Polacy, nie bójcie się! My normalne ludzie

Małgorzata Oberlan 18 września 2015, aktualizowano: 18-09-2015 10:00

Życie w ośrodku dla codzoziemców w Grupie koło Grudziądza nie przypomina bajki. Trudno, żeby 160 osób różnych narodowości, mających za sobą trudną przeszłość i niepewną przyszłość, kochało się. Wszyscy jednak wiedzą, że jadą na jednym wózku.

Ośrodek dla cudzoziemców w Grupie działa od 2008 roku. Obecnie w byłym internacie wojskowym mieszka 160 osób. Są to głównie Ukraińcy, Czeczeni, Ingusze i Gruzini. Każde piętro tego bloku pełne jest bolesnych wspomnień jego mieszkańców

Fot.: Jacek Smarz


Każdy ma tu swoją historię.Jedni uciekali z ojczyzny przed wojną, drudzy przed biedą. Nie jesteśmy urzędnikami, więc nie oceniamy, czy przedstawione przez naszych rozmówców wydarzenia są na tyle bolesne, by należał im się status uchodźcy. - To nie będzie takie "interwiu" jak w Warszawie - tłumaczy Ukraińcom, Czeczenom i Gruziom Julia, która ośrodek już opuściła.


Mimo wszystko jednak niektórzy odczuwają potrzebę dokumentowania swoich słów. Pokazują w komórkach i laptopach zdjęcia zrujnowanych domów, zbombardowanych ulic... Widać, że nawykli do przedstawiania dowodów. Cóż dziwnego, skoro cała procedura uzyskania statusu uchodźcy na tym się właśnie zasadza - przekonaniu stosownych instytucji, że powrót do ojczyzny to zagrożenie życia, zdrowia lub groźba prześladowań.

Olga: wszędzie obcy, niepotrzebni


Krótkie proste blond włosy. Czerwona bluza z polaru, spodnie, smutne oczy. Po czterdziestce.

- Z Ługańska wyjechaliśmy w lipcu 2014 roku. Ja, mąż i troje dzieci. Najstarszy to syn, ma 24 lata i jest inwalidą pierwszej grupy (prawie od urodzenia, dokładnie od pierwszego szczepienia). Potem jest 12-letni syn i 6-letnia Maszeńka - opowiada Olga, zaplatając palce raz w jedną, raz w drugą stronę. Zaczyna spokojnie, ale długo nie wytrzymuje. Wspomnienia są zbyt świeże.

- Mamy jeszcze najstarszą córkę. Gdy uciekaliśmy z Ługańska, ona zdecydowała się jechać do Rosji, do Rostowa. Była w ósmym miesiącu ciąży. A tam tak Ukraińców nienawidzą, źle życzą... W szpitalu córki przyjąć nie chcieli. "Rodzisz? Kładź się pod szpitalem" - tak jej powiedzieli - Oldze głos się łamie, oczy ma mokre.

Teraz już wie, że chociaż córce nielekko, to jakoś na tej wrogiej ziemi daje sobie radę. Urodziła zdrowe dziecko. Synek ma już rok. - Ale cały czas ma trudności, aby dostać się z nim do lekarza. "Nie należy się" - tak jej tłumaczą - dodaje Olga.

Ona z mężem i trójką dzieci pojechała do Lwowa. Krewni i znajomi, którzy zostali w Ługańsku, gdy się o tym dowiedzieli, szybko ocenili. "Zdrajcy" - mówili o tych, którzy śmieli szukać schronienia w mieście uznawanym za gniazdo ukraińskiego nacjonalizmu. No, ale już w samym Lwowie doświadczyli przynajmniej trochę troski. - Nie od państwa ukraińskiego, o nie! Państwo o takich jak my zapomniało, nie dbało. Zwykli ludzie pomagali - wspomina.

Przez rok mieszkali w ośrodku przy jednej z lwowskich cerkwi. "Na misji" - jak to określano. Ludzie przynosili tam uciekinierom takim jak oni jedzenie, ubrania, lekarstwa, środki higieny osobistej. Potrafili też nawiązać kontakt z organizacjami pomocowymi z zagranicy. Przychodziły paczki z Polski, Niemiec, Holandii. Przyjeżdżali zagraniczni dziennikarze, pytali, nagrywali, fotografowali (stąd u Olgi jako takie doświadczenie w dawaniu "interwiu").

- Jak długo można tak żyć na ludzkiej łasce? Mąż szukał, szukał, ale pracy znaleźć nie mógł. Dlatego przyjechaliśmy do Polski. Tutaj, w Grupie, jesteśmy od półtora miesiąca - zaznacza Olga.

Marzenia? Spokój, normalność, praca dla męża (jest spawaczem), wykształcenie dzieci. I jeszcze, żeby zobaczyć wnuczka. Tego, co został w Rostowie.

