Tomasz Gąsiorek walczy o życie

Jarosław Reszka 14 sierpnia 2015, aktualizowano: 14-08-2015 16:03

W słynnym procesie o zabójstwo dyrektora w bydgoskim PZU zbliża się kolejny etap - apelacja. Skazany w grudniu ubiegłego roku na 25 lat więzienia biznesmen zdradza, jakie argumenty w niej podnosi. - Apelacja to moje być albo nie być - podkreśla.

22 grudnia 2014 roku. Za chwilę Sąd Okręgowy w Bydgoszczy ogłosi wyrok w procesie o zabójstwo dyrektora Centrum Likwidacji Szkód PZU w Bydgoszczy

Fot.: Dariusz Bloch


20 stycznia 1999 r. Reporter „Expressu Bydgoskiego” na miejscu zbrodni pyta pracowników Centrum Likwidacji Szkód i Oceny Ryzyka PZU o to, jak wyglądały ostatnie chwile życia ich świeżo upieczonego szefa, Piotra Karpowicza:


- Ukłonił się, powiedział do widzenia i wyszedł. Nie był zdenerwowany, nie spieszył się. Zamknąłem za nim drzwi na klucz, bo pracujemy do 17.00. Jak zwykle skręcił od razu w prawo. Szedł na parking. Miał przy sobie swoją czarną dyplomatkę - opowiada pracownik ochrony.

Zabójstwo, dokonane z pistoletu kaliber 6,35 mm, widział tylko jeden świadek, spóźniony klient PZU. Dostrzegł szamotaninę dwóch mężczyzn na parkingu, podczas której jeden z nich upadł. Świadek dość dokładnie opisał napastnika.

Nie rozpoznał w nim Adama S., „Smoły”, którego wiele lat później prokuratura oskarżyła o tę zbrodnię. Nie udało się też znaleźć innych, niepodważalnych dowodów winy „Smoły”, jego ewentualnych zleceniodawców i pomocników. Rozpoczęty w 2004 r. proces miał charakter poszlakowy.

22 grudnia 2014 r. Inny reporter „Expressu” jest sprawozdawcą na ogłoszeniu wyroku w procesie o zabójstwo Piotra Karpowicza. Oskarżeni to „Smoła”, „Lewatywa”, czyli szef grupy przestępczej Henryk L., który miał wynająć „Smołę” do zamachu na dyrektora, dwaj pomagierzy „Smoły”. Wreszcie ten, który budzi największe zainteresowanie publiczności - Tomasz Gąsiorek, biznesmen, były dealer Mercedesa, właściciel hotelu, w latach 90. uznawany za jednego z najbogatszych bydgoszczan, który miał zapłacić „Lewatywie” za zorganizowanie zamachu.

„Siwy, krótko ostrzyżony mężczyzna w czarnym garniturze i białej koszuli, wszedł na sądowy korytarz. Widać, że nie stracił opanowania. Długie lata w salach rozpraw robią swoje” - zanotował reporter.

Prawna wojna Tomasza Gąsiorka z Prokuraturą Apelacyjną w Lublinie, a zwłaszcza jej dzisiejszym szefem, Robertem Bednarczykiem, ma kilkunastoletnią historię. Wybuchła po tym, jak Leon Z., jeden z bydgoskich policjantów, wysłał do Lecha Kaczyńskiego, ówczesnego ministra sprawiedliwości, alarmujące pismo.

Donosił w nim o korupcji, która miała zżerać wymiar sprawiedliwości w Bydgoszczy, i prosił o interwencję. Śledztwo w tej sprawie zlecono właśnie Lublinowi. Trudno powiedzieć, kiedy kierujący dochodzeniem prokurator Bednarczyk zaczął interesować się Tomaszem Gąsiorkiem. Faktem jest, że pierwszy areszt ściągnął na niego 13 grudnia 2001 r. Trafił jednak kulą w płot.

Prokurator próbował oskarżyć Gąsiorka o to, że parę miesięcy wcześniej ukradkiem wywiózł na Białoruś należący do niego ciągnik siodłowy, tam ciężarówkę sprzedał, a w Bydgoszczy zgłosił jej zaginięcie. Dochodzenie trzeba było umorzyć, gdy wyszło na jaw, że Gąsiorek ma alibi na czas wywozu i sprzedaży ciężarówki na Białorusi oraz że o zniknięciu ciągnika zawiadomił policję, zanim jeszcze maszyna została sprzedana za granicą.

Dziś Tomasz Gąsiorek twierdzi, że tamta historia z ciągnikiem siodłowym spowodowała, że prokurator Bednarczyk za punkt honoru przyjął to, że pośle bydgoskiego biznesmena do więzienia. Częściowo mu się to udało. Przed wyrokiem z 22 grudnia 2014 r. Tomasz Gąsiorek w aresztach śledczych spędził łącznie ponad trzy lata.

Dano czas, by zniknął?


Jeszcze raz wróćmy na salę rozpraw 22 grudnia ubiegłego roku. Sąd Okręgowy w Bydgoszczy drugi raz wydaje wyrok w sprawie o zabójstwo Piotra Karpowicza. W 2009 r. uniewinnił wszystkich oskarżonych. Jednak po apelacji złożonej przez oskarżyciela proces trzeba było powtórzyć. „Twarze Tomasza G. i jego adwokata stężały - znów notuje reporter „Expressu”.

- Obaj w bezruchu i skupieniu słuchali wywodów sędziego sprawozdawcy”. Trudno, by twarz oskarżonego nie stężała, gdy słyszy, że został skazany na 25 lat więzienia. Identyczne wyroki otrzymali nieobecni na sali rozpraw „Smoła” i „Lewatywa”.

Zaraz po wyroku sąd nałożył na wszystkich oskarżonych trzymiesięczny areszt tymczasowy, ale… nie wykonano go od razu. Tomasz Gąsiorek po prostu wyszedł z sali, wsiadł do samochodu i pojechał do domu. Ponad pół roku po wyroku, podczas widzenia w Zakładzie Karnym w Potulicach, Gąsiorek powie mi, że w jego opinii nie było to przeoczenie sądu: - Myślę, że dano mi czas, bym zniknął. Dla prokuratora i sądu byłoby to najlepszym rozwiązaniem. Uciekł, więc jakby przyznał się do winy. Uciekł, więc nie będzie odwoływał się od wyroku. Nie dałem im tej satysfakcji. Zgłosiłem się na policję i poszedłem za kraty.

Obraza prawa karnego?


Nie znaczy to wcale, że Tomasz Gąsiorek pogodził się z wyrokiem. Dwa miesiące temu do Sądu Okręgowego w Bydgoszczy trafiła apelacja. Rozpatrzy ją Sąd Apelacyjny w Gdańsku, dokąd powędrują akta sprawy. Gąsiorek wiąże z tą apelacją wszystkie swe nadzieje. - To jest moje być albo nie być. To jest moja walka o życie - zwierza mi się podczas widzenia w Potulicach.
Apelacja, którą przygotował mecenas Andrzej Maleszyk z Lublina, liczy 130 stron. Adwokat wnioskuje w niej o uniewinnienie Tomasza Gąsiorka, stawiając wyrokowi z grudnia 2014 r.

19 zarzutów. Większość z nich nazwana została „obrazą prawa karnego procesowego”, trzy - „błędami w ustaleniach faktycznych”.
Najważniejszym zarzutem formalnym zawartym w apelacji wydaje się punkt pierwszy.

Mecenas Maleszyk wylicza w nim 11 rozpraw, podczas których w skład zespołu sędziów wchodziła osoba nieuprawniona do orzekania w tej sprawie. Chodzi o sędziego Mieczysława Oliwę, który, zdaniem mec. Maleszyka, podczas wskazanych rozpraw „zarówno nie był sędzią Sądu Okręgowego w Bydgoszczy, jak i nie miał delegacji upoważniającej go do orzekania w tym Sądzie we wskazanych powyżej terminach”. Andrzej Maleszyk dowodzi też, że sędzia Oliwa nie tylko że sam zasiadał wśród sędziów nielegalnie, ale na domiar złego wyznaczał do składu sędziowskiego innych sędziów, co powinien uczynić prezes sądu lub przewodniczący wydziału.

Tomasz Gąsiorek i jego obrońca zdają sobie sprawę, że błędy w obsadzie sędziowskiej, jeśli uzna je Sąd Apelacyjny, to dobry argument na rzecz unieważnienia wyroku i skierowania sprawy do ponownego rozpatrzenia, lecz za mało, by można było liczyć na uniewinnienie. Dlatego w innych punktach skupiają się na przebiegu śledztwa, procesu i wnioskach zawartych w 536-stronicowym uzasadnieniu grudniowego wyroku. W tym wypadku szczególnie istotny wydaje się argument, że ani pierwszy, ani drugi proces nie dały satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie o motyw zbrodni. Dlaczego Tomasz Gąsiorek miałby zlecić zamach na Piotra Karpowicza? Zeznania świadków, w tym wielu notorycznych przestępców (w związku z tą sprawą przesłuchiwano aż 10 świadków koronnych i anonimowych), zawierają pogłoski, jakie ponoć krążyły w przestępczym światku, że Piotr Karpowicz naraził się Gąsiorkowi tym, że odmawiał zgody na wypłatę odszkodowań za fikcyjnie ukradzione lub rozbite samochody.

Nie mogła odmówić?


Mecenas Maleszyk odrzuca taki motyw, dowodząc że ofiara zabójstwa nigdy nie odmówiła Gąsiorkowi wypłaty odszkodowania, bo też… nigdy nie leżało to w jej kompetencjach. Firma Gąsiorka - ASO Mercedes w Brzozie - korzystała z usług PZU przy ubezpieczeniach do roku 1993. W tym okresie Karpowicz, owszem, pracował w PZU, lecz jako likwidator szkód w Wydziale Ubezpieczeń Rolnych. Tylko w styczniu 1991 r., w ostatnim miesiącu pracy, przed przejściem z PZU do Gryfa, był naczelnikiem II Wydziału Odszkodowań Komunikacyjnych. Trudno, by przez miesiąc tak zalazł Gąsiorkowi za skórę, że ten przez osiem lat hodował nienawiść i wreszcie w 1999 r. wyłożył 50 tys. dolarów dla zabójcy. Do konfliktu nie mogło też dojść, gdy Karpowicz pracował w Gryfie, bo z tą ubezpieczalnią nigdy nie wiązała firmy Gąsiorka żadna umowa.

Bodaj najbardziej intrygujący motyw zbrodni podał w swych zeznaniach najważniejszy dla oskarżenia świadek koronny - niejaki „Szramka” - Dariusz S., zawodowy oszust gospodarczy, przed skazaniem pracujący dla „Lewatywy”, oskarżonego o pośrednictwo w organizacji zamachu na dyrektora PZU. Temu świadkowi poświęcono w apelacji wyjątkowo dużo uwagi, by wykazać, jak mało wiarygodne są jego zeznania. Otóż „Szramka” zeznał, że powodem zlecenia zabójstwa Karpowicza było to, że uniemożliwił, planowane m.in. przez Gąsiorka, oszustwo na ogromną skalę. Na czym miało polegać? Według „Szramki”, oszuści chcieli wziąć w leasing wartą 5 mln zł prasę do zgniatania złomowanych samochodów, następnie ubezpieczyć ją w PZU na kwotę 55 milionów, po czym upozorować kradzież urządzenia podczas transportu i wyłudzić odszkodowanie. Genialny szwindel miał ponoć pokrzyżować właśnie dyrektor Karpowicz.

Niewiarygodny świadek?


W apelacji mecenas Maleszyk zadaje retoryczne pytanie: jak można było uznać za wiarygodne zeznania świadka, który opowiada takie bzdury? Obrońcy Tomasza Gąsiorka sprawdzili, ile może być warta prasa do zgniatania samochodów. Najdroższy dostępny w Polsce model kosztował ok. 700 tysięcy. Czy można byłoby taki towar ubezpieczyć w PZU na kwotę siedemdziesięciokrotnie wyższą i bez problemu zainkasować górę pieniędzy? A jeśli nawet przyjmiemy, że tak, że Gąsiorek, jak zeznał „Szramka, miał „układ” w PZU, to decydować w tej sprawie nie mógł ktoś taki, jak Karpowicz. Dyrektorem bydgoskiego Centrum Likwidacji Szkód został 19 dni przed śmiercią. Po powrocie z Gryfa do PZU przez kilka lat był naczelnikiem II Wydziału Odszkodowań Komunikacyjnych. Nie było to dość wysokie stanowisko, by Karpowicz mógł rozstrzygać o wypłacie nie tylko milionowych, lecz nawet kilkusettysięcznych odszkodowań. Wątpliwe zresztą, by poza centralą PZU w Warszawie ktokolwiek miał prawo zawrzeć tak wysokie ubezpieczenie. I wreszcie uwaga, która cały wywód „Szramki” każe uznać za absurd. Skoro prasa do złomowania samochodów miała być wzięta w leasing, to ewentualne odszkodowanie otrzymałby nie użytkownik, czyli Gąsiorek i spółka, lecz prawny właściciel prasy - towarzystwo leasingowe.

Nie mógł powiedzieć?


Podobne zastrzeżenia budzić musi inne, mocno akcentowane podczas procesu zeznanie „Szramki”. Dotyczy zdarzenia, które miało miejsce dwa miesiące po zabójstwie Piotra Karpowicza. Świadek miał wtedy odbierać w salonie Gąsiorka mercedesa klasy S dla swego bossa, „Lewatywy”. „Szramka” przywiózł jednak tylko połowę kwoty potrzebnej do ubicia transakcji. Tomasz Gąsiorek miał mu wtedy powiedzieć, żeby nie martwił się o resztę, „bo on to sobie potrąci z transzy za dyrektorka”. Słowa cyniczne i świadczące o całkowitej demoralizacji dealera Mercedesa. Jak w apelacji zauważa mec. Maleszyk, paść one jednak nie mogły z prostego powodu. Wspomniane auto kupowane było w salonie na podstawie umowy leasingowej. Gąsiorek rozliczał je zatem nie ze „Szramką” czy z „Lewatywą”, lecz firmą leasingową, która de facto dokonywała zakupu w salonie Gąsiorka.

„Kiedy podtrzymam zeznania złożone wcześniej, to oskarżeni będą mścić się na żonie i dziecku, ale kiedy odwołam, to nastąpi to samo. Sytuacja jest dla mnie patowa” - tak „Szramka” podsumował swą aktywność w śledztwie na jednej z ostatnich rozpraw, 2 lipca 2014 r. Mecenas Maleszyk tak interpretuje tę zagadkową wypowiedź: „Oczywistym jest, że jedynie organom prokuratury i policji mogło zależeć na tym, aby Dariusz S. podtrzymał w całości złożone przez siebie uprzednio zeznania”.

Za tydzień w Magazynie rozmowa z Tomaszem Gąsiorkiem, przeprowadzona w Zakładzie Karnym w Potulicach.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 18-08-2015 10:00

    Oceniono 19 razy 12 7

    - marek: O życie to on walczył wtedy jak robił przękręty i przestępstwa. Teraz to już jest po herbacie - będzie płacił za swoją przeszłość i to wysoką cenę.

    Pokaż odpowiedzi (3) Odpowiedz