Dlaczego rodzice hodują pleśń i budują siłomierze?

Małgorzata Oberlan 25 września 2015

Droga matko, drogi ojcze! Jeśli twierdzisz, że nigdy tego nie robiłeś, nie wierzę ci. Każdy rodzic przynajmniej raz odrobił za pociechę pracę domową. A wyzwanie postawione przed nim bywało wybitne...

Uczennice SP nr 1 w Toruniu samodzielnie odrabiają pracę domową w szkolnej świetlicy. Tu nikt pociechy nie wyręczy...

Fot.: Grzegorz Olkowski


- Szczerze jak na spowiedzi? Dobrze. To pisz tak - zaczyna dyktować kolega z działu sportowego, poważny ojciec trojga dzieci. - Zawsze unikałem robienia prac domowych za synów. Tłumaczyłem matematykę, poprawiałem chemię, ale nie wyręczałem. Złamałem tę zasadę, gdy pierworodny wrócił ze szkoły z poleceniem napisania... wiersza o grzybicy. Wtedy się poddałem, bo uznałem, że to zadanie prawie niewykonalne.

Są takie grzybki między palcami


Pełen współczucia dla syna ojciec sam postanowił zmierzyć się z wyzwaniem. Wena nie przychodziła („Czort wiedział, czy piać peany na cześć tego choróbstwa czy uderzyć w klasyczny turpizm”), więc postanowił zaangażować krewnych. Udało się!


„Są takie grzybki między palcami, których do pizzy nie polecamy” - tak zaczynał się czterozwrotkowiec, z idealnymi rymami częstochowskimi. Syn zadanie domowe zaliczył. Na jaką ocenę - kolega nie pamięta. - Od tamtego czasu jednak wiem, że w życiu ucznia bywają wyzwania, którym bez wydajnego wsparcia rodzica nie sprosta - podsumowuje.

Bo cóż tu rozwodzić się nad taką szkolną prozą, jak ułamki czy równania z dwiem niewiadomymi. To czasem rodzic „strzela z palca”, gdy mu dziecka żal.

Dorota Szulc, dyrektor SP 1 w Toruniu: Sytuacje te są żenujące dla nauczycieli, którzy muszą zwrócić rodzicom uwagę. Tym bardziej, gdy ci zaprzeczają, by malowali dzieciom szlaczki w zeszycie...


Bo już wieczór, a synkowi czy córeczce zostały jeszcze zadania z przyrody i angielskiego (w końcu nauczyciele poszczególnych przedmiotów nie będą konsultować ze sobą, ile kto bęcwałom zadaje, prawda?).

Ale taki przestrzenny model Układu Słonecznego albo model komórki roślinnej z plasteliny na styropianowej kuli? Ooo, to prace godne wspomnienia!

Szóstka? Nie dla pana profesora


- Jesteś rodzicem? Jesteś. To nie udawajmy, że nie wiemy, o co chodzi. Robi się czasem za dzieciaka, bo albo zadanie jest skomplikowane, albo wysoko punktowane - mówi Joanna, doświadczona matka. Potakuję głową i z marszu dorzucam inne powody rodzicielskiej (nad)aktywności: bo w klasie jest rywalizacja, bo zaangażowania rodziców ewidentnie oczekuje belfer, bo chcemy, żeby „nasz Wituś” chociaż w czymś okazał się najlepszy.

- Tylko z tymi ocenami to potem bywa różnie - zaznacza Joanna. - Pamiętam, jak wuj Henryk, czynny wykładowca akademicki z tytułem profesora (specjalizację przemilczę, by nie robić obciachu) zrobił za mojego Antka model pewnego urządzenia na fizykę. Był niepocieszony, bo dostał piątkę, a liczył na szóstkę...

W ubiegłym roku szkolnym Joanna wykonywała zielnik na lekcję przyrody dla córki („Ależ, kurdę, dłubanina”). W tym - to już wie - czeka ją drzewo genealogiczne na historię. O takim drobiazgu jak plakat wyborczy dla pociechy (zdjęcia plus program) kandydującej do samorządu szkolnego nie wspomina.

