Śmierć pod pogodnym wrześniowym niebem

Szymon Spandowski 28 sierpnia 2015

Czwartego dnia II wojny światowej na torach pod Wagańcem koło Nieszawy stało sześć pociągów z ewakuującym się w kierunku Warszawy polskim wojskiem. Tuż przed południem nadleciały niemieckie samoloty. Rozpoczęła się masakra...

Na zdjęciu widać żołnierzy Dywizjonu Pomiarów Artylerii podczas ćwiczeń na strzelnicy, jeszcze przed wybuchem wojny

Fot.: Krzysztof Kaszowski


Czytając różne wspomnienia można czasami odnieść wrażenie, że wojna to wspaniała przygoda. Ryzyko ponoszone w słusznej sprawie, radość, jaką daje ostateczny triumf nad wrogiem. Podobnie bywa z filmami. Franek Dolas, główny bohater „Jak rozpętałem drugą wojnę światow” zwiedził dalekie kraje, okpił pół niemieckiej armii. W ten sposób ostatnią wojnę mogą jednak postrzegać tylko ci, którzy jej na własne oczy nie widzieli.


Stoję na stacji w Wagańcu na trasie Toruń – Włocławek. Spoglądam na zamknięty dworzec, puste perony, tory, zachmurzone niebo. Widać na nim tylko chmury. 76 lat temu, we wrześniu 1939 roku wszystko wyglądało tu jednak inaczej.
Tuż przed południem


„W dniu 4 września 1939 roku, między godziną 8.30 a 10 na stacji znajdowało się sześć składów ewakuacyjnych, które na skutek uszkodzenia torów na linii Kutno – Łódź nie mogły być kierowane na trasę, która była pod kontrolą lotnictwa wroga - czytamy w sporządzonej 26 sierpnia 1984 roku relacji, jaką spisał Henryk Weka, artylerzysta z czasów II wojny światowej, a w latach 80. prezes nieszawskiego koła ZBoWiD-u. - W transportach tych było wielu rannych wymagających natychmiastowej pomocy. (…) Transporty były rozstawione po wszystkich torach od wjazdu z kierunku Torunia, aż po sygnały wyjazdowe w kierunku Włocławka. Obrony przeciwlotniczej przy nich nie było, nie było również lotnictwa własnego. Około godziny 12 nadleciała grupa bombowców od strony północnej i rozpoczęła bombardowanie i ostrzeliwanie z broni maszynowej. Nalot trwał długo, niektóre maszyny wracały jeszcze ostrzeliwując ratowników i uciekających”.
Skutki tej masakry widzę na zdjęciach. W jednym z pociągów znajdowali się żołnierze Dywizjonu Pomiarów Artylerii, który stacjonował w koszarach na toruńskim Rudaku. Wśród nich był starszy ogniomistrz Kazimierz Kaszowski z plutonu fotograficznego. Zdjęcia, które wtedy wykonał, są drastyczne. Widać na nich spalone ludzkie zwłoki, okaleczone wybuchem bomby ciało dowódcy transportu majora Albina Pająka. Rozbite wagony, rozrzucone po kolejowym nasypie trupy koni. Fotografie nigdy nie były publikowane, co - chociażby ze względu na utrwaloną na nich makabrę - nie dziwi. Z tego powodu my również wybieramy do druku jedynie najmniej drastyczną ilustrację.

„Zwłoki były w zdecydowanej większości zdeformowane - czytamy dalej w relacji Henryka Weki. - Niektórzy mieli po pół głowy, nogi i ręce pourywane, flaki porozrzucane, poopalane mundury. Trudno było ustalić, ilu było poległych, ponieważ prawie nic nie było do kompletu”.

Archiwalne fotografie dostałem dzięki uprzejmości pana Rajmunda Ulatowskiego.

- Mój ojciec, starszy ogniomistrz Stanisław Ulatowski, przyjaźnił się z Kazimierzem Kaszowskim - opowiada pan Rajmund. - Służyli w tej samej jednostce, jednak ojciec nie jechał tym transportem. Nasza rodzina została przewieziona samochodami.

Zbiorowa mogiła


Toruński dywizjon miał dotrzeć koleją do Wesołej. Poza majorem Pająkiem, w masakrze w Wagańcu zginął również dowódca tej jednostki pułkownik Karol Steuer, śmierć ponieśli także: kapitan Roman Rogowski, porucznik Feliks Cichocki i kilkunastu innych żołnierzy, których tożsamości nie udało się ustalić. Zginął również porucznik Andrzej Pereświet-Soltan, artylerzysta z 27. Dywizji Piechoty, która walczyła w składzie Armii Pomorze. Razem z nim poległo jeszcze 17 jego żołnierzy. Wszystkie ofiary spoczywają na cmentarzu w położonym pod Wagańcem Zbrachlinie, w jednej ze 121 mogił żołnierzy Września, jakie znajdują się na terenie województwa kujawsko-pomorskiego.

- Największa liczba naszych żołnierzy z tego okresu pochowana jest na cmentarzu komunalnym przy ul. Kcyńskiej w Bydgoszczy. To około 400 żołnierzy Armii Pomorze poległych podczas ciężkich walk w pierwszych dniach września 1939 roku w Borach Tucholskich oraz na terenach pomiędzy Świeciem, Tucholą i Bydgoszczą - mówi Bartłomiej Michałek, rzecznik wojewody kujawsko-pomorskiego. - Około 400 żołnierzy spoczywa na cmentarzach w Świeciu i Świekatowie, pozostałe obiekty to m.in. Drzycim, Gródek koło Drzycimia, Laskowice Pomorskie, Nowe, Bzowo, Warlubie, Klonowo, Gostycyn, Wudzyn, Koronowo, Buszkowo, Byszewo, Mąkowarsko, Pruszcz, Sępólno Krajeńskie, Więcbork.

Kolejne duże mogiły żołnierzy z września roku pamiętnego związane są z walkami na linii Grudziądz – Brodnica. Około 200 ich uczestników pochowano w Grudziądzu, zbiorowe mogiły znajdują się również w Mełnie, Grucie, Wąbrzeźnie. Pojedyncze i zbiorowe groby wyznaczają również szlak przemarszu wojsk Armii Pomorze w stronę Warszawy, czy też raczej pola bitwy nad Bzurą.

Działa, których zabrakło


Pociągi, które przetrwały bombardowanie pod Wagańcem, pojechały dalej. Kolejarze i ochotnicy uprzątnęli tory, leje po bombach zsypując węglem.

Masakrę z 4 września przypomina obelisk, ustawiony z inicjatywy m.in. Leszka Cieślaka. Kamień pamiątkowy, który zresztą upamiętnia również walki prowadzone w tym rejonie w 1920 roku, stoi między dwiema działami przeciwlotniczymi. We wrześniu 1939 roku bardzo ich tu brakowało.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.