Gość w dom... Jak w przeszłości przyjmowaliśmy uchodźców?

Krzysztof Błażejewski 25 września 2015

Uchodźcy, przesiedleńcy, emigranci z własnej woli i z przymusu... Na ziemie Kujaw i Pomorza wielokrotnie przybywali obcy z zamiarem uchronienia się wśród nas od wojny, terroru i niedostatku.

Zwolennicy przyjmowania uchodźców w Polsce demonstrują swoje stanowisko na Rynku Głównym w Krakowie

Fot.: Michał Gaciarz /Polska Press


Wśród przybyszów byli wyznawcy różnych religii, ludzie odmiennych przekonań, „swoi” i obcy kulturowo. Niektórzy próbowali znaleźć tu swój nowy dom, inni chcieli się tylko „przechować”, by wrócić bądź udać się w poszukiwaniu lepszej przyszłości gdzie indziej. Jedni asymilowali się, zakładali rodziny, osiedlali na stałe, inni trwali w swojej wierze, kulturze i obyczajach.


Przybysze byli przyjmowani różnie. Okazywano im współczucie, doraźną pomoc materialną, ale też czasami traktowani byli niechętnie, a nawet wrogo.

Nie inaczej jest dziś. W Polsce dominują głosy odrzucające możliwość otwarcia naszych granic dla uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki. To efekt tego, że wychowaliśmy się w duchu nacjonalizmu i uważamy za polską rację stanu istnienie Polski jednorodnej etnicznie, kulturowo i religijnie, jak nam to zostało narzucone przez mocarstwa obradujące w Teheranie, Jałcie i Poczdamie, kiedy to kreowano bez pytania Polaków o zdanie nasze obecne granice.

„Jedna Polska - katolicka” ratowała nas w dobie rozbiorów


Rzeczpospolita szlachecka w XVI wieku słynęła ze swojej tolerancji. To tutaj kwitł pokój, kiedy w Europie miliony ludzi wojowały ze sobą z powodów religijnych. Dopiero wygnanie arian w 1658 roku zmieniło tę sytuację. Potem było z tolerancją już tylko gorzej. Okres rozbiorów dodatkowo sprzyjał rozwojowi nacjonalizmu. To wtedy powstało i zrobiło karierę hasło „Jedna Polska - katolicka”, to wówczas Polak „musiał” być katolikiem, bowiem to wyznanie odróżniało nas od „obcych”. Nie można się dziwić takiej postawie, jednak jej złe owoce zbieramy i dziś.

II Rzeczpospolita, za sprawą Józefa Piłsudskiego i jego obozu, na krótko nawiązała do dawnych tradycji wielonarodowościowej Rzeczpospolitej. Takiemu kształtowi państwa sprzeciwiała się endecja. Przyznać trzeba, że czas pokazał, iż sny o wielkiej, tolerancyjnej Rzeczypospolitej były nierealne. Przez cały czas trwania II RP mniejszości i narodowe, i religijne, czuły się, z małymi wyjątkami, jeśli niepokrzywdzone, to niedocenione. Potem przyszły m.in. rzeź wołyńska i pogromy Żydów.

Po II wojnie komuniści przejmujący w Polsce władzę zgodnie z życzeniem Stalina opowiedzieli się za państwem jednolitym narodowo. Władze przekonywały, że nowa Polska w wyniku przesunięcia granic pozbyła się mniejszości narodowych i kłopotów z tym związanych. Z pewnością ta sytuacja ochroniła nas być może przed kolejnymi wojnami po 1990 roku, tak, jak miało to miejsce na przykład w Jugosławii. Z drugiej strony - pogrzebane zostały szanse na uczynienie z Polaków narodu tolerancyjnego, nieksenofobicznego, nie tylko deklarującego chrześcijański obowiązek niesienia innym pomocy, ale i wcielającego go w życie. Choć przyznać trzeba, że decydujące okazuje się pojęcie „swoi”. Tak traktujemy ewangelików i prawosławnych osiadłych w Polsce od pokoleń, a nawet muzułmanów - potomków Tatarów. Ale nowych - już nie chcemy...

Szli na zachód nie tylko osadnicy, ale i uciekinierzy


Pierwsi uchodźcy w XX wieku pojawili się na Kujawach i Pomorzu w sierpniu 1914 roku, na początku I wojny światowej, kiedy wojska rosyjskie weszły do Prus Wschodnich. Sznury uchodźców ruszyły na Pomorze, do Chojnic, Świecia... W idealnie funkcjonującej machinie, jaką było państwo pruskie, wszystko musiało być dobrze zorganizowane i poukładane. Dlatego uchodźców z Prus rozlokowano odgórnie w poszczególnych powiatach i gminach naszego regionu. Nikt się nie sprzeciwiał...

Pod koniec I wojny zaczęli napływać do nas „biali” uciekinierzy z Rosji po wybuchu rewolucji październikowej. Prawdziwy napływ uchodźców miał jednak miejsce w 1920 roku, latem, kiedy front wojny polsko-bolszewickiej przesuwał się w głąb Polski. Masy uciekinierów z Wileńszczyzny i Mazowsza dotarły najpierw do Torunia, potem do Bydgoszczy. Początkowo przyjmowani byli z wielkim współczuciem, ochoczo wspierano ich materialnie. Kiedy jednak pojawiło się ich tak dużo, że zabrakło dla nich „stancji”, zaczęły się niesnaski, na szczęście sytuacja ta trwała krótko.

Czeczeni, owszem, byli, ale się... szybko zmyli


Potem o azyl czy innego rodzaju pomoc prosili jeńcy rosyjscy, którzy nie chcieli po wojnie 1920 roku wracać do ojczyzny, w dalszej kolejności internowani Ukraińcy współpracujący z rządem Petlury i internowani Rosjanie walczący u boku generała Stanisława Bułak-Bałachowicza, a następnie uchodźcy z ziem oddanych ZSRR traktatem ryskim oraz Polacy, którzy po traktacie wersalskim zostali wydaleni z Niemiec. W Bydgoszczy i Toruniu powstawały liczne towarzystwa pomocy i opieki, przybyszom znajdowano pracę i mieszkania, w tym celu budowano specjalne baraki, organizowano kwesty pieniężne, zbiórki żywności. Sami będąc w niedostatku, umieliśmy się biedą podzielić z innymi.

Po II wojnie schronienia na naszych ziemiach poszukiwali dezerterzy z Armii Czerwonej, byli własowcy, żołnierze formacji białoruskich i ukraińskich współdziałających z Niemcami. Służby NKWD przy pomocy Polaków wyłapywały ich i wywoziły na wschód, gdzie przyszłość mogła być tylko jedna - zesłanie do łagru.

W okresie powojennym na Kujawy i Pomorze kolejni uchodźcy pojawiający się w Polsce raczej już nie trafiali. Przesiedleńcy ukraińscy i Łemkowie w ramach akcji Wisła (1947 r.) skierowani zostali na ziemie zachodnie i północne, uchodźcy z Grecji (1949 r.) głównie na ziemie zachodnie, a Czeczeni napływający do Polski na początku XXI w. (z których większość już z Polski wyjechała) także zostali rozproszeni po kraju.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.