Nawet święty nie dał rady

Piotr Schutta 14 sierpnia 2015, aktualizowano: 14-08-2015 15:49

Podobno nieprzypadkowo święty Jerzy został patronem tego przedsięwzięcia. Wybrał go osobiście profesor Biela, orędownik obywatelskiego uwłaszczenia. Jerzy pokonał smoka, więc miał też poradzić sobie ze złem w polskiej gospodarce. Ale przegrał...

Jan Gajewski z Bydgoszczy jest jednym z 10 tysięcy udziałowców, którzy utopili pieniądze w Funduszu św. Jerzego

Fot.: Tomasz Czachorowski


- Zmarnowali wszystko łobuzy jedne. Normalni złodzieje to są. Niech się pod Kościół teraz nie podkładają. Upadło i już. Co za wstyd. Humor panie i wstyd. Taka sprawa - nie znajduje innych słów ksiądz prałat Józef Nowakowski, zasłużony toruński duchowny, proboszcz parafii Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i bł. ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego. I nie ukrywa oburzenia wywołanego sprawą sprzed dwudziestu prawie lat, która do dzisiaj jemu i dziesięciu tysiącom innych ludzi w całej Polsce nie daje spokoju.

Obronić przed grabieżą


Chodzi o Fundusz Św. Jerzego, zarejestrowaną pod koniec 1998 r. w Zamościu spółkę z o.o., która zajmowała się koncentracją Powszechnych Świadectw Udziałowych, rozdawanych obywatelom w latach 1995-1996 w ramach rządowego Programu Powszechnej Prywatyzacji. Podstawowym zadaniem spółki z Zamościa miało być skupienie w jednych rękach jak największej liczby PŚU, by „uchronić przed obcym kapitałem i przed rozgrabieniem” majątek 512 prywatyzowanych przedsiębiorstw państwowych.


Takie przynajmniej były założenia profesora KUL Adama Bieli, pomysłodawcy całej akcji, późniejszego posła AWS i senatora RP, wspieranego przez Radio Maryja, organizacje patriotyczne i katolickie oraz działaczy NSZZ „Solidarność”. Szczegóły swojego pomysłu na obywatelskie uwłaszczenie profesor przedstawił w 27-stronicowym elaboracie pt. „Program Koncentracji Środków Kapitałowych w oparciu o Powszechne Świadectwa Udziałowe”. Istotą pomysłu było zgromadzenie tylu świadectw, ile się da z całej puli ok. 27 milionów PŚU. Potem świadectwa miały być zamienione na akcje Narodowych Funduszy Inwestycyjnych.

Początek akcji był imponujący. Najpierw zawiązało się w Zamościu Obywatelskie Stowarzyszenie Uwłaszczeniowe, które pokryło siatką swoich oddziałów teren całego kraju. Potem w kilkudziesięciu miastach Polski zaczęły powstawać punkty koncentracji PŚU. W sumie utworzono ich 65. Działały przeważnie w przykościelnych salkach katechetycznych, ale nie tylko. W Krakowie punkt mieścił się w Zarządzie Regionu NSZZ „Solidarność”, a we Wrocławiu w sklepie motoryzacyjnym.

W realizację idei uwłaszczenia obywateli majątkiem narodowym wprzęgnięto przede wszystkim studentów profesora. Jak podawał w 2001 roku tygodnik „Polityka”, powołując się na rozmowy z byłymi słuchaczami Adama Bieli, utworzenie przynajmniej jednego punktu koncentracji świadectw było warunkiem zaliczenia semestru. Oprócz tego w akcję zaangażowały się spontanicznie setki ludzi, wierzących w hasła głoszone przez ówczesnego kierownika Zakładu Psychologii Przemysłowej KUL profesora Adama Bielę oraz środowisko związane z Radiem Maryja.

Szybka operacja


Niektórzy bezinteresownie oddawali swoje świadectwa toruńskiej rozgłośni, inni przekazywali je Obywatelskim Stowarzyszeniom Uwłaszczeniowym, które ostatecznie wszystkie zebrane papiery wartościowe wniosły do spółki o nazwie Fundusz Św. Jerzego. Każde ze świadectw wyceniono na 100 złotych.

Całe przedsięwzięcie przeprowadzono błyskawicznie pod koniec 1998 roku. Po podsumowaniu okazało się, że fundusz dysponuje 42 tysiącami świadectw udziałowych, przekazanych na podstawie tzw. umów powierniczych przez ponad 10 tysięcy osób. Tak powstała największa w Polsce spółka kapitałowa, mająca rekordową liczbą wspólników, co jej twórcy uznali za sukces. W pozycji kapitał założycielski wpisano kwotę 4,2 mln złotych.

