Strażacy na wysokościach. Po człowieka - na co dzień, po rekord - od święta

Piotr Schutta 2 października 2015

Wchodzą tam, gdzie kończą się drabiny i dokąd nie sięga żaden podnośnik. Dosłownie i w przenośni wyciągają ludzi z tarapatów. Strażacy wysokościowcy. Najlepsi w Polsce pracują w naszym regionie.

Najlepsi strażacy wysokościowcy w Polsce pracują w naszym regionie, w Bydgoszczy

Fot.: Filip Kowalkowski


Żuraw przeskakuje przez dwumetrową ścianę, zarzuca na plecy aparat powietrzny i pędzi sprintem do rury, przez którą musi się przeczołgać, pchając przed sobą ciężką butlę z powietrzem. Po wyjściu z rury butla wraca na plecy, a mężczyzna wbiega po 25-metrowej drabinie tak lekko, jakby niewidzialna siła pchała go w górę. Trudno powiedzieć, czy znajdując się pod kopułą potężnej łódzkiej Atlas Areny słyszy doping kolegów z drużyny, którzy zostali na dole i stojąc z zadartymi głowami nie szczędzą gardeł.


- Równo, równo, idziesz „Żuraw” - najgłośniej krzyczy Waldemar Ostromęcki „Dżardża”, doradca, trener, dobry duch drużyny.

Łukasz Żurawski „Żuraw” zjeżdża po linie, hamując gwałtownie przed węzłem. Wygląda, jakby spadał. Po wyhamowaniu musi zrobić „przepinkę” i jechać dalej. Każdy ortopeda byłby zdruzgotany, gdyby mógł w tym momencie zobaczyć, co dzieje się ze stawami i kręgosłupem zawodnika.
Swoje robisz! Oddychasz!
Po Żurawskim wkracza do akcji Rafał Łącki. Musi jak najszybciej wspiąć się po wymagającej drabince speleo i zaliczyć osiem metrów „firanki”. Brzmi wesoło, ale dla człowieka nie dość wytrenowanego taki odcinek trawersu na wysokości kilkudziesięciu metrów nad ziemią, to nadludzki wyczyn. Niejeden zawodnik zawisł już na linie i trzeba go było ściągać w trakcie zawodów. Ale nie Łąckiego i na pewno nie dzisiaj. Dziś bydgoska ekipa z grupy specjalistycznej ratownictwa wysokościowego Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 3 znowu „idzie na rekord”.

- Łąki, swoje robisz! Oddychasz! - wrzeszczy z dołu Ostromęcki. Wtóruje mu kilka innych głosów. - Hop-hop-hop. Jeszcze, jeszcze. Trzymaj tempo!

Po przejściu trawersu z przepięciami strażak wraca na dół, by puścić się sprintem w kierunku manekina wiszącego kilka metrów nad ziemią. Podchodzi do niego po linie i wskakuje mu błyskawicznie na klatkę piersiową, obejmując atrapę nogami. Szybkie wpięcie i zjazd w towarzystwie 80-kilogramowego manekina w żółtych portkach.

Ostatni jest Michał Górka. Drużynowy i indywidualny Mistrz Polski z 2014. W tym roku też nie ma kłopotów z podejściem po 25-metrowej linie. Idzie jak wojownik ninja, z lekkością połykając wbrew prawu ciążenia kolejne metry „sznurka”.

Mistrzowie po raz drugi


- Michu, swoje ruchy. Ciśnij! - wzmaga się doping na dole. Jeszcze kilka minut i wszystko będzie jasne. Sprawa poważna, bo chodzi o tytuł najlepszej w Polsce ekipy ratownictwa wysokościowego. Nie ma z tego pieniędzy, ale jest prestiż i szacunek, co w tym elitarnym środowisku liczy się najbardziej.

