Historia emerytur w Polsce to zwykle klepanie biedy z marzeniem o wakacjach pod palmami w tle

Krzysztof Błażejewski 4 września 2015, aktualizowano: 04-09-2015 15:32

Głównym hasłem kampanii wyborczej prezydenta Andrzeja Dudy była zapowiedź obniżenia niedawno podniesionego przez rząd Donalda Tuska wieku emerytalnego. Czy to się uda? A jeśli tak, to czy ZUS i budżet państwa to wytrzymają?

Fot.: ze zbiorów wimbp w bydgoszczy


Mało kto zdaje sobie sprawę, że tak oczywista "recepta" na życie w postaci najpierw edukacji, potem pracy i na koniec - "najdłuższych wakacji" dzięki rencie lub emeryturze, jest pomysłem mającym niewiele ponad wiek. I to głównie w bogatych krajach Europy i Ameryki Północnej.
Zaopatrzenie finansowe na starość przez państwo jest wciąż ideą nieznaną w większości krajów muzułmańskich czy np. w Indiach. Tam, tak jak przez długie wieki również w Europie, utrzymywaniem ludzi starych i niedołężnych zajmowały się rodziny. Praca, jak dziś rozumiemy to pojęcie, nie była czymś powszechnym. Ponadto średnia długość życia jeszcze sto lat temu "kręciła się" wokół czterdziestki, a sześćdziesięciolatkowie byli uważani za niedołężnych starców. Na zaopatrzenie na starość ze strony państwa mogli liczyć jedynie, od XVIII wieku, żołnierze po odejściu ze służby czynnej. Nie trwała ona jednak tyle co współcześnie: rok czy dwa lata, ale 20 lub 25.

Wyborcza kiełbasa kanclerza Ottona von Bismarcka


Stan ten zmieniły dopiero powszechna industrializacja w drugiej połowie XIX wieku oraz rozwój higieny i warunków życia, a co za tym idzie - wydłużanie się czasu trwania życia. Ludzie przenosili się masowo z przeludnionych wsi do miast, gdzie utrzymywali się z pracy najemniej. Starzy, chorzy, dzieci i kalecy stworzyli armię żebraków na ulicach. To wtedy powstały towarzystwa filantropijne i charytatywne, które zaczęły się nimi opiekować. Ponadto w XIX wieku zaczęły powstawać robotnicze kasy zapomogowe, gwarantujące swoim członkom niewielkie wypłaty na wypadek utraty zdolności do pracy.
Wszystko to zmienił dopiero niemiecki kanclerz Otton von Bismarck w 1889 roku. Aby zyskać głosy robotników podczas wyborów parlamentarnych, wprowadził gwarantowaną przez państwo emeryturę dla wszystkich ubezpieczonych pracowników, którzy ukończyli 70. rok życia. Do sfinansowania tego systemu służyły składki potrącane z pensji. Reforma ta okazała się mieć ogromne znaczenie dla rozwoju niemieckiej gospodarki, bowiem do miast napłynęły ogromne rzesze robotników. Wprowadzone przez Bismarcka ubezpieczenie emerytalne razem z ubezpieczeniami od kalectwa i choroby stało się podstawą państwa dobrobytu.

Emerytura za 1200 wklejonych do książeczki znaczków


W ten sposób pierwszymi Polakami, którzy mogli otrzymywać emerytury, stali się poddani cesarza Niemiec, mieszkańcy ziem pod pruskim zaborem. Niestety, było ich niewielu. Dla większości pracujących dożycie wieku 70 lat było wówczas tylko nieosiągalnym marzeniem. Na przełomie XIX i XX wieku do rządu Prus zaczęły trafiać apele różnych frakcji parlamentarnych o skrócenie tego wieku do lat 65. Taką właśnie ustawę sejm Niemiec przyjął już w czasie I wojny światowej, 12 czerwca 1916 roku.
"Rentę otrzyma każdy ubezpieczony, który skończył lat 65, choćby był jeszcze zdolny do pracy" - pisała pomorska prasa. "Przez zniżenie owych 5 lat kilka tysięcy ludzi więcej osiągnie rentę. Jest to zasługą także Koła Polskiego w parlamencie, które od kilku lat się tego domagało. Robotnicy powinni jednak zważać, by im wszędzie, gdzie są w zatrudnieniu, regularnie znaczki wklejano, bo dużo jest przypadków, że z lekkomyślności przez zapomnienie po prostu wiele tygodni robotnikom ginie".
Wspomniane znaczki, potwierdzające opłacenie składki, pracujący wklejali do specjalnych książeczek. Otrzymywali je po wpłaceniu określonej kwoty, bowiem składka emerytalna finansowana była wówczas i przez pracodawcę, i przez pracującego po połowie. By przejść na emeryturę w wieku 65 lat, trzeba było mieć co najmniej 1200 znaczków wklejonych do książeczki, czyli przepracować minimum 30 lat.

Dwa razy więcej dla umysłowego niż dla fizycznego


Kiedy odradzała się niepodległa Polska, sprawa wspólnego systemu emerytalnego dla kraju musiała być zbudowana od podstaw. Mieszkańcy byłej dzielnicy pruskiej oczekiwali zatwierdzenia starego systemu, o podobnym rozwiązaniu marzyli również robotnicy z dawnego zaboru austriackiego, gdzie emerytury przysługiwały wyłącznie wojskowym i pracownikom umysłowym. A co dopiero mówić o mieszkańcach wschodniej Polski (na terenie zaboru rosyjskiego emerytury w ogóle nie były znane)?
Dopiero w 1934 roku udało się stworzyć jednolite zasady emerytalne. Powołano wtedy Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Powstały dwa odrębne systemy: jeden obejmował pracowników umysłowych, drugi - fizycznych, w obu przypadkach składka była opłacana po połowie przez pracownika i pracodawcę. Z uwagi na różnice zarobków bardzo różniły się też i emerytury: średnia urzędnicza przekraczała 100 zł, robotnicza nie sięgała pięćdziesiątki. Do wojny system ten objął mniej niż 10 proc. społeczeństwa, bowiem swoje odrębne branżowe przepisy emerytalne miało wojsko, policja, kolejarze, nauczyciele i wiele innych grup zawodowych.
Po II wojnie wraz z nową ideologią funkcjonowania państwa powszechny i sprawiedliwy system emerytalny, obejmujący w całości klasę pracującą, był oczywistością. Trzeba jednak było go stworzyć od nowa i kontynuować na zasadach repartycyjnych, czyli pokrywania wypłacanych świadczeń z bieżących wpływów budżetowych. Mężczyznom przyznano prawo do emerytury w wieku 65 lat, kobietom o pięć lat wcześniej. Taki system w Polsce funkcjonował bez większych zakłóceń aż do reformy uchwalonej w 1998 roku. Niemniej majstrowano przy nim wiele.
W 1953 roku do listy uprawnionych do emerytury dopisano robotników rolnych, w latach 60. przedstawicieli tzw. wolnych zawodów, pracowników sektora prywatnego, a w 1973 roku również twórców. Później w atmosferze nasyconej propagandą sukcesu wprowadzono emerytury dla rolników w zamian za oddanie gospodarstwa na rzecz państwa lub swoich następców, a jakiś czas później także i dla członków ich rodzin. Pomorska prasa trąbiła wówczas o wielkim osiągnięciu państwa polskiego, któremu z uwagą przyglądać się miał... cały świat. Dzień w dzień publikowano wypowiedzi chłopów z naszego regionu, sławiących pod niebiosa Edwarda Gierka.

Będziecie siedzieć cicho, dostaniecie przywileje


Sprawy emerytur rolniczych nie uregulowano jednak do końca. W 1990 roku powstał KRUS, z którego reformą ociągają się do dziś wszystkie kolejne rządy.
W 1949 roku uchwalono Kartę górnika, która jako pierwsza dokonała wyłomu w systemie równości. Umożliwiała otrzymanie emerytury już po ukończeniu 55. roku życia. Odrębny system objął też pracowników służb mundurowych i ubeków, którzy mogli otrzymywać emerytury nawet już po 15 latach pracy i następnie dorabiać sobie do nich w cywilu.
Po wprowadzeniu stanu wojennego władza usiłowała przeciągnąć społeczeństwo na swoją stronę przez kolejne przywileje. W latach 1983-87 wprowadzono dla wielu grup zawodowych możliwość przechodzenia na emeryturę o 5 lat wcześniej niż wynosił wiek ustawowy.
1 stycznia 1999 roku wprowadzono w życie nową ustawę emerytalną, obowiązującą do dziś, w obawie przed upadkiem całego systemu, który w latach 90. stał się niewydolny. Obowiązek opłacania składki w części przerzucono na pracownika. Ponadto wszystkich ubezpieczonych podzielono na trzy grupy w zależności od wieku. Obliczono też przyszłym "stypendystom" ZUS-u kapitał początkowy. Wszystko to działo się w entuzjastycznej atmosferze. Stworzenie II i III filaru miało umożliwić milionom Polaków coroczny wypoczynek pod palmami. Wizja ta szybko została przykryta przez smutną rzeczywistość. Jak przebiegała "kariera" OFE, nie trzeba chyba przypominać.
Przy nowym systemie także "majstrowano", przede wszystkim tworząc kolejne przywileje szybszego przechodzenia na emeryturę dla służb mundurowych w okresie rządów SLD, dla górników, a także dla pracowników wymiaru sprawiedliwości.

Praca aż do 67 lat albo głodowe emerytury


W maju 2012 rząd Donalda Tuska uchwalił zrównanie wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn do 67 lat, uzasadniając to coraz realniejszą groźbą znaczącego obniżenia wysokości wypłacanych emerytur z powodu ujemnego przyrostu naturalnego i wydłużającego się wieku życia, a co za tym idzie i długości pobierania świadczeń emerytalnych.
Prezydent Andrzej Duda jeszcze w trakcie kapanii wyborczej zadeklarował podjęcie starań o obniżenie wieku emerytalnego. Jego wyliczenia wskazują na to, że jednak - wbrew stanowisku rządu - jest to możliwe. Szczegółów projektu jeszcze nie znamy - nie wiadomo, czy przywrócony miałby być dawny system, czy wprowadzono by jeszcze inne rozwiązanie - emerytura uzależniona miałaby być nie od wieku, ale długości stażu pracy. O tym jednak rozstrzygnie już następny parlament, którego składu nie można w tej chwili przewidzieć.
Co ostatecznie zwycięży? Twardy racjonalizm czy populizm? Oto jest pytanie z gatunku prawdziwie hamletowskich...

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 15-01-2017 17:00

    Oceniono 2 razy 2 0

    - Jalom: Przydało mi się na referat dotyczący systemu emerytalnego, dziękuję.

    Odpowiedz

  2. 19-12-2015 15:46

    Oceniono 6 razy 2 4

    - Słowianin , były "polak " IDIOTA ! .: ooooooooooooooo :))))))))00 Q....WA , tu też " demokratyczna " CENZURA ?! :) ...

    Odpowiedz