Miłość, zdrada i kłamstwa

Grażyna Ostropolska 31 lipca 2015

- To był horror! Patrzyłem przez płot, jak żona urządza towarzyskie imprezy, zapuszcza wypielęgnowany ogród, głodzi na śmierć psa i nic nie mogłem zrobić, bo miałem półroczny zakaz zbliżania się do niej i mojego gospodarstwa - opowiada Jerzy.

Fot.: Łukasz Ciaciuch


Jest już po rozwodzie, ale zadra w sercu nie pozwala mu normalnie żyć. - Ci, którzy uwierzyli kłamstwom mojej byłej żony i mnie zniszczyli, muszą za to odpowiedzieć! - twierdzi Jerzy i nosi się z zamiarem wytoczenia procesu... organom ścigania i sprawiedliwości.


- Ten człowiek powinien się leczyć, bo żyje tylko po to, by uprzykrzać mi życie - uważa jego była żona, Marta. Są w trakcie podziału majątku, który od początku dzielił tę parę.

- Ziemię podarowali mi rodzice w zamian za dożywotnią opiekę, a dom, który Marta chce mi odebrać, postawiłem za własne pieniądze, zanim ona się tam wprowadziła - twierdzi Jerzy. Wyciąga akty notarialne, dokumentację i dziennik budowy. Odnalazł je dopiero po wyprowadzce żony do kochanka. - Schowała te papiery za regałami i wmawiała śledczym, że je spaliłem - tłumaczy.

Poznał Martę, gdy pracował w ogrodnictwie. Był wtedy konserwatorem sieci ciepłowniczej, a zajmowała się roślinami. - Nie wiedziałem, że jest 17 lat młodsza, dopiero gdy rok później przyszło na świat nasze dziecko, zobaczyłem jej dowód - wspomina Jerzy. Przyznaje, że

do żeniaczki się nie kwapił,


ale... - Marta zagroziła, że nie pozwoli mi widywać synka, jeśli się z nią nie ożenię, więc w czwarte urodziny Krzysia wzięliśmy ślub. Ja przez kolejne dwa lata kończyłem dom i dopiero gdy był gotowy, wprowadziłem tam rodzinę - twierdzi, by dowieść, że dom to jego odrębna własność.

- Od urodzin naszego dziecka żyliśmy w konkubinacie, więc jest to wspólnota majątkowa - uważa Marta i w pozwie domaga się od Jerzego 300 tys. zł spłaty za opuszczenie domu.

- Odeszła do kochanka, z którym tuż po rozwodzie wzięła ślub. Okłamała go, że ten dom to współwłasność, którą muszę jej spłacić, więc chłop zaciągnął kredyt i kupił ekskluzywną posesję, którą nie zdążył się nacieszyć, bo kilka miesięcy potem... wyłowiono go z Wisły - oburza się Jerzy.

- Okoliczności śmierci mojego męża nie są znane. Śledztwo umorzono, bo nie znaleziono świadków i nie stwierdzono udziału osób trzecich. Sekcja wykazała, że mąż nie był pod wpływem alkoholu ani używek, a przyczyną śmierci mogła być niewydolność krążeniowo- oddechowa - wyjaśnia Marta i dodaje: - Szczęście nam nie dopisało, więc zostałam w tym nowym domu sama z dzieckiem.

- Wojtek, jej poprzedni kochanek, też nie żyje. Mam od niego list, rozmawiałem z nim i jego matką. Moja była żona pożyczyła od tego człowieka pieniądze, a gdy znalazła sobie kolejnego kochanka, nie chciała ich oddać. On twierdzi, że dał jej pieniądze na adwokata, bo po naszym rozwodzie mieli się pobrać, ale go oszukała. Zadeklarował, że będzie moim świadkiem w sprawie rozwodowej, gdzie opowie o zdradach i kłamstwach Marty, ale krótko po tej obietnicy zmarł - opowiada Jerzy, posiłkując się korespondencją z niedoszłym świadkiem.

- We wszystkich mężczyznach, z którym się stykałam, Jerzy widział moich kochanków, bo na tym punkcie

miał chorobliwą obsesję


- twierdzi była żona Jerzego. Tłumaczy, że Wojtka poznała w szpitalu, a ten, widząc jej trudną sytuację, trochę jej potem pomagał. - Zmarł na raka krtani, a jego list, który Jerzy pokazuje, może być falsyfikatem - sugeruje. Zapewnia, że byłego męża nie zdradzała, choć przeżyła z nim gehennę. - Dowodem na to, jak wyglądało moje życie z Jerzym, jest wyrok, który dostał za fizyczne i psychiczne znęcanie się nade mną - twierdzi kobieta

„Bez powodu wszczynał w miejscu zamieszkania awantury, podczas których ubliżał żonie słowami wulgarnymi, uznanymi powszechnie za obelżywe, groził pozbawieniem życia, wzbudzając w zagrożonej uzasadnioną obawę, że groźba ta zostanie spełniona, przy czym kilka razy używał noża, bił otwartą ręką i pięściami po twarzy i całym ciele, kopał, szarpał za włosy, odzież i popychał oraz wyganiał z domu” - to fragment aktu oskarżenia przeciw jej mężowi.

- Same kłamstwa, a przyznanie się do winy zostało na mnie wymuszone! - broni się Jerzy. Sugeruje, że śledczy dali mu do wyboru: albo się przyzna, albo pójdzie na trzy miesiące do więzienia i straci pracę, więc skapitulował.

Nie zaprzecza, że przez ostatnie lata małżeństwa dochodziło do kłótni i przepychanek z żoną, ale... - To ona była górą; wysportowana po kursach samoobrony, nurkowania i aerobiku. Za moje pieniądze skończyła liceum i studium o policyjnym profilu, bo marzył się jej mundur - opowiada Jerzy. Pokazuje zdjęcia byłej żony z obozu, zorganizowanego przez policyjne stowarzyszenie sportowe. - Butelki,

męsko-damskie przytulanki.


Czy tak zachowuje się mężatka? - pyta. Chciał zabrać żonę z tego miejsca, ale... - Zostałem tam pobity i wrzucony do auta. Miałem obrażenia ciała i obdukcję - opowiada.

- Jerzy złożył doniesienie na policji, a potem je wycofał, więc o czymś to świadczy. Na obozach sportowych się nie pije i to mąż był wtedy podpity i zachowywał się agresywnie, więc moi przełożeni kazali mu wyjechać - to wersja Marty.

- Ona mi powtarzała, że jest nietykalna, bo policjanci to jej kumple, więc uznałem, że nie mam szans, by dowieść prawdy - tłumaczy Jerzy. Mówi, że jego żona poza nauką i sportem prowadziła bogate towarzyskie życie, podczas gdy on harował jako spawacz, gotował, zajmował się domem i synkiem. - Jerzy nie płacił za moją naukę, obozy ani kursy, bo były one dofinansowane przez różne instytucje, ale ja mu tego nie mówiłam, więc snuł różne podejrzenia - wyjaśnia Marta.

Dzień, w którym Jerzy trafił do aresztu, dostał nakaz opuszczenia domu oraz półroczny zakaz zbliżania się do żony, każde z nich zapamiętało inaczej:

- Jest 8 rano, szykuję auto na wyjazd z 80- letnim ojcem do kościoła, a Marta krzyczy, że ona zabiera samochód. Wyskakuje do mnie z nożem, zabiera dowód rejestracyjny i 400 zł, które tam włożyłem, ale kluczyk zdążyłem ukryć. Awanturę obserwują sąsiedzi, więc żona chowa się w domu, a potem jedzie do miasta autobusem - relacjonuje Jerzy. W obojgu

buzują emocje,


które wieczorem kończą się awanturą. - Wracałam z zakupami, a on stał za płotem z nożem i w jego oczach widziałam, że może dojść
do tragedii. Zaczął mnie przez ten płot szarpać, ale sąsiadka zaczęła krzyczeć: „Jurek, opanuj się” i on się schował, a ja zatelefonowałam po policję - opowiada Marta.

- Podrzuciła nóż w miejsce, gdzie stałem i skłamała, że tym nożem jej groziłem, choć nikt moich śladów na nim nie zabezpieczył. Policjanci uwierzyli w jej kłamstwa, a mnie nie chcieli słuchać - ocenia Jerzy i podaje swoją wersję. Wracał od mieszkającego obok brata, gdy zobaczył Martę z czterema kartonikami mleka, a że w domu stało już 5 litrów spytał, czemu marnuje pieniądze.

- Doszło do kłótni, kopnąłem reklamówkę z mlekiem, a ona wezwała policję. Zabrali mnie z domu boso, zawieźli, zatrzymali na 48 godzin, a po wymuszonym przyznaniu się do rzekomego znęcania się nad Martą, kazano mi opuścić dom i nie zbliżać się do żony przez pół roku - opowiada Jerzy.

Zamieszkał po sąsiedzku w domu ojca i przez płot obserwował, co dzieje się na jego posesji. - Żona szydziła ze mnie i widząc, jak cierpię, sprowadzała do domu wesołe towarzystwo lub wyjeżdżała na kilka dni, zostawiając rybki w stawie i psy bez pokarmu - skarży się Jerzy. Mówi o zapuszczonym ogrodzie i zagłodzonych na śmierć rybkach, ale najbardziej boli go cierpienie i śmierć ukochanego psa. - Żona wyjechała z kochankiem na Śląsk, a zagłodzone psy jadły odchody: W końcu jednemu udało się wyrwać z obroży, ale drugi padł z głodu - twierdzi Jerzy, a Marta zaprzecza: - Pies zszedł naturalną śmiercią, a Jerzy ma na punkcie zwierząt obsesję - tłumaczy.

Przepisy


Przestępstwa przeciw rodzinie

- Art. 207 Kodeksu karnego stanowi, że kto znęca się fizycznie lub psychicznie nad osobą najbliższą lub nad inną, pozostającą w stałym lub przemijającym stosunku zależności od sprawcy albo nad małoletnim lub osobą nieporadną ze względu na jej stan psychiczny lub fizyczny, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat pięciu, a jeśli ten czyn łączy się ze stosowaniem szczególnego okrucieństwa, sprawcy grozi nawet 10 lat więzienia.

- W 2014 roku polska policja wszczęła z tego paragrafu 30901 postępowań, które zakończyły się stwierdzeniem 17523 przestępstw. Coraz częściej sądy wydają sprawcom przemocy nakaz opuszczenia domu i zakaz zbliżania się do ofiary.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.