Z punktu widzenia realiów ekonomicznych, a także początkowych założeń profesora Bieli, nie było jednak powodów do zadowolenia. Zakładano bowiem na początku, że uda się zebrać co najmniej 500 tysięcy świadectw. Liczono na to, że pół miliona świadectw pozwoli na kontrolowanie jednego z piętnastu utworzonych przez rząd Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Założenie to było, niestety, sprzeczne z wyliczeniami urzędników Ministerstwa Skarbu Państwa. Wedle ich ustaleń kontrola jednego NFI byłaby możliwa dopiero w sytuacji skumulowania kilku milionów świadectw.

Ludzie, którzy z końcem 1998 roku tłumnie nawiedzali salki katechetyczne, nie mieli jednak o tym pojęcia. Wierzyli, że swoje walory oddają w dobre ręce. Co więcej, spodziewali się zysków pochodzących z dywidendy.

Utopione miliony


- Obiecywano nam, że do końca 2000 roku wartość majątku spółki wzrośnie powyżej wartości księgowej i że zostaną wypłacone dywidendy - pamięta tamte nadzieje Jan Gajewski z Bydgoszczy. Do salki parafialnej kościoła pw. Matki Boskiej Ostrobramskiej przyniósł w listopadzie 1998 roku pięć PŚU, wartych wówczas ok. 500 zł. Należały do niego i najbliższej rodziny.
Tadeusz Kowalski z Wrocławia powierzył aż siedem udziałów (ok. 700 zł) - swój, żony oraz rodzeństwa. Dziś nazywa całą sprawę „jednym wielkim bagnem”.

- We Wrocławiu świadectwa zbierała Halina T. W swoim sklepie motoryzacyjnym - opowiada mężczyzna. Tematem OSU próbował zainteresować ogólnopolskie redakcje telewizyjne, ale nikt nie odpowiedział.

Do 2008 roku funkcjonowała w internecie strona Funduszu Św. Jerzego, a jego udziałowcy otrzymywali coroczne raporty z działalności spółki oraz informacje o organizowanych raz w roku Zgromadzeniach Wspólników. Potem wszystko się urwało, a działalnością funduszu zainteresowała się Prokuratura Okręgowa w Zamościu.

Z raportów, które otrzymywali wspólnicy, zanim wszystko się posypało, wynikało, że już pierwszy rok działalności zamojskiej spółki zakończył się porażką. Wartość akcji NFI, zamiast rosnąć - malała. Tak więc aktywa funduszu realnie wynosiły nie 4,2 mln zł, lecz 2,7 mln. Co więcej, nawet te pieniądze nie przyniosły zysku, powierzono je bowiem bez efektu dwóm biurom maklerskim CDM PKO SAi Wood@Company.

Fundusz zmienił więc strategię i wziął sprawy we własne ręce. Zaczął powierzone przez ludzi pieniądze pożyczać na różne przedsięwzięcia gospodarcze. Od grudnia 2000 do grudnia 2001 r. pożyczono na przykład 1 mln zł trzydziestu pięciu spółkom. Oprócz tego fundusz zaangażował się bezpośrednio w działalność gospodarczą. Podjęto m.in. próbę uprawy warzyw i owoców oraz produkcji siatki podtynkowej. W nieudanych biznesach utopiono kolejne setki tysięcy złotych.

- Jedne interesy im wyszły, inne nie. Generalnie postawiliśmy zarzuty o niegospodarność dwóm członkom zarządu, Markowi S. oraz Wiesławowi G. - mówi prokurator Romuald Sitarz z Prokuratury Okręgowej w Zamościu.

Akt oskarżenia wpłynął do Sądu Rejonowego w Zamościu w grudniu 2011 r. W marcu 2013 r. uniewinniono Wiesława G., a wątek prezesa Marka S. uchylono do ponownego rozpatrzenia. Proces nadal się toczy, dodać trzeba, że w tempie ślimaczym. Na czas postępowania sądowego zarząd nad Funduszem Św. Jerzego przekazano kuratorowi wyznaczonemu przez Sąd Okręgowy w Lublinie.

- To nie wina profesora Bieli. On zawałem to przypłacił. Chciał zrobić porządek w funduszu, ale zaczęli go ośmieszać, atakować. Wszystko to bardzo smutne - podsumowuje ksiądz Nowakowski.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 13-06-2017 16:35

    Brak ocen 0 0

    - tede43: Zebrałem z mojej rodziny swiaderctwa i ulokowałem w funduszu, jeżdziłem do Zamościa, na stadionie były festyny funduszowe z udziałem blagierów z zarządu. Pokropiono to wszystko święconą wodą!

    Odpowiedz