Czy seria tajemniczych zgonów w Zieleniu koło Wąbrzeźna doczeka się wyjaśnienia, a zabójcy 43-letniego Karola M. staną przed sądem?

Grażyna Ostropolska 18 września 2015, aktualizowano: 18-09-2015 15:19

W drugim tygodniu maja 2013 roku zawisło nad Zieleniem śmiertelne fatum. 8 maja znaleziono we wsi zwłoki 43-letniego rolnika Karola M., zaś 12 maja wyłowiono z pobliskiego stawu ciała małżeństwa: 75-letniej Lucyny i 73-letniego Zbigniewa G.

Fot.: Łukasz Ciaciuch


W wiosce zawrzało od domysłów i spekulacji, bo w wersję o zbiegu nieszczęśliwych wypadków, lansowaną przez śledczych z Wąbrzeźna, nikt nie uwierzył.


- Karol miałby się zabić, spadając z usytuowanego 2,5 metra nad ziemią domowego tarasu? Przecież to niedorzeczne! - komentowali miejscowi. Zieleń liczy niespełna 500 mieszkańców, głównie rolników, a Karol był uważany za jednego z najlepszych gospodarzy. Uprawiał własnych 50 hektarów ziemi i jeszcze pomagał innym. Kończył urządzać świeżo postawiony dom i przymierzał się do ożenku, ale te plany zniweczyła śmierć.

Leżące obok domu zwłoki odkryli rodzice i siostra denata. Karol leżał na chodniku przed wejściem do kotłowni. Pan Henryk na widok syna doznał szoku.

- Świat mi się załamał


- wyznaje. Widział się z Karolem dzień wcześniej. - Pracowaliśmy do godz. 13 w polu, potem zjedliśmy razem obiad i ja pojechałem na rehabilitację do Wąbrzeźna - wspomina. Po drodze wpadł do sąsiadów. - Na schodach stali bracia B. i Edward N. Wyglądali niewyraźnie, chyba sobie popili. Spytałem, czy pomogą synowi w nawożeniu pola.

Odpowiedzieli, że tak - opowiada pan Henryk. Nie uwierzył, że śmierć syna to nieszczęśliwy wypadek, choć śledczy z Wąbrzeźna uznali to nieomal za pewnik. Utwierdził ich w tym przekonaniu wynik sekcji zwłok Karola i opinia toruńskiego biegłego, który przyjął, że bezpośrednią przyczyną zgonu był "uraz czaszkowo-mózgowy, do którego mogło dojść w następstwie upadku z wysokości". Skłaniano się do tezy, że pijany Karol spadł z pozbawionego balustrady tarasu na piętrze.

- Na miejscu było aż dwóch prokuratorów oraz policjanci z Wąbrzeźna i Bydgoszczy, więc ufaliśmy, że to profesjonaliści i okoliczności śmierci syna zostaną wyjaśnione - słyszymy od rodziny zmarłego, która nie kryje, że śledczy z Wąbrzeźna ich zawiedli. - Z góry

założyli, że to wypadek


choć z domu zginął portfel Karola z kartami kredytowymi i pieniędzmi oraz notes, w którym zapisywał, jakie kwoty i komu pożyczył, a przy zwłokach syna leżała kępka jego włosów - wylicza pan Henryk. Uważa, że śledczy nie zabezpieczyli właściwie śladów, nie przeprowadzili oględzin całego domu i nie zadali sobie trudu wyjaśnienia poważnych rozbieżności w zeznaniach osób, które mogły mieć coś wspólnego ze śmiercią syna lub posiadać wiedzę o sprawcach.

Rodzice Karola nie czekali na umorzenie. Napisali skargę do Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku, a ta przekazała śledztwo grudziądzkiej prokuraturze. - To był przełom, bo badania zlecone przez wnikliwą prokurator potwierdziły, że to było zabójstwo - mówią. Przesądziły o tym dwie opinie.

W tej sporządzonej przez Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie stwierdzono, że położenie zwłok Karola nie odpowiada klasycznym pozycjom ofiary upadku z wysokości. Druga, zlecona biegłej z zakresu biologicznych badań włosów i włókien, wykazała, że znaleziona przy zmarłym kępka włosów została raptownie i przy użyciu dużej siły wyrwana z jego głowy.

"Z przeprowadzonych ekspertyz i badań wynika, iż udział w jego śmierci miała najprawdopodobniej osoba lub osoby trzecie. Tym samym wykluczono, że wypadek ten był zdarzeniem losowym, jednak zebrany materiał dowodowy nie pozwala ustalić, co konkretnie wydarzyło się w nocy z 7 ma 8 maja 2013 r. na posesji Karola M." - czytamy w postanowieniu o... umorzeniu śledztwa.

