Frekwencja wyborcza może spaść nawet poniżej 45 procent

Przemysław Łuczak 25 września 2015

Rozmowa z prof. dr hab. Wawrzyńcem Konarskim, politologiem na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ w Krakowie.

Prof. Konarski: Jeżeli pani premier nie uzyska mocniejszego wsparcia ze strony swego otoczenia politycznego, (...) zakończy się to jej przegraną w wyborach.

Fot.: Andrzej Lange /„Super Express”


Czy spór o uchodźców może zdominować końcówkę kampanii wyborczej do parlamentu?


Sądząc po nowych spotach Prawa i Sprawiedliwości, w których atakowane są osoby - począwszy od Janusza Lewandowskiego - pozostające w bezpośrednim otoczeniu, wcześniej Donalda Tuska, a obecnie Ewy Kopacz, tematem kampanii nie muszą być wyłącznie uchodźcy. PiS będzie podkreślać niekompetencję najważniejszych polityków Platformy Obywatelskiej i ich skłonność do konsumowania władzy, w sposób niekorzystny dla społeczeństwa. Oczywiście problem uchodźców będzie obecny w przekazie PiS, ale głównie po to, żeby na ich przykładzie zilustrować brak kwalifikacji PO do rządzenia krajem.

Podczas sejmowej debaty doszło do starcia przeciwnego obecności uchodźców w Polsce Jarosława Kaczyńskiego i opowiadającej się za ich przyjmowaniem Ewy Kopacz. Kto więcej zyskał w oczach wyborców, PiS czy PO?


Myślę, że PiS, bo argumentacja Kaczyńskiego nie została źle odebrana przez dużą część opinii publicznej. Wyraził on liczne obawy związane z przyjmowaniem uchodźców - Polacy je mają. Główny problem polega jednak na tym, że dyskusja ogranicza się do rozpatrywania skutków, które niesie masowe pojawienie się uchodźców. Natomiast przemilcza się pierwotne przyczyny tego zjawiska, które można nazwać największym kryzysem humanitarnym w Europie od rozpadu Jugosławii.


Prof. Wawrzyniec Konarski: „Niechęć Polaków wobec uchodźców, (...) dla wielu jest tylko pretekstem do wyrażenia (...) niechęci do klasy politycznej w całości”.


Trzeba wyraźnie powiedzieć, że zaczynem tego kryzysu stało się militarne zaangażowanie Stanów Zjednoczonych i ich bliskich sojuszników, w tym i Polski, w Iraku i Afganistanie. Rozbicie tamtejszych systemów autorytarnych nie doprowadziło do politycznej stabilizacji, stymulując zarazem wzrost radykalizmu sunnickiego, co skutkowało także wojną domową w Syrii. Do tego doszła jeszcze tzw. arabska wiosna w 2012 r. Z zadowoleniem przyjęto obalenie dyktatorów, zapominając, że wypełnieniem luki po nich będzie zainteresowany głównie islamski fundamentalizm. Jego najostrzejszym wyrazem jest tzw. państwo islamskie.

Jakie błędy popełnili polscy politycy?


Nie ma w Polsce polityków, którzy mieliby ochotę, a może i odwagę uczciwie dyskutować o błędach w polityce zagranicznej, które popełnili rządzący. Pomija się ten temat, ponieważ nie jest on wygodny ani dla PO, ani dla PiS, ani dla silnego kiedyś SLD. A zacząć należałoby od nieprzemyślanego i mającego cechy serwilizmu politycznego wobec USA, zaangażowania naszego kraju w militarne operacje w Iraku i Afganistanie. W ciągu ostatnich dwunastu lat, żadna z głównych polskich partii - z wyjątkiem Polskiego Stronictwa Ludowego - nie protestowała przeciwko udziałowi naszych żołnierzy w tych operacjach.

Również żaden z rządów nie przejmował się krytyką tak uprawianej polityki zagranicznej, która pojawiała się ze strony niezależnych przedstawicieli opinii publicznej. Mam wrażenie, że niechęć Polaków wobec uchodźców, na co wskazują sondaże, dla wielu jest tylko pretekstem do wyrażenia dezaprobaty nie tylko wobec niektórych elementów polityki zagranicznej, ale także niechęci do klasy politycznej w całości.

PiS zaatakował PO spotem „Wszyscy ludzie Ewy Kopacz”. Czy czeka nas kolejna wojna na spoty?