Górka nie odpuszcza. Zespół z Wrocławia, który jeszcze kilka minut temu miał szansę na wygraną, teraz zostaje wyraźnie w tyle. „Michu” zjeżdża po skosie na linie kierunkowej i panując nad oddechem przystępuje do budowy układu do wyciągania. Musi wpiąć linę w bloczki. Tak, żeby bez problemu podciągnąć 65 kilogramów ciężaru. Koledzy z boku cały czas podpowiadają, ale Górka nie potrzebuje instrukcji. Działa jak automat. Jego ciało pamięta każdy detal ruchu, wyćwiczony setki razy podczas morderczych treningów w sali w jednostce. Ciężar wyciągnięty, jeszcze tylko dwumetrowa ściana, przeskok... i drugi raz z rzędu tytuł mistrzów Polski wędruje do Bydgoszczy. Czas: 13 minut i 40 sekund. Ale to nie koniec niespodzianek. Drugi wprawdzie jest Wrocław, ale tuż za nim wskakuje na podium drugi zespół z Bydgoszczy: Krzysztof Bąk „Junior”, Wojciech Ziemkiewicz „Ziomal” i Krzysztof Łopuszyński „Łapa”.

Rozmawiamy na terenie jednostki. Kilka dni po zawodach. Już dwa dni po triumfie strażacy musieli odstawić na bok sportowe emocje, by wrócić do służby na swoje liniowe stanowiska, czyli tam, gdzie są najbardziej potrzebni. Rozmawiamy szybko i rzeczowo, bo nie wiadomo, czy za chwilę nie trzeba będzie jechać do kolejnego paralotniarza, który zawisł na drzewie i poraniony czeka na ratunek. Równie dobrze mogą być to robotnicy ziemni, uwięzieni w dole; człowiek, który wpadł do szybu windy albo... owce czekające na zlitowanie na dnie przeszło 20-metrowej studni.

W dole cierpiący człowiek


- Najtrudniejsze są te chwile, kiedy nie ma już szans na ratunek i zjeżdża się po linie, żeby wyciągnąć nieżywego człowieka - mówi kapitan Krzysztof Bąk, ratownik z 15-letnim doświadczeniem.

- Człowiek schodzi do studni, a tu nagle dziesięć metrów od dna wyrasta ze ściany rura, obok której trzeba się przecisnąć, żeby zjechać jeszcze niżej. Wylot studni widziany z dołu jest ... o, tyci - Wojciech Ziemkiewicz robi kółko z palca wskazującego i kciuka, i unosi na wysokość oczu. - Klaustrofobia, strach, a w dole cierpiący człowiek, do którego trzeba się przypiąć i wyjechać z nim na powierzchnię - dodaje „Ziomal”. Ma na sobie jaskrawoczerwony, jednoczęściowy kombinezon szyty na miarę (każdy z trzydziestu ratowników pracujących w JRG3 ma swój osobisty ubiór specjalistyczny), kask ochronny i uprząż alpinistyczną, na której pobrzękują karabinki, przyrządy do wspinania i do zjazdu.

Kiedyś „Ziomal” zdejmował z drzewa mężczyznę, który się powiesił. Ratownik wszedł po drabinie, oplótł ramiona wisielca swoją linką i z pomocą kolegów opuścił go na dół. - Do przyjemności to nie należało - kwituje krótko.

- Wysokościówka to specjalizacja. Czasem człowiek zabezpiecza na drugim końcu województwa pokrycie dachu na wieży kościoła,bo nikt inny tego nie zrobi. Ale na co dzień zajmujemy się zdarzeniami, z którymi ma do czynienia każdy strażak pracujący w podziale bojowym - mówi kapitan Bąk.

Jedyni w regionie


Specjalistyczna grupa ratownictwa wysokościowego działa w Bydgoszczy od końca lat 90. ub.wieku. Jest jedyna w województwie.Jej rejon działania to cały region. Sukcesy na zawodach grupa odnosi od dwóch lat, trenując w ramach służby i poza nią. Marzeniem ratowników z JRG3 jest udział w zawodach międzynarodowych. Przeszkodą - brak środków finansowych. W Łodzi rywalizowało 15 ekip z całej Polski.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.