Gdzie oni są?! Co roku w regionie ponad tysiąc osób znika jak kamfora. Rodziny nie tracą nadziei, liczą na cud

Małgorzata Pieczyńska 18 września 2015, aktualizowano: 18-09-2015 15:35

Letni dzień. Pani Teresa wybiera się na działkę do syna. Wychodzi z domu i przepada jak kamień w wodę. Jej bliscy odchodzą od zmysłów i szukają przez policję, Itakę, Facebooka . Taki dramat co roku w naszym województwie przeżywa wiele rodzin.

Mobilne Centrum Wsparcia Poszukiwań to w kraju jedyny taki wóz do poszukiwania osób zaginionych.

Fot.: Filip Kowalkowski


Luty tego roku. Elżbieta B. ze Świecia mówi rodzinie, że idzie do kościoła i znika bez śladu. Na dworze kilkustopniowy mróz. Kobieta jest w zaawansowanej ciąży. Policja przeczesuje okolice Wdy i Wisły oraz teren o powierzchni około 800 hektarów. Do akcji włącza się specjalna grupa poszukiwawczo-ratownicza, policjanci, strażacy, ochotnicy. - Rozesłaliśmy komunikaty do mediów i komend w całym kraju, bo przecież mogła gdzieś pojechać, próbować zerwać kontakt z rodziną czy ulec wypadkowi. Prosiliśmy o sprawdzenie, czy w szpitalach nie przebywa taka osoba. Te z naszego rejonu skontrolowaliśmy sami - mówi aspirant sztabowy Maciej Rakowicz ze świeckiej policji.

Najczarniejszy scenariusz


W poszukiwania włączają się mieszkańcy. Na miejsce sprowadzone zostają psy tropiące z Gdańska, specjalizujące się w wyszukiwaniu zapachu ludzkiego ciała. Policja do dyspozycji ma helikopter z noktowizorem, ale ze względu na niesprzyjającą pogodę nie może go użyć. Poszukiwania nie dają rezultatu. Po prawie dwóch miesiącach nadchodzi tragiczna wiadomość. Zwłoki kobiety zostają wyłowione z Wisły w okolicach Lisewa Malborskiego.


Tragiczny finał mają też poszukiwania 18-letniej Klaudii K. z Brodnicy. Dziewczyna wyszła z domu 23 sierpnia br. pod pretekstem wizyty u koleżanki. Długo nie wracała. Zaniepokojeni rodzice zaalarmowali policję, a ta natychmiast rozpoczęła akcję poszukiwawczą. Sprawdzano dworce, szpitale, rozmawiano z sąsiadami i znajomymi nastolatki. Udało się ustalić, że wsiadła do taksówki i kazała się zawieźć nad Jezioro Szczuckie. Funkcjonariusze sprawdzali każdy sygnał. Zgłosił się też taksówkarz, który tego dnia wiózł dziewczynę nad jezioro. Tam funkcjonariusze odnaleźli jej rzeczy. Wspólnie ze strażakami i płetwonurkami przeszukiwali dno jeziora. Niestety, w wodzie natrafili na zwłoki dziewczyny.

Ślad urwał się na pętli


Wciąż nierozwiązana pozostaje zagadka zaginięcia Teresy Kulczyńskiej. 63-letnia bydgoszczanka wyszła z domu 11 lipca br. Powiedziała, że jedzie na działkę do syna do Drzewianowa koło Mroczy, ale nigdy tam nie dotarła. Wiadomo, że wysiadła na pętli autobusowej w Mariampolu. Właśnie tam skoncentrowano poszukiwania. Wiele razy sprawdzano ten teren, dwukrotnie przeczesywano Wisłę. Rodzina także na własną rękę szukała zaginionej. - Pomagali nam mieszkańcy, którzy skrzyknęli się na Facebooku - wspomina Daniel Kulczyński, syn pani Teresy. - Otrzymaliśmy mnóstwo sygnałów, m.in., z Torunia, Inowrocławia, Warszawy, a nawet ze Śląska. Niestety, żaden ślad się nie potwierdził.

Zdaniem policji, choroby, problemy finansowe, konflikty w rodzinie, ale też ucieczki z domu nastolatków to najczęstsze przyczyny zaginięć. - Czasem udaje się szybko kogoś odnaleźć - przyznaje nadkomisarz Maciej Daszkiewicz z Zespołu Prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji . - Tak było w przypadku dziewczynki, która z babcią przebywała na spacerze. Wystarczyła chwila nieuwagi i oddaliła się. Dziecko odszukaliśmy na sąsiednim placu zabaw. Innym razem jeden z chłopców nie wrócił na czas ze szkoły. Rodzice zgłosili zaginięcie. Okazało się, że ich syn był u dziadków. Dostał złą ocenę w szkole i bał się wrócić do domu. W tym roku szukaliśmy też gitarzysty zespołu ze Szczecina.

Pokłócił się z kolegami i przepadł bez śladu. Na szczęście po kilku dniach policjanci go odnaleźli. Innym razem 80-letni mężczyzna pojechał z żoną na przejażdżkę rowerową i zgubił się w lesie. Starszy pan cierpiał na chorobę Alzheimera. Udało się go szybko odszukać, m.in., dzięki zaangażowaniu wielu funkcjonariuszy. Bywają jednak sytuacje bardzo dramatyczne. Ludzie zostawiają listy pożegnalne, bo chcą popełnić samobójstwo. Nie zawsze docieramy do nich na czas. Są też ucieczki młodzieży z placówek opiekuńczo-wychowawczych czy oddalenia seniorów z domów pomocy społecznej. Przykłady można by mnożyć.

Każdego roku ginie w naszym województwie średnio ponad tysiąc osób. Tylko do końca sierpnia br. policjanci otrzymali 991 takich zgłoszeń. Większość tych spraw mundurowi rozwiązują w ciągu 14 dni. Nie wszystkie, oczywiście, mają szczęśliwy finał. - Poszukiwania zawsze rozpoczynamy od zebrania jak najwięcej informacji na temat zaginionych. Rozmawiamy z bliskimi, znajomymi, pytamy o sytuację zdrowotną i finansową w rodzinie, ulubione miejsca pobytu. Prosimy też o aktualne zdjęcie i zgodę na publikację wizerunku w mediach - mówi nadkom. Maciej Daszkiewicz.

Dron i nawigacja GPS


Policja wykorzystuje w poszukiwaniach psy patrolowo-tropiące i tropiące. W województwie jest 29 psów patrolowo-tropiących, 17 tropiących i jeden do wyszukiwania zwłok ludzkich na lądzie i w wodzie. Wszystkie czworonogi są przeszkolone w Zakładzie Kynologii Policyjnej w Sułkowicach. Predyspozycje psów instruktorzy oceniają podczas tzw. prób polowych. Niezwykle istotna jest pasja do aportowania. Jeśli pies ją posiada i nieustępliwie szuka rzuconego przedmiotu, to znak, że nadaje się do tej pracy.
W poszukiwaniach pomaga również specjalistyczny sprzęt. Helikoptery z noktowizorami czy Mobilne Centrum Wsparcia Poszukiwań. - To w kraju jedyny taki samochód techniczno-sztabowy - informuje podinspektor Dariusz Żabicki z Biura Służby Kryminalnej Komendy Głównej Policji w Warszawie. - Pojazd wyposażony jest w noktowizory, termowizory, nawigację GPS, system map, zewnętrzne oświetlenie, sprzęt do udzielania pomocy medycznej i system łączności. Na wyznaczonym terenie funkcjonariusze są podzieleni na tzw. szybkie trójki. To zespoły 3-5 osobowe, wyposażone w urządzenia GPS. Penetrują teren w wyznaczonych sektorach. W wozie mamy monitor i na specjalnej mapie widzimy, jaki obszar został sprawdzony. To pozwala precyzyjnie określić kierunek poszukiwań.

Mamy też drona, na wypadek, gdyby były kłopoty z dotarciem do niektórych miejsc. W takich akcjach wspierają nas strażacy, którzy w zależności od warunków na danym terenie, np. gdy trzeba przeczesać rzeki lub jeziora, dysponują łodziami, oraz płetwonurkowie. Mobilne Centrum Wsparcia Poszukiwań jeździ po całym kraju. Nie ma dnia, żebyśmy nie ruszali w teren. Często jesteśmy wzywani tam, gdzie poszukiwane są osoby starsze lub w sytuacjach, gdy istnieje podejrzenie zagrożenie życia lub zdrowia osób zaginionych.

Szukają pomocy w Itace


W Fundacji Itaka - Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych przyjmowane są tylko te zgłoszenia, o których wcześniej powiadomiono policję. - Upowszechniamy wówczas wizerunek osoby zaginionej - mówi Irena Musiałkiewicz z Fundacji Itaka. - Publikujemy zdjęcia wraz z podstawowymi danymi w Internetowej Bazie Danych Osób Zaginionych. Wiadomość o zaginięciu wysyłamy do placówek pomocy społecznej, schronisk, noclegowni, straży miejskich i gminnych, mediów, szpitali oraz innych instytucji i partnerów. Z niektórymi mediami współpracujemy cyklicznie, przekazując im komunikaty oraz zdjęcia zaginionych z danego regionu. Osoby dysponujące informacją o miejscu pobytu osoby zaginionej mogą ją nam przekazać telefonicznie lub za pośrednictwem formularza umieszczonego na naszej stronie przy profilu osoby zaginionej.

Gwarantujemy anonimowość. W celu weryfikacji dane trafiają do prowadzącej sprawę jednostki policji oraz rodzin, które martwią się o los zaginionego. Oferujemy też bezpłatnie wsparcie psychologiczne, socjalne i prawne rodzinom zaginionych. Trafia do nas zaledwie 8-10 proc. wszystkich spraw dotyczących zaginięć, dlatego nasze statystyki różnią się od policyjnych. W historii fundacji mamy przypadki odszukania osób zaginionych nawet po kilkunastu latach. Tak było w przypadku pani, która 15 lat temu wyjechała za granicę, zostawiając rodzinę. Gdy do niej zadzwoniliśmy, ucieszyła się i odnowiła kontakt z bliskimi.

Sen o mamie


Rodziny osób zaginionych przeżywają gehennę. - Nasze życie wywróciło się do góry nogami. Dobrze, że w domu mam trójkę dzieci, bo są obowiązki i na chwilę udaje się zająć głowę innymi myślami - mówi Daniel Kulczyński, syn zaginionej pani Teresy. - Szukamy mamy wszystkimi możliwymi sposobami przez policję, Facebooka, parafie, Itakę. Zgłosiło się do mnie nawet kilku jasnowidzów, ale do tego rozwiązania jestem sceptycznie nastawiony. Gdy mówiłem, że chciałbym, aby te wizje zostały zweryfikowane przez policję, to większość z nich się wycofywała. Zapłaciłbym każde pieniądze, gdybym miał pewność, że jasnowidz wskaże miejsce pobytu mamy. Wciąż wierzę, że ona żyje. Intuicja mi to podpowiada. Śniła mi się już dwukrotnie.

Raz byłem u rodziców i zadzwoniła do drzwi. Innym razem pojechałem na komisariat w Toruniu i mama tam przyszła - głos mężczyźnie się łamie, a łzy same cisną się do oczu. Na chwilę zalega cisza. - Niestety, cały czas nie mamy punktu zaczepienia. Sporo obiecuję sobie po emisji programu "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie", który pokazano 5 września na antenie TVP Regionalna. Może ktoś ją rozpoznał, może się odezwie. Apeluję do wszystkich, aby nie przechodzili obojętnie obok plakatów, które rozwieszają rodziny zaginionych. Każda wiadomość może być cenna. Nigdy nie myślałem, że taki dramat spotka naszą rodzinę. Ale nie poddaję się. Nie tracę nadziei...

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.