Ideał na kanapce z masdamerem


Mateusz, ojciec dwóch córek, to także wyznawca zasady: pomagam, ale nie wyręczam. Ponieważ jednak od każdej zasady są wyjątki, obie uzdolnione muzycznie torunianki niosły w szkolnych plecakach siłomierze na lekcję fizyki autorstwa troskliwego papy.

- No, sam nie jestem Adamem Słodowym, ale od czego jest internet? Deseczka, sprężynka, drucik... Leciałem według instrukcji i się udało - wspomina tato.

Gorsze od jednorazowych wysiłków są tak zwane projekty. Najbardziej skomplikowane trwają semestr albo rok.

- Tych się nie da za dzieciaka zrobić, bo wymagają konsultacji ucznia z nauczycielem prowadzącym w szkole. Można coś dorobić na koniec ewentualnie - objaśnia Magda, matka licealistki. - Ale już projekt „Hodujemy pleśń” wzięłam na siebie. Na kanapce z masdamerem, w słoiczku, wyszło mi idealnie! Szóstkę dostałyśmy.

Kiedy baran nie docenia


Trudno powiedzieć, co boli rodzica bardziej: brak docenienia pracy domowej przez nauczyciela czy „zwis” pociechy.

- Jeny, ile ja się nad tymi prasówkami na WOS namęczyłam - wspomina ubiegły rok szkolny Aneta, matka tegorocznego maturzysty. - Nauczycielka wymagała szczegółowego opracowania trzech najważniejszych wydarzeń z kraju i trzech ze świata. Robiłam za tego mojego barana najlepiej, jak potrafiłam. A ten, jeśli łaskawie się z tą prasówką zgłosił, nie potrafił nawet nazwisk polityków poprawnie odczytać. Tak dukał, że wyżej miernego wzbić się nie mogliśmy...

Aneta z przykrością wspomina też konkurs na logo „Zdrowej szkoły”. W ramach pracy domowej miał je przygotować każdy uczeń. Trzy najlepsze projekty z każdej klasy miały walczyć o palmę pierwszeństwa w szkole. Ta następnie wystawiała logo do rywalizacji międzyszkolnej.

- Presja była ogromna. Wychowawczyni musiałaby być osobą niewidomą, gdyby „nie odkryła”, że autorami prac są rodzice. Niestety, moje logo przepadło - ubolewa Aneta.

Jako grzeszny rodzic nie śmiem oceniać, kto tu jest bardziej chory: rodzice czy polska szkoła. Faktem pozostaje, że ta potrafi ucznia dociążyć. Oj, potrafi...

Coś o ustawie, coś o głupocie


Już w 2007 r. rzecznik praw ucznia udowadniał, że szkoła w Polsce zadając uczniom do domu łamie Konstytucję. I że brak jest jakichkolwiek podstaw prawnych, by „domowe” uznać za legalne. I co? Nic. Nikt tej argumentacji poważnie nie potraktował. Od lat jednak nie brakuje opinii psychologów dziecięcych, którzy alarmują: po sześciu, ośmiu godzinach w szkole uczeń powinien w domu już tylko odpoczywać!

- Czas po szkole, który powinien być przeznaczony na relaks, odpoczynek na świeżym powietrzu, rozwijanie swoich pasji, a także życie rodzinne, staje się czasem, kiedy z uczniów całkowicie wyparowuje chęć do nauki, nawet jeśli taką jeszcze mieli - pisze Agnieszka Stein w publikacji „Zlikwidujmy pracę domową”.

Co na to pedagodzy? - We wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek. Nasi nauczyciele starają się, by 90 proc. pracy dziecko wykonywało w murach szkoły - podkreśla Dorota Szulc, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 1 w Toruniu. - Ale już w pierwszych klasach mamy rodziców, którzy malują za dzieci szlaczki i kaligrafują literki! Sytuacje te są bardzo żenujące dla nauczycieli, którzy muszą takim rodzicom zwrócić uwagę. Tym bardziej, gdy ci zaprzeczają...

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.