Obie partie są siebie warte. Pamiętajmy, że w poprzednich kampaniach wyborczych pojawiały się spoty, w których PiS i PO nawzajem się nie oszczędzały. Można więc przypuszczać, że walka na spoty będzie się rozwijać i tym razem. Należy się też spodziewać, że obie partie znowu będą okładały się inwektywami i pomówieniami. To zaś może skończyć się tym, że frekwencja w październikowych wyborach okaże się najniższa w okresie całej transformacji.

Pewną próbkę tego, co się może stać, mieliśmy w czasie niedawnego referendum. Wprawdzie to nie to samo co wybory, ale tak olbrzymia skala niechęci do wykorzystania demokratycznego przecież sposobu wyrażenia swojej opinii bardzo źle rokuje. Sądzę, że frekwencja w wyborach do parlamentu może spaść poniżej 45 procent. Byłoby to świadectwem braku wiary polskiego społeczeństwa w demokrację i wiązałoby się z postępującym od dłuższego czasu procesem delegitymizacji klasy politycznej.

PiS chce rozmowy Beaty Szydło z Ewą Kopacz, PO natomiast proponuje jej debatę z Jarosławem Kaczyńskim, na co z kolei nie zgadza się PiS. Skąd ta obustronna niechęć do debaty programowej?


Partiom bardziej niż na debacie zależy na taktycznych zagrywkach, w których można co najwyżej testować odporność psychiczną swoich przeciwników. W debacie trzeba zaprezentować merytoryczne argumenty w taki sposób, aby były one bardziej przekonujące dla opinii publicznej niż argumenty przeciwnika, a z tym polskie partie mają duży kłopot. Gdyby takie debaty miały być tylko pretekstem do wzajemnych połajanek i złośliwości, lepiej żeby ich w ogóle nie było.

Politycy nie chcą zrozumieć przyczyn rosnącej niechęci społeczeństwa do klasy politycznej i nie robią nic, aby ten negatywny wizerunek poprawić. To prowadzi do tego, że wyborami zainteresowana będzie coraz mniejsza część społeczeństwa. W takiej sytuacji jakikolwiek rząd by powstał, to nie będzie mógł powiedzieć, że ma za sobą poparcie zdecydowanej większości wyborców.

A jak Pan postrzega działania prezydenta Andrzeja Dudy w kampanii wyborczej?


Andrzej Duda podkreśla wprawdzie, że jest prezydentem, który stoi na straży konstytucji, równości wszystkich obywateli i spoistości państwa, ale jego retoryka jest jednoznacznie ideologiczna. Ma ona potwierdzać jego wierność wobec obietnic, iż będzie bardziej wyrazisty pod względem ideowym niż Bronisław Komorowski. Sprowadza się to jednak do puenty, że prezydent, który powraca do formuły prezydenta wszystkich Polaków, w istocie wciąż jest bardzo silnie związany z PiS.

Na miesiąc przed wyborami wydaje się , że ich wynik jest przesądzony. Czy PiS może sięgnąć po samodzielne rządy?


Jeżeli rządzący nadal będą tak nieudolnie przekonywać Polaków do swoich argumentów, jest to możliwe. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na ciekawą analogię między pozycją, jaką dzisiaj ma premier Kopacz, a tą, którą kiedyś miał były premier Donald Tusk.

Analogia polega na tym, że zarówno wtedy, jak i obecnie największą pracę w sensie propagandowym, mobilizującym członków partii i wyborców, ma do wykonania lider PO. Tusk dzięki swojemu zaangażowaniu i charyzmie politycznej potrafił przesądzać o sukcesach swojej partii. Ewa Kopacz nie ma jednak takiego daru przekonywania ani podobnej charyzmy. Jeżeli pani premier nie uzyska mocniejszego wsparcia ze strony swego otoczenia politycznego, to sama nie będzie w stanie odwrócić tej złej dla Platformy tendencji, co zakończy się jej przegraną w wyborach.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 30-09-2015 16:39

    Oceniono 1 raz 1 0

    - .pl: Wybory, powinny być dla wszystkich dniem wolnym od pracy. Frekwencja +20% gwarantowana.

    Odpowiedz

  2. 25-09-2015 12:28

    Oceniono 2 razy 2 0

    - Jan III: Oglądałem kilka audycji wyborczych, w których produkowali się kandydaci...żałosny widok paplaniny amatorów, czy oni nie są w stanie zrozumieć, że są tak żałośni ?

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz