Chłopski sposób na maraton

Katarzyna Bogucka 21 sierpnia 2015, aktualizowano: 21-08-2015 13:07

Gardzi dietetyczną papką, nie mierzy kroków ani ciśnienia. Pan Rysiek, maratończyk ze wsi Witunia, wcale nie ukrywa, że lubi dobrze zjeść, najchętniej wieprzowinę, że biega, kiedy chce i jak długo chce, tzn. pierwsza biegnie głowa, później serce, na końcu nogi.

Oprócz startów w ramach akcji „366 maratonów w 366 dni” (ponad 15 tys. km) pan Rysiek ma na koncie ponad 90 maratonów w tym 17 ultramaratonów oraz 10 startów w najtrudniejszym biegu świata - greckim Spartathlonie.


Na początku była myśl o rekordzie Guinnessa, o 366 maratonach w 366 dni i refleksja, że zwyczajny maraton to za mało, skoro leciwe kobiety robią na pielgrzymce ze 40 km dziennie. Później, pod wiejską strzechę trafiła książka japońskiego specjalisty od biegania.


Ryszard Kałaczyński, gospodarz spod Więcborka (ma maciory, prosiaki, knura Michała, psa Tigera i pszenżyto - właśnie trwają żniwa) wyczytał w niej, że organizm człowieka jest w stanie znieść jeden maraton dziennie (część lekarzy podaje limit trzech rocznie!) pod warunkiem, że rozciągnie się go w czasie. Pan Ryszard nie dał temu ograniczeniu wiary, w końcu ma za sobą setki startów, w tym próby dotarcia do mety greckiego Spartathlonu, i to bez wsparcia wozu serwisowego. Skończył na 195. kilometrze, a do przebiegnięcia było 246...

Rano rolnik, nocą biegacz


Po sobotnim finale akcji „366 maratonów w 366 dni” biegacz jeszcze bardziej wierzy, że wszystko jest możliwe, że ludzki organizm ma nieskończone rezerwuary sił. Planuje powrót do Aten. Prezentuje swoje ciało: zaskakująco wypoczęte, choć z dodatkowymi 15 tysiącami kilometrów na liczniku. Tłuszczu - zero, mięśnie - twarde jak stal, stawy - sprawne. Stopy pana Rysia są gładziutkie jak u niemowlaka, dłonie, o dziwo, też. Sport sportem, ale rozmawiamy ze spracowanym chłopem (ojcem trojga dzieci), który codziennie oporządza stado świń, zbudował dom (wciąż czeka na wykończenie elewacji), z konieczności pracował za granicą w budowlance.

- Serce? Mam taką teorię, że leworęcznego zawał nie dotknie. Ciśnienie? Nie mierzę - macha ręką i pochyla się nad talerzem pełnym kanapek i kawałków panierowanego kurczaka. Nigdy nie był na diecie, bo i po co? Nie uznaje suplementów diety. Nawet w czasie kariery ciężarowca - a jest dwukrotnym złotym medalistą mistrzostw Polski klubu Grom Więcbork w podnoszeniu ciężarów - nie faszerował się odżywkami.

W czasie morderczego tygodniowego biegu przez całą Polskę (18 godzin dziennie w trasie!), pożerał - nie zatrzymując się - chipsy i ciastka. Potwierdza, że wybredny nie jest: - Muszę jechać na świńskim mięsie, ot i cała filozofia. Do tego ziemniaki, chleb z naszej piekarni, owoce sezonowe - wylicza nieskomplikowane menu.

Po roku maratonowania Ryszard Kałaczyński schudł tylko pięć kilo. Wypija do sześciu kaw dziennie. Od alkoholu stroni od 14 lat, gdy tylko dotarło do niego, że bardziej skoncentrował się na piciu niż na życiu.

- Imprezę można zrobić bez alkoholu - uważa. - Też będzie wesoło. Zakończenie naszej akcji zgromadziło we wsi z tysiąc osób i obeszło się bez promili. Irytują mnie organizatorzy biegów, którzy na mecie wręczają uczestnikom zgrzewę piwa, mówiąc, że niby browar uzupełni minerały...

Pana Rysia nikt nie zobaczy ze sportowymi gadżetami, z pobłażliwością przygląda się biegaczom goniącym bardziej za modą niż za formą albo miłośnikom pierwszych stron gazet. Mistrz nie używa krokomierza, przez pięć lat nie zabierał na trasę zegarka. Do monitorowania swoich dokonań zmusił go dopiero regulamin Guinnessa. Oczkiem w głowie są jedynie buty, lekkie jak piórko i przewiewne „shoxy”. Przebiegły z panem Rysiem, bez cienia zużycia, 40 maratonów.

Bilans spraw różnych


Wokół najżwawszego mieszkańca wsi Witunia zgromadziło się podczas bicia rekordu Guinnessa około 60 biegaczy z Polski i innych krajów Europy. To najcenniejszy plon jego pasji. Czterdzieścioro pasjonatów pochodzi z okolicy Więcborka i z rodzinnej wsi, która dzięki panu Ryśkowi nabrała wigoru. W biurze zawodów w dawnym sklepie spożywczym tętniło życie. Pojawili się w nim ludzie, jak to mówi pan Rysiu, miauczący - wiecznie w stanach depresyjnych, którzy pod wpływem rolnika maratończyka założyli buty do biegania. Pana Ryśka zaczęto wtedy nazywać wiejskim Forrestem Gumpem.

- Głowa, najpierw biegnie głowa, później serce, na końcu nogi - tłumaczy sportsmen. - Nie biegaj w słuchawkach, muzyka zagłusza myśli, zamula mózg - w czasie biegu robi się bilans spraw dużych i małych. Jest czas na medytację, na zmówienie za kogoś różańca, i na sprawy gospodarskie, np. którą maciorę dopuścić...

Nie ma za to czasu na słabości. Maratończyk nie poddał się, gdy w środku Polski dopadł go bolesny stan zapalny ścięgna Achillesa. Radził sobie z piekielnym zmęczeniem, z przeforsowaniem organizmu, które u niego objawia się torsjami. Biegał z urazami kolan, stóp. - Boli? To znak, że masz przestać, a jak nie przestaniesz, to przestaje boleć i biegniesz dalej. Głowa rządzi, nie ciało. Fizjoterapeuta z Warszawy przebiegł ze mną dwa maratony. Dla niego jestem fenomenem, zaprzeczeniem teorii z doktoratów.

Choruje w biegu


Podczas Maratonu Toruńskiego Ryszarda Kałaczyńskiego rozłożyła grypa. O łóżku nie myślał, raczej o dobrych radach mamy, babci, taty. - Ciężka praca jest najlepszym lekiem - pan Rysiek nie ma co do tego wątpliwości. - Wirusy nie lubią zakwaszenia organizmu, a w czasie dużego wysiłku w mięśniach wytwarza się kwas mlekowy. Mirek Lasota, ultramaratończyk, mówił do mnie wtedy tak: „Rysiu, chcesz biegać przez 366 dni, a grypie się poddajesz? Łam choróbsko, łam barierę. Jedź na maraton z grypą”. Pojechałem. Na starcie nogi miałem jak z ołowiu, pot lał się litrami, ale gdzieś na 15. kilometrze choroba nagle odpuściła. Wygrałem.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.