Kristina: bo mam męża Kurda


Ma 28 lat, ale wygląda jak nastolatka. Niska, drobna, ciemnowłosa. Na rękach buja roczną Nanę, która zamiast smoka woli ssać kciuk. Ale teraz to najmniejszy problem.

Kristina jest Gruzinką. W ośrodku mieszka z mężem, 5-letnim synem Sabą, no i z Naną. Mąż jest Kurdem i to stało się przyczyną ich problemów. - W Gruzji źle traktują inne narodowości, w tym Kurdów - tłumaczy Kristina. I zaraz z uśmiechem dodaje, że takich obcokrajowców turystów, którzy na urlop przyjeżdżają, to nie - można spokojnie jechać. Stoły nakryją, nakarmią, winem napoją. Źle traktują obcokrajowców "swoich".

- Moja rodzina nie mogła zaakceptować, że ja, prawosławna Gruzinka, poślubiłam Kurda. Życia nie mieliśmy - wspomina. - Mąż bez mieszkania był, bez rodziców. Co mieliśmy robić? Wyjechaliśmy szukać lepszej przyszłości.

Kristina marzy o domu, legalnej pracy dla męża (budowlańca), dobrej przyszłości dla dzieci. No, a przede wszystkim o stabilizacji. Ile można czekać w tej niepewności, czy Polacy przyznają w końcu status uchodźcy? - Ciężko tak siedzieć bez papierów, żyć w zawieszeniu. I ciągle się zastanawiać: zapuka Straż Graniczna czy nie zapuka? - mówi.

Saba chodzi do "zerówki" w Szkole Podstawowej w Grupie. Ona skończyła w Gruzji 12 klas. Na razie zajmuje się dziećmi, ale chciałaby w przyszłości pracować zawodowo. - Kocha taniec, szczególnie ten "nacjonalny" - dopowiada z boku Julia, szukając w głowie odpowiedniego słowa. - Po polsku to taniec ludowy - precyzuje. - Kristina mogłaby zostać instruktorką, tylko tutaj nikt takiego tańca nie uczy. Najbliżej to chyba w Warszawie...

Julia: jest życie po ośrodku


Ach, ta Julia! Rozgadana, ruchliwa, trudno jej usiedzieć na miejscu, a to przecież już szósty miesiąc. - Będzie czwarty ormiański Polak - mówi, głaszcząc się po wydatnym brzuchu.

Julia pomaga nam jako tłumaczka, odpowiada też na dziesiątki pytań Ukrainek i Gruzinek. Co zrobić, gdy urzędnicy odmówią przyznania statusu uchodźcy. Czy polscy przodkowie mają znaczenie? Czy można męża wysłać do pracy na czarno na budowę? Julia zna odpowiedź na każde pytanie. I pięknie mówi po polsku. W końcu jest u nas już od pięciu lat.

- Pewnie się zdziwicie (wszyscy się dziwią), że mam takie jasne włosy i jestem Ormianką, ale jestem - zaczyna. - Z Gruzji do Polski przyjechaliśmy z mężem i dziećmi w marcu 2012 roku.

W Gruzji, jak mówi, doświadczyli klasycznej dyskryminacji. Odczuły ją nawet dzieci w przedszkolu. - Były bite przez wychowawczynię - wspomina. - Z taką samą dyskryminacją spotykaliśmy się w pracy.

Ledwo w marcu wylądowali w Polsce, już w kwietniu znaleźli się w Niemczech. Mieli konflikty z Czeczenami. Z Niemiec cofnięto ich do Polski i trafili do ośrodka w Leśnej Woli. - Tam to był koszmar. Jeden ogórek na pięć osób, cały tydzień na pasztetach - wzdryga się Julia.

Po czterech miesiącach przyznano im tzw. pobyt humanitarny i skierowano do Grupy. Tutaj mieszkali blisko dwa lata. W październiku 2014 roku ośrodek opuścili. - I wtedy dopiero zaczęły się problemy! Prawdziwe życie w Polsce. Za co wynająć mieszkanie? Od kogo je wynająć? Gdzie znaleźć pracę? Z tym wszystkim musieliśmy się zmierzyć - podkreśla.

Dziś mieszkają w Grudziądzu w wynajmowanym "M" za całe 1200 zł. Mąż pracuje na budowie. Starsze dzieciaki (8 i 9 lat) chodzą do szkoły, najmłodszy 4-latek do przedszkola. Lekko nie jest, ale dają radę. - Mąż jest pracowity. Gdy byliśmy w ośrodku, choć formalnie nie było wolno, i tak codziennie chodził do pracy na czarno - zaznacza. - Dziwię się takim tu (nie będę palcem pokazywać), którzy to miesiącami siedzą, piwo piją i za robotą nawet się nie rozejrzą.

