Cywilna armia wszechstronnie przeszkolonych pasjonatów zalewa kraj. Chcą służyć i bronić. Za darmo

Piotr Schutta 11 września 2015, aktualizowano: 16-09-2015 15:45

Może ich być kilkanaście tysięcy. Działają w związkach strzeleckich, stowarzyszeniach i nieformalnych grupach. Potrafią strzelać, znają się na taktyce wojennej i medycynie pola walki. Część z nich utworzyła niedawno Federację Grup Proobronnych.

Legia Akademicka na ćwiczeniach terenowych. W centrum Robert Polak, instruktor

Fot.: Legia Akademicka


Na stole karabinek AKM, popularny kałasznikow. Waga - nieco ponad 3 kilogramy, z pustym magazynkiem. Na ściance broni dyskretna plakietka z numerem i skrótem CLK. Dla znawcy broni to informacja, że ten konkretny egzemplarz nie wystrzeli, ponieważ został pozbawiony cech użytkowych przez specjalistów z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego KGP Policji w Warszawie.


Broń wprawdzie nie wypali, ale za to świetnie nadaje się do nauki. Do stołu podchodzi Rajmund Dziemidzik, niewysoki blondyn, lat 19, uczeń klasy maturalnej bydgoskiego technikum. Ma na sobie kompletny mundur Wojska Polskiego, z biało-czerwoną plakietką na ramieniu. Z kieszeni na klatce piersiowej wystaje mu kolba pistoletu Glock.

- To replika - informuje chłopak i wyćwiczonym ruchem bierze do rąk "kałacha", rzucając krótkie komunikaty. - Magazynek. Odbezpieczam broń. Przeładowuję. Sprawdzam komorę zamkową. Oddaję strzał kontrolny. Zdejmuję pokrywę komory zamkowej...
W okamgnieniu broń zostaje rozebrana na siedem podstawowych części. Blondyn składa broń z powrotem i odchodzi od stołu.

- Najlepszym zajmuje to dwanaście sekund - mówi starszy sierżant Tomasz Orlikowski, 25-letni student elektroniki i telekomunikacji, ze spokojem obserwujący swego młodszego kolegę. Również ma na sobie mundur wojskowy, wzór 93. W tej grupie jest najstarszy wiekiem i stopniem, dowódcą jednostki strzeleckiej 4033. Stopień nie jest co prawda wojskowy, lecz strzelecki, nadany przez Komendę Główną Związku Strzeleckiego "Strzelec" Organizacja Społeczno-Wychowawcza, ale to w tej chwili nie ma znaczenia. Liczą się umiejętności i pasja, która jest ich największą zaletą.

- Ćwicz, ćwicz. Jak masz okazję - zachęca innych 23-letni operator maszyn CNC, Patryk Kieliński i podaje broń wysokiemu studentowi. Chłopak nie ma problemu z obsługą karabinka. Robił to wiele razy. Oprócz tego, że zna się na broni, taktyce walki, regulaminach wojskowych i wie, co to musztra, jest także certyfikowanym ratownikiem medycznym pola walki.

Gotowi pod bronią


- Na kursie w Wojskowym Centrum Kształcenia Medycznego w Łodzi było nas pięćdziesięciu. Uczyliśmy się na symulatorach pola walki, jak się zachować w realnej sytuacji, jak pomóc koledze, który został postrzelony - mówi 19-letni Bartek Górski, świeżo upieczony student ratownictwa medycznego na Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.

Takich jak oni miłośników broni i wojskowości może być w całym kraju kilkanaście tysięcy. Dokładnie nikt ich jeszcze nie policzył. Wprawdzie z najnowszego raportu Instytutu Sobieskiego "Organizacje proobronne w systemie bezpieczeństwa państwa" wynika, że w Polsce działa siedemnaście różnych organizacji paramilitarnych, mających blisko 200 oddziałów terenowych, ale wiele wskazuje na to, że nie są to dane kompletne.

Uwzględniają bowiem tylko te grupy, które ujawniły się oficjalnie, biorąc udział w pierwszym w Polsce, zorganizowanym w marcu br. kongresie zjednoczeniowym, na którym pod egidą Ministerstwa Obrony Narodowej utworzono Federację Organizacji Proobronnych. Na jej szefa wyznaczono gen. dyw. w st. spoczynku Bogusława Packa, który oficjalnie został mianowany pełnomocnikiem ministerstwa do spraw społecznych inicjatyw proobronnych.

- Oficjalne zatwierdzenie federacji generał ma ogłosić podczas obchodów rocznicy 17 września na placu Piłsudskiego. Do Warszawy zaproszone są zresztą wszystkie organizacje proobronne, również te, które nie weszły w skład FOP - mówi 28-letni Łukasz Wójciński z zarejestrowanego w 2012 roku stowarzyszenia Fideles et Instructi Armis, co tłumaczy się jako Wierni w Gotowości pod Bronią. W przeciwieństwie do związków strzeleckich FIA niejest organizacją młodzieżową, zajmującą się wychowaniem młodego pokolenia, lecz grupą dorosłych pasjonatów, nastawionych na jak najbardziej profesjonalne szkolenie wojskowe, choć oficjalnie MON zabrania używania tego słowa.

- Celujemy w osoby ustatkowane życiowo, po studiach, z pracą i rodziną. Czterdzieści procent naszych członków to ludzie w wieku 31-36 lat. Nasi kadrowcy policzyli, że średnia wieku to 28 lat. Mamy lekarzy, ratowników medycznych,marketingowców, pracowników telewizji, jest nawet producent filmowy - wylicza Łukasz Wójciński, absolwent wrocławskiej politechniki, dyrektor działu w firmie projektującej symulatory dla wojska.

- Nie lubię słowa "elita", ale faktycznie, trafiają do nas przeważnie ludzie wykształceni - dodaje.

Ochotnik poza domem


Żeby wstąpić do organizacji paramilitarnej, trzeba być osobą niekaraną, przede wszystkim nastawioną na podnoszenie kwalifikacji. W FIA każdy nowy członek ma 12 miesięcy na zaliczenie tak zwanej karty wyszkolenia oraz na zgromadzenie sprzętu, za który trzeba zapłacić z własnej kieszeni. Tak jest wszędzie. Często więc kupuje się sprzęt używany lub korzysta z tego, który przekaże wojsko w ramach współpracy z ruchem proobronnym. Ta współpraca to także zapraszanie cywilów na wojskowe strzelnice (nie trzeba wówczas płacić), na poligon i rozmaite szkolenia z użyciem sprzętu, na który paramilitarny oddziałek nie może sobie pozwolić.

- Obliczyliśmy, że w ubiegłym roku każdy członek FIA spędził poza domem kilkadziesiąt dni, biorąc udział w kursach i szkoleniach. To chyba nieźle, jak na ochotników poświęcających swój prywatny czas - mówi Wójciński i wymienia podstawy rocznego programu szkoleniowego. - Dziewięć dwudniowych szkoleń obowiązkowych i trzy nieobowiązkowe. Co drugi miesiąc spotkanie wszystkich oddziałów z całego kraju. Do tego zajęcia na strzelnicy. Niektóre oddziały strzelają nawet raz w tygodniu. Chcemy, by każdy członek naszego stowarzyszenia przeszedł podstawowe przeszkolenie w posługiwaniu się bronią palną.

Motywacje ludzi, którzy garną się do grup paramilitarnych to całe spektrum oczekiwań i potrzeb, mniej lub bardziej realnych, a czasami skrytych. Zdarza się, że niektórzy wylatują z oddziałów za pijaństwo albo obnoszenie się z sympatiami prorosyjskimi czy innymi.
- Kilka osób, już po złożeniu przez nie przyrzeczenia, musieliśmy usunąć. Bo broiły. Nie tolerujemy alkoholu i chuligaństwa - nie ukrywa młodszy chorąży ZS Krzysztof Ratajczak z Torunia.

Przeważnie jednak do związków strzeleckich przychodzi młodzież licealna i studencka, myśląca o karierze w służbach mundurowych. Do innych grup lgną ludzie "zakręceni" na punkcie broni i wojskowości. Ci, którzy chcą sobie tylko postrzelać albo ładnie wyglądać na zdjęciach, wykruszają się najszybciej. Nie wytrzymują dyscypliny wojskowej i nie umieją współpracować z grupą. Ci jednak, którzy zostają i trafiają później do mundurówki, często stają się liderami w swoich formacjach.

- Kiedy nasi ludzie idą później do wojska, są wyróżniającymi się jednostkami. Znają się na broni, ale przede wszystkim na taktyce walki, bo nie uczymy się na przestarzałych podręcznikach, którymi ciągle posługuje się nasza armia - tłumaczy Krzysztof Ratajczak.

Był założycielem i dowódcą toruńskiej jednostki 4048, a od niedawna pracuje nad stworzeniem Kujawsko-Pomorskiego Obwodu Strzeleckiego, ponieważ w regionie przybywa nowych oddziałów "Strzelca". Niedawno powstały w Kruszwicy, Aleksandrowie Kujawskim i Inowrocławiu. Jedne tworzą się przy istniejących klasach mundurowych, inne przy jednostkach wojskowych, zakładane przez zawodowych żołnierzy.

Kwalifikacjami, jakie posiada 27-letni Damian Duda z Legii Akademickiej KUL, można by obdzielic kilku ludzi. Historyk sztuki i wojskowości z wykształcenia, pracownik naukowy, do tego płetwonurek, instruktor wspinaczki, wyszkolony strzelecko i w zakresie medycyny pola walki. Jako przedstawiciel jednej z fundacji jeździ na front ukraiński w roli szkoleniowca i wolontariusza.

Wykorzystać potencjał


- Nas nie interesuje polityka. Chcemy szkolić młodych ludzi, którym wojsko nie daje takiej możliwości i propagować myśl patriotyczną, co powinna z kolei robić szkoła. Drzemie w nas ogromny potencjał - mówi Damian Duda.

- Państwo polskie powinno wykorzystać to, że w naszych szeregach jest tak wielu ochotników zainteresowanych szkoleniami wojskowymi, ale tez wielu liderów, których można by lepiej wykorzystać. Do tego jednak potrzebne sa rozwiązania sytemowe, których brakuje. Dopiero my wyjdziemy z takim pomysłem. do połowy września chcemy opublikować założenia Krajowego Systemu Obrony Narodowej. Mówiąc najkrócej, chcemy, by nasze organizacje mogły wchodzić do struktur Obrony Terytorialnej jako całość.

Oczywiście po przejściu procesu certyfikacji przed specjalną komisją wojskową. Tak, jak to jest na przykład w Szwecji - mówi Grzegorz Matyasik z Obrony Narodowej.pl, organizacji złożonej w połowie z oficerów rezerwy, liczącej pół tysiąca członków - organizują ogólnopolskie cwiczenia, prowadzą działalność szkoleniową i wydawniczą. Nie przystąpili do utworzonej przy MON Federacji Organizacji Proobronnych.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.