Poszukiwana od roku listem gończym zabójczyni zapadła się jak kamień w wodę. Pomogły miliony zamordowanego męża?

Grażyna Ostropolska 25 września 2015

W styczniu 2008 roku bydgoszczanka Dorota Kaźmierska zastrzeliła męża, bogatego biznesmena. Sąd uznał ją za skrajnie zdemoralizowaną i skazał na 25 lat więzienia, a potem... udzielił kobiecie przerwy w karze. Dlaczego?

Dorota Kaźmierska od roku jest poszukiwana listem gończym

Fot.: Fundacja "Lex Nostra"


Z agrała na nosie wymiarowi sprawiedliwości i wszystkim, którzy uwierzyli, że była ofiarą domowej przemocy - twierdzą ci, którzy znali skazaną i przyznają, że też dali się jej omamić. - Współczuliśmy Dorocie, gdy mówiła, że nie może się rozwieść z mężem - katem, bo ten zabierze jej dzieci. Wierzyliśmy, że zabiła go w afekcie, odsiedzi 12 lat i wyjdzie po 6, więc wyrok 25 lat za zabójstwo z premedytacją był dla nas szokiem. Równie wielkim jak to, że gdy dostała przerwę w karze z uwagi na zdrowie dzieci, przejęła ich pieniądze i zniknęła - wspominają jej znajomi.


Dlaczego sąd orzekł, że Dorota Kaźmierska jest kobietą skrajnie zdemoralizowaną, nie wiemy, bo

proces mężobójczyni utajniono.


Możemy domniemywać, że dowody na jej demoralizację były mocne, skoro sądy apelacyjny i najwyższy nie uchyliły wyroku, a prezydent odrzucił wniosek o ułaskawienie.

Po raz pierwszy pisaliśmy o Dorocie Kaźmierskiej w 2004 r. Uciekła wtedy od męża, który miał się nad nią znęcać, sprzedała jedną z nieruchomości, które na nią przepisał i kupiła na licytacji dom, ale nie mogła w nim zamieszkać, bo były właściciel nie przekazał jej kluczy. Podejrzewała, że to sprawka męża, niepogodzonego z jej odejściem. Kilka miesięcy później zadzwoniła do nas z hostelu dla ofiar przemocy, prowadzonego przez „Medar” z informacją, że mąż wdarł się i „porwał” ich 8-letniego synka. Nie miał z tym problemu, bo dziecko samo rzuciło mu się w ramiona, a policja nie interweniowała, bo Leszek Kaźmierski nie miał ograniczonych praw rodzicielskich. Psycholog z „Medaru” zdiagnozował wtedy Dorotę jako ofiarę domowej przemocy i gdy 4 lata później zastrzeliła męża, przekazał tę opinię sądowi. Tuż po zakończeniu postępowania prokuratorskiego udało się nam zajrzeć do akt i na podstawie ustaleń śledczych odtworzyć obraz zbrodni. Pisaliśmy o tym wiele razy (ostatnio w styczniu: „Zabójczyni zrzuca maskę”), więc dziś krótkie przypomnienie:

Jest 29 kwietnia, dzień 33 urodzin Doroty. Mąż przychodzi późno. Nie składa jej życzeń, kładzie się na kanapie, włącza telewizor i wyjmuje butelkę Martella... 15-letnią córkę Doroty budzi huk wystrzału. W salonie widzi martwego ojca, a w piwnicy matkę, która w jednej ręce trzyma pistolet ( Walter P-99), a w drugiej komórkę. Dorota dzwoni do swojej matki:

„Zabiłam go, mamo!


Przyjedź! Chciałam ze sobą skończyć... Nie mogłam...” - tak córka zapamiętała słowa matki, której odbierała broń. Śledczym, którzy pojawili się na miejscu zbrodni, Dorota tłumaczyła, że jest w szoku i niczego nie pamięta; tej wersji trzymała się podczas procesu. O tym, że nie planowała zabić męża, tylko siebie miał świadczyć pożegnalny list. „ Leszku! (…) Zabiłam się przez ciebie, nie potrafisz być człowiekiem, jesteś zwierzęciem. Baw się dobrze na harleyu ze Śnieżką i innymi. Mam nadzieję, że dzieci nie zostaną z tobą, bo byś je wykończył. Całe życie mnie krzywdziłeś, wciąż płakałam, cierpiałam. Błagałam, czekałam. KONIEC”.

Chciała popełnić samobójstwo czy list miał stanowić alibi zaplanowanej zbrodni? Rodzina Leszka Kaźmierskiego jest przekonana, że Dorota zamordowała męża z pobudek ekonomicznych. Wkalkulowała w cenę zagarnięcia wielomilionowego majątku 6 lat odsiadki, czyli połowy z 12 lat więzienia wymierzanych za zabójstwo w afekcie i kreowała się na ofiarę przemocy. Miała 22 lata i 4-letnią córkę, gdy rozkochała w sobie 36-letniego Leszka i sprawiła, że się rozwiódł.

- Po 5 latach od niego odeszła, zamieszkała w Toruniu i wróciła, gdy zapisał na nią część majątku - bliscy zamordowanego wspominają moment, w którym dostrzegli, że Dorota ma

pieniądze w oczach.


Pan Dariusz, brat Leszka Kaźmierskiego, twierdzi, że zanim na miejscu zbrodni pojawili się śledczy, z domu zamordowanego zniknęły dokumenty firm (zostały puste segregatory), którymi brat zarządzał, i klucze do sejfów, a z jego kont bankowych wyparowało ponad 2 mln zł.

Krótko po zabójstwie męża Dorota Kaźmierska zrzeka się spadku na rzecz dzieci, nie czekając, aż rodzina Leszka wystąpi o uznanie jej niegodną dziedziczenia. Wysyła z aresztu zawiadomienie o rzekomym działaniu brata Leszka na szkodę jej dzieci. Miał on przejąć akcje na okaziciela w spółce Omega SA, zarządzanej przez Leszka, ale prokuratura nie dopatrzyła się przestępstwa.

W marcu 2012 r. Dorota już wie, że spędzi ćwierć wieku w więzieniu, bo Sąd Najwyższy odrzuca wniosek o kasację wyroku. Prosi o pomoc fundację „Lex Nostra”, udziela wywiadów telewizyjnych i liczy na ułaskawienie przez prezydenta. Bronisław Komorowski z tego prawa nie korzysta, ale sąd, chcąc umożliwić skazanej częstsze kontakty z dziećmi, przenosi ją z zakładu karnego w Grudziądzu do aresztu śledczego w Bydgoszczy. Jesienią 2012 r. Dorota składa w bydgoskim sądzie

wniosek o przerwę w karze.


Dołącza do niego zaświadczenia o psychicznych kłopotach dzieci i zdrowotnych swojej matki, która jest ich opiekunem prawnym. Roman Morawski, sędzia SO w Bydgoszczy nie znajduje przesłanek do udzielenia skazanej przerwy w karze, a jego decyzję podtrzymuje sędzia Jacek Pietrzak z Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. Obaj mają obawy, że Kaźmierska mogłaby się uchylać od powrotu do więzienia. W lutym 2013 r. pełnomocnik skazanej składa kolejny wniosek o przerwę w karze, podparty zaświadczeniem lekarza, który sugeruje, że brak codziennego kontaktu syna z matką może doprowadzić do kolejnej tragedii w rodzinie. Sędzia Morawski kolejny raz odmawia, ale Sąd Apelacyjny w Gdańsku, reprezentowany przez sędzię Grażynę Świderską--Wander uchyla jego postanowienie i poleca bydgoskiemu sądowi zbadać okoliczności dotyczące masy spadkowej po zmarłym Leszku, podnoszone przez babcię spadkobierców.

W październiku 2013 r. sędzia Sądu Okręgowego w Bydgoszczy Dariusz Steppa przy udziale prokurator Marty Dydyszko-Lewickiej, przychylającej się do wniosku obrońcy Kaźmierskiej, udziela jej 6-miesięcznej przerwy w karze, podpierając się m.in. opinią z jednorazowego badania biegłych, którzy u jednego z dzieci zdiagnozowali zaburzenia depresyjne. W maju 2014 r. ten sam sędzia przedłuża Dorocie przerwę do 29 września, bo tego dnia jej syn uzyska pełnoletność. Bydgoska prokuratura postanowienie zaskarża, ale Sąd Apelacyjny w Gdańsku utrzymuje je w mocy.

Przerwa w karze wiąże się z obowiązkiem cotygodniowego meldowania się w najbliższym komisariacie, czego Dorota przestrzega i ostro

gra o kasę.


- Pojawiają się nagle dokumenty, świadczące o pożyczkach, których rzekomo udzielił mi brat i sfałszowana umowa świadcząca o tym, że do 7 lutego 2008 r., czyli tydzień po śmierci Leszka, miałem je zwrócić - wspomina pan Dariusz. Chodzi o 12,7 mln zł. Jest w szoku, gdy do jego firmy wchodzi w grudniu 2013 r. komornik z klauzulą wykonalności zaocznego wyroku nakazowego na 6,2 mln zł, zajmując mu konta, wynagrodzenia i udziały w firmach. - Nakaz zapłaty w postępowaniu upominawczym celowo wysłano pod adres, pod którym od dawna nie przebywam. Wniosłem o przywrócenie terminu na złożenie sprzeciwu i teraz proces w sprawie rzekomych pożyczek toczy się w normalnym trybie - mówi.

W tym czasie dzieci zmarłego pod czujnym okiem „urlopowanej” z więzienia matki sprzedają biurowiec, kamienicę i dom. Przekazują te pieniądze matce, a ta znika. - Bez dzieci, o które martwił się sąd, udzielając ich matce rocznej przepustki - komentują znajomi uciekinierki.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.