Katerina: wnuczek przed oczami


Do Polski przyjechała spod Doniecka z córką i wnuczką Lilą. Dziewczynka ma teraz 6 lat i chodzi do zerówki. Gdy miała trzy lata, na jej oczach zginął od postrzału 9-letni brat. To był sam początek wojny. - Ciągle mam wnuka przed oczami - mówi Katerina Lisuk, zaciskając poły prochowca.

Jej rodzina pochodzi z Wołynia. Dokładnie ze wsi Karpiłówka, już nieistniejącej, bo spalonej przez Rosjan i Polaków w 1943 roku. - O tym nie wolno nam było mówić przez długie lata. Moja mama, póki żyła, pilnowała tej bolesnej tajemnicy- wspomina kobieta. - Chciałabym dotrzeć do swoich polskich przodków. Nosili nazwisko Kaszyrski. Niestety, nie zachowały się żadne związane z nimi dokumenty.

Katerina Lisuk z rodziną przebywa w ośrodku od pół roku. Na Ukrainie pracowała w zakładzie produkującym odzież. Czy w Polsce znajdzie pracę? Ma jeszcze taką nadzieję. Na razie chce powiedzieć Polsce "dziękuję". Za to, że udzieliła jej schronienia.

Wiktoria: naszego domu już nie ma


Dom Wiktorii i jej rodziny znajdował się jakieś 20 minut drogi od lotniska w Doniecku.

Tak, tego lotniska, którego ukraińskie "Cyborgi" broniły przed rosyjskimi separatystami 242 dni. Tego, które Polacy ochrzcili ukraińskim Westerplatte.

- Tyle zostało z domu - Wiktoria pokazuje zdjęcia ruin. - Zresztą nie tylko z naszego. Wszystko wkoło tak zniszczono... Cała okolica jest zaminowana, strach było chodzić. A jak tam teraz wygląda, to już nie mam pojęcia. Wiem tylko, że nie ma do czego wracać.

Wiktoria jest kucharką, jej mąż budowlańcem. W październiku 2014 roku do samochodu zapakowali dzieci (syn ma 8 lat, córka 5) i podstawowe rzeczy. Najpierw pomieszkali trochę na Ukrainie u babci męża. W lipcu przyjechali do Polski. W ośrodku w Grupie żyją w stanie zawieszenia i oczekiwania. Bardzo się boją, że nie dostaną statusu uchodźców. Nie wiedzą, co wtedy zrobią. Dzieci chodzą już do polskiej szkoły, dobrze sobie radzą. Ona coraz lepiej komunikuje się po polsku. Chcieliby zostać...

Co im Polska daje?


Ośrodek dla cudzoziemców w Grupie działa od 2008 roku. Jest jednym z 11 takich w kraju. Obecnie przebywa w nim 160 osób, głównie Ukraińców, Czeczenów, Inguszów i Gruzinów.

Wszyscy są dopiero kandydatami na uchodźców. Krócej lub dłużej (niektórzy nawet od lat) przebywają w Polsce i starają się o status uchodźcy. Podstawowym warunkiem uzyskaniem takiego jest uznanie przez polskich urzędników, że powrót do kraju pochodzenia stanowi zagrożenie dla ich życia lub zdrowia - wiąże się z prześladowaniami, dyskryminacją.

- Ośrodki takie jak nasz przeznaczone są tylko i wyłącznie dla osób czekających na ten status - podkreśla dyrektor Jerzy Pomagiel. - W okresie oczekiwania obcokrajowcy zapewnione mają zakwaterowanie, wyżywienie, opiekę medyczną (na miejscu są dwie pielęgniarki i lekarz), możliwość nauki języka polskiego, zakup podręczników do szkoły podstawowej, gimnazjum i liceum, zwrot kosztów przejazdów (np. do lekarza specjalisty), jednorazową pomoc na odzież i obuwie (140 zł) oraz kieszonkowe (70 zł miesięcznie).

To nie wszystko. Dodatkowo, rodzice dzieci uczących się otrzymują 270 zł miesięcznie w ramach ekwiwalentu na żywienie dzieci.

Kiepsko z nauką języka


Zarówno młodzieży jak i osobom dorosłym oferuje się w Grupie naukę języka polskiego.

- Mamy zatrudnioną nauczycielkę. Zajęcia zaplanowane są w każdy dzień powszedni, od godziny 16.00 do 18.00. Niestety, prawie nikt na nie przychodzi - ubolewa dyrektor.

I to widać szczególnie w kontakcie z Czeczenami i Inguszami - nawet tymi przebywającymi w Polsce od kilku lat. W przypadku Ukraińców sprawa jest prostsza. Ze zrozumiałych względów szybciej łapią polski. Nawet jeśli nie są w stanie precyzyjnie się wypowiedzieć, to z tygodnia na tydzień coraz więcej rozumieją.