- Byliśmy w szoku, bo wydawało się nam, że po opinii biegłych, wskazujących na zabójstwo, policja pod nadzorem prokuratury zajmie się ustaleniem sprawców - słyszymy od ojca Karola. Jest załamany, bo choć złożył zażalenie na postanowienie grudziądzkiej prokuratury, sąd w Wąbrzeźnie uznał, że

umorzenie śledztwa


z powodu niewykrycia sprawców nieumyślnego spowodowania śmierci jego syna było zasadne. - Zaniechanie dalszych działań będzie porażką organów ścigania i utrwali w mieszkańcach Zielenia przekonanie o bezkarności zabójców - uważa pan Henryk i apeluje, by śledczy zajęli się rozbieżnościami w zeznaniach świadków.

- Karola widziałem ostatni raz 7 maja ok. 20.30, bo od 15.00 pomagałem mu nawozić pole. Dzwoniłem jeszcze do niego ok. 20.40. Mówił, że zje kolację i pójdzie spać. Dziś nie poszedłem do niego pracować, bo sam miał opryskiwać pole i nie byłem mu potrzebny - zeznał Sławomir B. dwie godziny po znalezieniu zwłok Karola.

Dwa miesiące później, kiedy policja miała już zeznania innych świadków oraz biling z telefonu zmarłego, B. wyznał, że przed wyjściem od sąsiada wypił z nim w garażu pół litra żubrówki, po czym Karol wyjechał na pole, gdzie przez 20 minut rozsiewał nawóz, a gdy wrócił, zaprowadzili maszyny pod dach i wychylili na podwórzu po pół litra piwa. Wracając do domu zadzwonił do sąsiada, by się upewnić, czy ten pozamykał drzwi. Biling wykazał, że Sławomir B. dzwonił do Karola także o 21.34, ale B. tego połączenia nie pamięta.

- Zdarza się, że telefon, który noszę w kieszeni, sam wykonuje połączenia - tłumaczył śledczym, zaś na okoliczność, że ze śmiercią sąsiada nie ma nic wspólnego, przedstawił alibi: - Nakarmiłem świnie, wykąpałem się i pojechałem rowerem do mojej koleżanki K., od której wróciłem następnego dnia ok. 9.00 - zeznał, a K. to potwierdziła.

Problem w tym, że zeznania kolejnego świadka godzą w to alibi . - Pamiętam dokładnie, że 8 maja ok. 8.00 Sławomir B. przyjechał do mnie fiatem cinquecento, aby odebrać zacisk hamulcowy - oświadczył Jarosław R. Inny świadek, Edward N., zeznał, że 7 maja czynił w domu państwa B. "przygotowania do remontu", a że nie chciało mu się wracać do domu, zanocował w ich stodole. Położył się spać około 20.00, wstał 8 maja o 8.00, a potem pojechał rowerem do sklepu i tam usłyszał o śmierci Karola.

- Ktoś mówił, że spadł z balkonu lub został czymś uderzony, ponieważ miał rozciętą głowę - tłumaczył śledczym. Do B., których gospodarstwo przylega do włości ofiary, już nie wracał, bo wypił trzy piwa i bał się policji, a Karola - twierdził - nie zna i nigdy u niego nie był.

- To nieprawda, N. był w domu Karola z ofertą położenia kostki brukowej, pożyczył też od syna 150 zł, które miał mu zwrócić i podobno w tym celu odwiedził go 7 maja - twierdzi ojciec zmarłego.

Nikogo oficjalnie nie oskarża, ale chce by policja zbadała

niejasne wątki,


bo tam mogą być tropy wiodące do zabójców. - Przenieśli ciało Karola w pobliże tarasu, by upozorować nieszczęśliwy wypadek, zabrali z domu portfel z kartami kredytowymi i pieniędzmi oraz notes z danymi dłużników - sugeruje i zapowiada, że nie spocznie, póki nie pozna prawdy.

Takiej determinacji zabrakło krewnym Lucyny i Zbigniewa G., małżeństwa z Małych Radowisk, których ciała cztery dni po śmierci Karola M. wyłowiono ze stawu w Zieleniu. Prokuratura w Wąbrzeźnie nie dopatrzyła się udziału osób trzecich w tym zdarzeniu i po miesiącu umorzyła śledztwo. - Przy brzegu, gdzie nabierali wodę, by podlać kwiaty przy pobliskim krzyżu, woda sięga niżej kolan, więc i tu trudno uwierzyć w nieszczęśliwy wypadek - spekulują miejscowi, opowiadając o nie najlepszych relacjach staruszków z bliskimi.

- Mówi się o płytkiej wodzie, a nikt nie wspomina, że staw ma bagniste dno, a w nim zagłębienia. Biegły stwierdził, że przyczyną zgonu małżeństwa G. było gwałtowne uduszenie przez utonięcie. Najprawdopodobniej Lucyna G. nabierając wodę straciła równowagę i wpadła do stawu, a mąż utonął próbując ją ratować - słyszymy w wąbrzeskiej prokuraturze.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.