. Zostałem przeczołgany na wszystkie strony - żartuje profesor Mroziński. - Kiedy przyjechali tu po raz pierwszy, zapytali nas, po co uczelni certyfikat. Tak naprawdę byliśmy wówczas jedną z trzech pierwszych polskich uczelni, które już wtedy rozumiały, że bez takiej akredytacji laboratorium badań stosowanych nie ma sensu.

Uparci zapaleńcy


Od początku laboratoria Wydziału Inżynierii Mechanicznej wierne są maszynom wytrzymałościowym angielskiej firmy „Instron”. Młot Charpy’ego, komora wysokich temperatur, komora niskich temperatur, spektrometr, systemy do monitorowania badań - przy każdym z urządzeń profesor Mroziński ma do opowiedzenia pasjonującą historię o zadanych materiałom obciążeniach i przebiegu zniszczeń. Tu pasy zębate, tam izolator, obok łopatka z tytanu. Przez laboratoria nie biegają swobodnie wycieczki ani studenci. Dostęp jest kontrolowany, a pewne tematy są ściśle poufne.

Nie jest natomiast tajemnicą, że nie byłoby tego wszystkiego bez zapaleńców i bez upartego dążenia w jednym kierunku. - Każdy kolejny zakup aparatury podporządkowany jest kierunkom rozwoju, jakie sobie kiedyś wyznaczyliśmy. Tego się konsekwentnie trzymamy - zdradzają część swojej tajemnicy bydgoscy naukowcy.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.