Prawie żadnych problemów nie mają natomiast młodsze dzieci. Uczęszczają do przedszkola i szkoły w Grupie i z naturalną dla najmłodszych łatwością chłoną język, który ma szanse stać się ich podstawowym.

Integracja poza ośrodkiem


Procedura nadania statusu uchodźcy trwa przepisowo 6 miesięcy. W tym czasie urzędnicy zobowiązani są rozpoznać sytuację obcokrajowca i albo nadać mu status, albo odmówić. Od odmowy przysługuje cudzoziemcowi odwołanie. Potem kolejne. Jeśli nadal nie dostanie upragnionego statusu, ma do wyboru: wracać do ojczyzny albo rozpocząć procedurę od samego początku (nie wyjeżdżając poza Polskę). Większość wybiera tę drugą ścieżkę.

Gdy cudzoziemiec otrzyma status uchodźcy, ośrodek taki jak w Grupie musi opuścić. Ma żyć samodzielnie, ale objęty jest programem integracyjnym. Przechodzi pod opiekę PCPR-ów i ośrodków pomocy społecznej. Ma prawo do innych świadczeń, może ubiegać się o lokal socjalny. Najczęściej jednak czeka go ciężkie zderzenie z rzeczywistością, które przeżyła już Ormianka Julia.

Byle się nie załamać


- Ciężko bywa i w ośrodku, ciężko poza nim. Grunt, to się nie załamywać. A Polakom mogłabym przekazać po prostu, żeby się nas nie obawiali. My normalne ludzie. Chcemy spokojnie żyć, pracować i wychować dzieci - kończy Julia.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 06-10-2015 08:41

    Oceniono 2 razy 1 1

    - Kas: Do szkoły w grupie chodziły moje córki, czeczeńskie dzieci wyśmiewały sie z naszej rligji popychały i biły. Ale chyba Ukraińcy lepsi od Syrii i tej całej bandy

    Odpowiedz

  2. 20-09-2015 09:18

    Oceniono 9 razy 4 5

    - jan: jacy normalni .zyjecie z naszych podatko ile jeszcze .normalny to pracuje uczy sie

    Odpowiedz

  3. 18-09-2015 15:55

    Oceniono 25 razy 17 8

    - karakall: Nie chodzi, że sie was boimy, ale o to, że wy dostajecie specjalne przywileje kosztem rodzimych mieszkańców, podczas gdy wy jesteście tu tylko goścmi, a ciągle wam mało, bo przecież "biednym i poszkodowanym" uchodźcom wszystko się należy.

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz

    1. 18-09-2015 14:02

      Oceniono 19 razy 12 7

      - LZ: ODMAWIAM

      Odpowiedz

    2. 18-09-2015 12:32

      Oceniono 23 razy 16 7

      - Gość: Nikt nie przeczy, że są to normalni ludzie. Tylko każde Państwo powinno zadbać o swoich Obywateli najpierw. Dla Nich są mieszkania/ Skąd ? I to w nowym budownictwie? Jeżeli Państwo ma wolne mieszkania (a podobno nie ma), to w pierwszej kolejności powinni je otrzymać nasi Obywatele i inna pomoc. Jak się ma za dużo można dawać innym, chociaż niekoniecznie. Jak Ktoś nie chce "niepożądanych" Gości to ich wpychać na siłę. Nie chcemy ich i już i nie musimy uzasadniać dlaczego mamy ich utrzymywać!!!!!

      Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz

      1. 18-09-2015 11:58

        Oceniono 30 razy 21 9

        - ?: W żadnych z tych państw nie ma oficjalnie wojny (no może, poza Ukrainą). Jakim więc prawem tym wszystkim ludziom przyznawany jest status uchodźcy i nadawane są przywileje, zasiłki, pomoc? Czy jeśli ja wyjadę do Norwegii i poproszę o status uchodźcy, bo jestem biednym polaczkiem ze wschodu, to mnie wyśmieją. To się nazywa emigracja zarobkowa. Ba! Nawet nie zarobkowa, tylko zasiłkowa. W urzędach trzeba chyba posadzić bardziej myślących ludzi, niż parę radosnych absolwentek po pedagogice, administracji i bezpieczeństwie narodowym z UKW, które wrażliwość ludzką i obiektywizm wyćwiczyły chyba na deskach TRIPa.

        Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz

        1. 18-09-2015 07:01

          Oceniono 36 razy 23 13

          - max: niech powiedzą to tej policjantce z Berlina którą ich pobratymcy ranili wczoraj nożem

          Pokaż odpowiedzi (2) Odpowiedz

          1. 18-09-2015 05:30

            Oceniono 32 razy 17 15

            - cezar: co do niektorych nacji mozna szybko rozwiazac problem,potraktowac widelkami jak tamci na wolyniu nas

            Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz