1110 + 208 + ? dni za kratami [ROZMOWA]

Jarosław Reszka 21 sierpnia 2015, aktualizowano: 21-08-2015 13:50

W środowe południe obszerna sala widzeń Zakładu Karnego w Potulicach jest pusta. Przy jednym ze stolików siedzi tylko wicedyrektor więzienia z jednym z oficerów. Będą dyskretnie przysłuchiwać się mojej rozmowie z Tomaszem Gąsiorkiem.

Fot.: Dariusz Bloch


Mimo że zamknięty jest w Potulicach od 9 stycznia, nie stracił smukłej sylwetki biegacza. Na ręku sportowy zegarek o intrygującym, kosmicznym kształcie. Ubrany w niebieskie dżinsy i niebieskie adidasy, czarny t-shirt i bladozieloną kurtkę z płótna. Panuje nad emocjami. W czasie rozmowy parę razy jednak głos mu się łamie.



Liczy Pan dni za kratami?
Tak. Do ostatniego wyroku uzbierało się ich 1110. Teraz na razie doszło 208.


Jak Pan to znosi psychicznie?
Jest bardzo ciężko. Kiedy aresztowano mnie pierwszy raz, córka miała 5 lat, syn 12. Dzieci dorastały beze mnie. Teraz są już dorosłymi ludźmi. Proszę sobie wyobrazić, jak oni muszą się czuć, gdy w gazetach czytają, że ich ojciec kazał zabić człowieka. Choć wyrok nie jest prawomocny, niektórzy ludzie w mediach bez ogródek nazywają mnie mordercą. Takie określenie padło na przykład w popularnym programie telewizyjnym Michała Fajbusiewicza. Z drugiej strony, łatwiej się siedzi, gdy jest się niewinnym. Ani przez chwilę nie zwątpiłem w polski wymiar sprawiedliwości. Mimo jego błędów, mimo że sąd, który skazał mnie na 25 lat więzienia, w takim składzie nie miał prawa mnie sądzić. Mój adwokat dowodzi tego w apelacji. Wierzę, że przekona sędziów z Gdańska.


Fanatykowi biegania chyba ciężko też przyzwyczaić się do bezruchu w celi.
Fakt, poza kontaktami z rodziną i przyjaciółmi najbardziej brakuje mi ruchu. Ale daję radę i tutaj także biegam, choć rzecz jasna nie maratony…


Kiedy Pan się zaraził tymi maratonami? 20 lat temu, jak pamiętam, był Pan facetem ze sporą nadwagą.
Jako chłopak trenowałem kolarstwo. Byłem nawet drużynowym mistrzem Polski. Po wojsku zrezygnowałem z treningów i zacząłem tyć. Doszedłem do 115 kg. Wtedy obejrzałem w telewizji program o koszykarce, która po wypadku z ogromnym samozaparciem walczy o powrót do sprawności. Zrobiło mi się głupio. Zacząłem biegać. Pierwszy maraton pobiegłem w 2001 roku. Bez podpowiedzi taktycznych ruszyłem za grupą czarnoskórych. Po dwóch kilometrach już byłem trup…


Życiówka?
3 godz. 16 minut - w 2010 roku w Hamburgu. Niestety, palę papierosy. Przeczytałem w jakimś artykule w prasie, że bez tego nałogu byłbym w stanie biegać szybciej o 25 minut. Zszedłbym więc poniżej trzech godzin, o czym marzy każdy maratończyk amator.


Nie zatrzymała Pana nawet poważna kontuzja.
Rzeczywiście, w 2007 roku porwałem się na Setkę Zamojską i podczas biegu pozrywałem sobie przywodziciele. Przeszedłem dwie operacje. Ale wróciłem na start. W 2013 r. ukończyłem maraton w Dubaju. Ruszyliśmy wtedy na trasę o piątej rano, a mimo to temperatura przekraczała 30 stopni.


Udało się Panu namówić do biegania wielu ludzi, w tym wicemistrza olimpijskiego w rzucie dyskiem, Piotra Małachowskiego. Jak Pan go poznał?
W smutnych okolicznościach. W 2009 r. trenowałem bieganie w Portugalii. Obok przygotowywała się do startów kadra polskich lekkoatletów. Zaczęliśmy ze sobą sympatycznie rozmawiać. Zakończenie obozu było jednak ponure. To tam nagle zmarła młociarka, Kamila Skolimowska.


Małachowski musiał stać się dla Pana bliską osobą. Po tym, jak zdobył mistrzostwo Europy, pisało się, że Gąsiorek sprezentował mu bmw x5.
To tylko częściowo prawda. Owszem, poszukałem dla niego odpowiedniego wozu, otrzymał spory rabat, ale to nie był prezent.
Z piłkarzami też miał Pan jakieś osobiste kontakty? Nasza kadra, gdy grała w Bydgoszczy, z reguły zatrzymywała się w hotelu „Brzoza”.


Nie miałem w tym środowisku żadnych znajomości. Jeszcze za trenera Engela złożyliśmy naszą ofertę. Potem do Brzozy przyjechali ludzie z PZPN, obejrzeli hotel i okolicę. Przypadło im do gustu, że blisko stąd do Bydgoszczy, ale mieszka się na skraju lasu i potrenować można na boisku gimnazjum w Brzozie. Nie rozczarowali się, więc potem wracali.
Można prowadzić interesy zza krat?

Adwokaci namówili mnie, bym w Potulicach przyjął status nie aresztanta, lecz skazanego. Z początku wzdragałem się, bałem się, że będzie to odczytane jako przyznanie się do winy. W końcu dałem się przekonać. Jako skazany mam więcej uprawnień, m.in. mogę korzystać z widzeń. Przychodzą na nie także moi współpracownicy.


Parę lat temu zabrał się Pan za nowy biznes - budowę dróg. Powiódł się?
Kupiliśmy kopalnię kruszywa. Sprzedawaliśmy piasek na budowę autostrad A1 i A2, drogi ekspresowej S8. Niestety, po wyroku wielu kontrahentów odwróciło się ode mnie. Miałem na przykład umowę z firmą z Inowrocławia na budowę obwodnicy tego miasta. Została zerwana. Nie dziwię się temu. Ja też nie chciałbym robić interesów z kimś, kto, jak orzekł sąd, kazał zamordować człowieka.


Jak Pan przyjął ten wyrok?
Z zaskoczeniem i rozgoryczeniem. Ale najbardziej zaskoczyło mnie to, że po wyroku sąd kazał mi opuścić salę rozpraw. Po wymierzeniu kary 25 lat więzienia po prostu kazał mi wyjść…


I wyszedł Pan, po czym zniknął na przeszło tydzień. W całej Polsce huczało wtedy, że Gąsiorek uciekł i szybko go nie znajdą.
Pojechałem prosto do domu, zobaczyć się z mamą. Ona pochowała już swego męża i jednego z synów… Nie wiedziałem, ile czasu będę mógł spędzić na wolności. Nigdzie nie uciekłem - a ci, co tak od razu chcieli mnie posadzić, mogli mnie pilnować. Gdy się ma 53 lata i dostaje wyrok 25 lat więzienia, to jest to właściwie dożywocie. Mój adwokat złożył zażalenie na areszt. Chciał wywalczyć, bym czas do apelacji spędził na wolności. Kiedy okazało się, że nie ma na to szans, zgłosiłem się na policję. Pojechałem na komisariat Bydgoszcz Śródmieście w środku nocy. Nie chciałem, by moje zatrzymanie stało się widowiskiem medialnym. Gdybym choć trochę czuł się winny, na pewno teraz nie byłoby mnie tutaj, w Potulicach.


Czym Pan się tu zajmuje?
Z nadzieją czekam na apelację. Wstaję o szóstej, o siódmej jest śniadanie, potem spacerniak. To na nim staram się biegać. Nauczyłem się też biegać w miejscu. Robię to w celi, koło okna. Co dwa dni mogę pograć w ping ponga. Dużo czytam. Przeglądam akta mojej sprawy. 536-stronicowe uzasadnienie wyroku znam niemal na pamięć. No i modlę się. Odpisuję na listy znajomych biegaczy i bliskich mi księży misjonarzy ze zgromadzenia w Bydgoszczy.


Żałuje Pan czegoś?
Niczego nie żałuję. Mam natomiast żal, że z powodu aresztowań nie było mnie, gdy dorastały moje dzieci.


Co będzie, jeśli apelacja zostanie odrzucona?
Nie chcę nawet myśleć o tym. Prokurator Bednarczyk, który nadzorował śledztwo przeciwko mnie, powiedział kiedyś, że nie ma zbrodni doskonałej. Ja też tak myślę. Różnica jest taka, że prokurator, mówiąc to, miał na myśli to, co ja rzekomo zrobiłem. Ja zaś mam na myśli to, co on chciał zrobić ze mną.


Dlaczego ktoś z prokuratorów, policjantów czy sędziów miałby uwziąć się na Pana? Dlatego że jest Pan bogaty?
Sam Pan sobie odpowiedział na pytanie. Polacy nie lubią tych, którym się powiodło. A ja przecież do wszystkiego doszedłem ciężką pracą. Zaczęło się od kawiarenki w Inowrocławiu. Potem zacząłem jeździć do Niemiec i ściągać stamtąd samochody. Pewnego razu jeden właściciel salonu samochodowego w Niemczech powiedział: „Po co wozisz samochody stąd? Nie możesz założyć własnego serwisu Mercedesa w Polsce?”. Wziąłem kredyty i tak zrobiłem. Potem kupiłem od Gminnej Spółdzielni zajazd w Brzozie. Zamieniłem go w dobry hotel, na dachu umieściłem wielki szyld „Gąsiorek”. Może to zbyt kłuło w oczy…


W Bydgoszczy może i tak, ale żeby też kłuło prokuratora z Lublina? Rozmawiał Pan kiedyś prywatnie z prokuratorem Bednarczykiem?
Nigdy. Chyba że za prywatną uznamy rozmowę po pierwszym aresztowaniu. Powiedział mi wtedy, że jeśli pójdę na współpracę i opowiem o łapówkach w wymiarze sprawiedliwości w Bydgoszczy, to on da mi spokój. Niepotrzebnie też po wyjściu z aresztu powiedziałem w jakimś wywiadzie dla prasy, że będę się domagał odszkodowania za bezpodstawne aresztowanie. No i zaczęło się… Następne aresztowanie, potem następne.


A kiedy poznał Pan Dariusza S., „Szramkę” - świadka koronnego, którego zeznania najbardziej Pana obciążyły?
Poznałem go dopiero w 2004 r., w konwoju na rozprawę przed Sądem Okręgowym w Bydgoszczy. Potem obciążył mnie i w nagrodę wyszedł na wolność. Ale znowu siedzi w areszcie, bo ponoć oszukał kolejnych ludzi na ponad milion złotych. Chodzi o przestępstwa sprzed ładnych paru lat, lecz proces toczy się bardzo powoli. Następna rozprawa „Szramki” ma odbyć się w październiku. Trudno nie odnieść wrażenia, że prokuratura robi wszystko, by mieć „Szramkę” w szachu podczas rozpatrywania mojej apelacji.


Nie powie Pan chyba, że przed aresztowaniem nie znał też Henryka L., „Lewatywy”, przestępczego szefa „Szramki”, który na Pana zamówienie miał zorganizować zamach na dyrektora Karpowicza?
Nie, Henryka L. znałem - z żużla, na którego mecze przychodziło wtedy mnóstwo ludzi, wręcz wypadało pokazywać się na trybunie głównej. Czasem grywałem też w bydgoskim kasynie, którego stałym gościem był Henryk L. Był także moim klientem w ASO Mercedes. Cóż, trafiały się wśród klientów różne łobuzy, ale co można było na to poradzić? Nie obsługiwać ich? Tak się zachował właściciel salonu samochodowego w Łodzi, Andrzej Lewandowski. W rewanżu gangsterzy puścili jego salon z dymem.


Myślał Pan nad prawdopodobieństwem takiego scenariusza, że dyrektora Karpowicza rzeczywiście zastrzelił gangster „Smoła”, wynajęty przez „Lewatywę”, tylko że zleceniodawcą zabójstwa był ktoś inny?
Owszem, takie myśli chodziły mi po głowie. Odrzuciłem je, gdy dowiedziałem się, że w styczniu „Smoła” dobrowolnie zgłosił się na policję w Niemczech. Gdyby naprawdę zabił, to po wyroku 25 lat więzienia tak by się nie zachował.


Skoro to nie Pan zlecił zabójstwo dyrektora PZU, to skąd wzięła się pogłoska, że to Gąsiorek stoi za tym morderstwem?
A zwrócił Pan uwagę, kto mówił o tym przed śledczymi i sądem? Niemal wyłącznie byli to przestępcy, którym groziła długoletnia odsiadka. Jak Marek W., który przygotował moje porwanie dla okupu - szef zbrojnego ramienia łódzkiej „ośmiornicy”, sądzony za trzy zabójstwa. Każdy z takich świadków miał świadomość, że obciążając mnie, może coś ugrać dla siebie: objęcie programem ochrony świadka koronnego, nadzwyczajne złagodzenie kary, przerwę w jej odbywaniu. Mówili więc to, co chcieli usłyszeć prokuratorzy.


Kiedy można się spodziewać rozstrzygnięć Sądu Apelacyjnego w Pana sprawie?
Moje akta ponoć są już w Gdańsku, lecz nie ma jeszcze sygnatury sprawy ani wyznaczonego sędziego referenta. Trudno więc mówić o datach.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 21-08-2015 19:29

    Oceniono 2 razy 2 0

    - temidek: gadali potulnie ??

    Odpowiedz

  2. 21-08-2015 19:15

    Oceniono 5 razy 3 2

    - zz: Czy to artykuł sponsorowany?

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz