Kształcenie młodych Masajek wciąż się nie opłaca

Dorota Witt 6 września 2015, aktualizowano: 18-09-2015 14:54

O tym, jak buntują się nastolatki w Kenii i o tym, jak przedsiębiorcze mogą być Masajki, które nie miały szansy skończyć szkoły podstawowej, mówi MAGDA POROS, bydgoszczanka, założycielka Fundacji Mogę się uczyć, wspierającej rozwój lokalnych inicjatyw w południowej Kenii.

Magda Poros zainteresowała się kulturą Masajów 15 lat temu. - Pasja zaprowadziła mnie do Kenii, do wioski Ol Kiloriti. Spontaniczna decyzja o współpracy z lokalną organizacją zmieniła moje życie - przyznaje.

Fot.: Dariusz Bloch


Rok temu rozmawiałyśmy o zbiórce pieniędzy na skromne wyposażenie jeszcze skromniejszej szkoły w Kenii. Dziś w klasach z blachy falistej i dwóch klasach z cegły ośmiu nauczycieli uczy ponad 200 dzieci…
Teraz myślę, że w polskich warunkach założenie fundacji to rzeczywiście osiągnięcie. U nas - nie tak jak w Kenii - trzeba się naprawdę postarać, by móc kogoś wesprzeć. Tam organizowanie pomocy jest znacznie prostsze - także pod względem prawnym. I pewnie dlatego, paradoksalnie, w małych, biednych wioskach można zrobić więcej. Phillipah Kobaai, emerytowana nauczycielka, która ze swojego domu w Nairobi, stolicy Kenii, wróciła do rodzinnej wioski, by wesprzeć jej mieszkańców, działa tak: jednego znajomego poprosi, by coś przewiózł, inny ma znaleźć robotników, kolejny załatwić potrzebne materiały, pojechać do miasta…

W szkole, o której Pani wspomniała, uczy się niemal tyle samo dziewczynek, ilu chłopców, ale to raczej wyjątek niż reguła. W Kenii rodzice, a właściwie ojcowie, ciągle chętniej posyłają do szkół synów. Dlaczego?
Kalkulują, że to się bardziej opłaci całej rodzinie. Córki nadal są wydawane za mąż już w wieku 13, 14, 15 lat, choć to niezgodne z prawem, podobnie jak obrzezanie. Coraz rzadziej zdarza się, że są to aranżowane małżeństwa z 70-latkiem, który ma już kilka żon, ale i tak bywa. Zawsze zaś jest tak, że po ślubie dziewczyna przeprowadza się do domu męża - jej praca wesprze tamtą rodzinę, dlatego rodzicom nie opłaca się inwestować w edukację córek. Nauka w Kenii jest droga, wielu rodziców na to nie stać, uczą się tylko najstarsze lub najmłodsze dzieci. Rodzice odmawiają sobie niemal wszystkiego, by uzbierać na opłacenie czesnego. Uczniowie dobrze o tym wiedzą. Gdy pytam 13-latka, dlaczego tak bardzo zależy mu na dobrych wynikach w szkole, odpowiada, że chce zdobyć pracę, by zarobić pieniądze dla swojej rodziny. Chyba trudno byłoby usłyszeć takie słowa od polskich nastolatków. W Kenii wiele dzieci już w podstawówce zostaje w szkole na cały tydzień, w internatach szkół średnich odwiedziny rodziców możliwe są raz na kilka miesięcy. Dzieci są do tego przyzwyczajone, mieszkanie poza domem nie jest dla nich problemem.

Tak jak dla nastolatki nie jest problemem przeprowadzka do domu męża?
Bunt nastolatek w Kenii wygląda inaczej niż u nas. Oczywiście, docierają tam trendy z Zachodu: dziewczęta chcą nosić krótkie spódniczki, malować się pomadką i nie zawsze mają ochotę gotować obiad lub nosić wodę, kiedy rodzice każą. Różnica polega na tym, że zbuntowany nastolatek w Polsce rzuciłby garnkiem, podniósł głos, wyszedł, bunt młodych w Kenii można poznać po… zmienionym tonie głosu nastolatków podczas karnego wykonywania powierzonych im obowiązków. Zresztą, trudno wymagać od kilkunastoletnich dzieci, że nagle postawią się rodzicom, do których mają ogromny szacunek, że powiedzą na przykład: "Nie wyjdę za mąż, mam takie prawo". Zmian nie można tam dokonywać z naszej perspektywy: zakazanie wydawania za mąż małych dziewczynek i obrzezania niewiele pomogło. Trzeba przekonać ojców, że to je krzywdzi, a chłopców, że nieobrzezana dziewczyna będzie dobrą żoną. W przeciwnym wypadku, zamiast pomóc tym kobietom, bardzo im zaszkodzimy, bo zostaną wykluczone ze społeczności. Coraz więcej dziewcząt wie, że nie musi się na to godzić, m.in. dzięki ministerialnemu projektowi, który uczy je zarówno tego, jak zakładać podpaski, jak i tego, że mają prawo nie być obrzezanymi.

W Kenii ciągle to mężczyźni częściej pracują zawodowo. Jakie są obowiązki żony?
Żona wstaje ok. godz. 3 nad ranem. Przygotowuje jedzenie dla dzieci i męża, kiedy oni jeszcze śpią. Wychodzi zająć się drobiem, koźlakami, cielętami, jagniętami. Oni dalej śpią. Dorosłym bydłem teoretycznie zajmują się mężczyźni lub młodzi chłopcy, ale gdy mają inne zajęcia, ten obowiązek przechodzi na kobietę. Mąż po powrocie do domu leży i odpoczywa, żona w tym czasie przygotowuje jedzenie, pierze razem z córkami, chodzi po wodę.

Chcecie teraz - wspólnie z kobietami, które mają dzieci i prowadzą gospodarstwa - rozkręcić minibiznesy. Czy kenijskie kobiety znajdą na to czas?
Chcemy zorganizować szkolenia z szycia i robienia biżuterii, a to - mając materiały i sprzęt - można robić w domu. Wiele obowiązków żon i córek polega na dopilnowywaniu - opiece nad zwierzętami czy pilnowaniu paleniska i gotowaniu obiadu. A pilnując, mogą szyć czy nadziewać koraliki. Kobiety, nie tylko w Kenii, są mistrzyniami w wykorzystywaniu każdej chwili. Przy budowie szkoły poznałam pomysłowe, pełne zapału matki uczniów. To kobiety, które wcześnie wydano za mąż i które nie miały szans nawet na skończenie szkoły podstawowej. Praca to dla nich pierwsza okazja, by zasygnalizować partnerom, że z nimi też należy się liczyć, bo i one mogą przynieść do domu pieniądze, a dzieciom pokazać, że jeśli tylko się chce, można o siebie zawalczyć i wcale nie potrzeba dużych pieniędzy. Chcemy, by kobiety, z którymi będziemy tworzyć kluby, mogły stać się samowystarczalne i by zaczęły myśleć o sobie trochę lepiej, a przez to inspirować młodych. Unikam działań doraźnych. Zależy mi na organizacji wsparcia, dzięki któremu całe rodziny zdołają się usamodzielnić, a co za tym idzie - docelowo osiągnąć finansową samowystarczalność.

Teczka osobowa


Magda Poros


- Urodziła się w 1982 roku w Bydgoszczy, z wykształcenia jest informatykiem.

- Założyła Fundację Mogę się uczyć, która wspiera mieszkańców Kenii i jest jej prezeską. Afryką interesuje się od czasów liceum, pierwsze inspiracje czerpała z książki Ady Wińczy "Wspaniali Masajowie".

- W Kenii nadano jej imię Nashipae, co oznacza radość albo tego, kto ją niesie. Starszyzna nadaje takie imiona tym, którzy zaprzyjaźniają się z plemieniem. To wśród Masajów ważny rytuał.

- Magda Poros pierwszy raz pojechała do Afryki w 2011 roku jako wolontariuszka. Uczyła w podstawówce matematyki i organizowała zajęcia sportowe, bo na ich prowadzenie nikt tam nie miał czasu. Wiele czasu poświęcała na rozmowy z lokalną społecznością. To dzięki nim dowiedziała się m.in. o problemie związanym z edukacją dzieci, a ściślej mówiąc - z brakiem pieniędzy na opłacenie czesnego większości z nich.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.