I dla smaku, i dla ochłody...

Krzysztof Błażejewski 24 lipca 2015, aktualizowano: 24-07-2015 09:43

Ludzie znali je od stuleci. Jednak tak naprawdę rozpowszechniły się dopiero mniej więcej sto lat temu. Przypominamy najbardziej atrakcyjne rodzaje i gatunki lodów oraz miejsca w naszym regionie, gdzie je najchętniej jadano.

Tego typu obnośne „punkty sprzedaży lodów” były w PRL-u codziennością, zwłaszcza w upalne niedziele i święta, jak 1 Maja i 22 Lipca. Zdjęcie przedstawia sprzedaż lodów „Bambino” produkcji Warszawskiej Spółdzielni Spożywców „Społem”

Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Podobno do Europy pomysł na robienie lodów przywiózł, wracając z Chin, Marco Polo. Być może dlatego do dziś najlepszymi mistrzami w kręceniu lodów pozostają Włosi.


- Pamiętam, że latach 60. na „Monciaku” w Sopocie w pobliżu molo była cukiernia prowadzona przez „prawdziwego” Włocha, serwująca lody „Palermo” o smaku figowym - wspomina Krzysztof Mikulski, torunianin. - Zjedzenie tych lodów po wystaniu ich w niesamowicie długiej kolejce to był obowiązkowy punkt programu każdego pobytu nad morzem.

Własnoręcznie kręcone


Lody z pozycji rarytasu jadanego jeszcze wiek temu przez nielicznych, głównie dzieci, złożonego wyłącznie z naturalnych składników w paru smakach, stały się dziś odrębną dziedziną sztuki kulinarnej.

- Mama mojej koleżanki miała przed wojną cukiernię przy ul. Długiej w Bydgoszczy - wspomina Zofia Kowalska. - W ciepłe dni, a szczególnie w okresie wakacji, przychodziłam tam codziennie. Jako mała dziewczynka z przejęciem pomagałam kręcić lody. Do wielkiej metalowej bańki, wstawionej do kotła pełnego pokruszonego lodu, trzeba było wlać mleko, jaja i śmietanę, wsypać cukier i już można było kręcić korbką. Trzeba to było robić długo i starannie, prawie pół godziny, żeby lody miały idealną konsystencję. Zawsze po takiej „pracy” dostawałam w nagrodę porcję lodów. Przed wojną nakładano je wyłącznie specjalną łopatką do wafli w kształcie rożka. Najbardziej smakowały mi pistacjowe, bo... ładnie wyglądały.

Do produkcji zimnych smakołyków niezbędny był lód. Zanim upowszechniły się zamrażarki, trzeba było go wytwarzać na skalę przemysłową. Latem wodę zamrażano w warsztatach i transportowano do cukierni. Wygodniej było zimą - wówczas lód wyrąbywano z rzek, sta

fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Do produkcji zimnych smakołyków niezbędny był lód. Zanim upowszechniły się zamrażarki, trzeba było go wytwarzać na skalę przemysłową. Latem wodę zamrażano w warsztatach i transportowano do cukierni. Wygodniej było zimą - wówczas lód wyrąbywano z rzek, sta


Zdzisław Raszewski, znakomity obserwator życia codziennego w międzywojennej Bydgoszczy, zanotował w „Pamiętnikach gapia”, że lody głównie kupowano „z wózka”. Największym wzięciem cieszyła się mleczarnia na ul. Gdańskiej blisko Świętojańskiej, gdzie zimne smakołyki w rożkach sprzedawano po 5 gr. Przed samą wojną hitem stały się lody „Pingwin”, oblewane czekoladą, na patyku, pierwsze produkowane w opakowaniu. Sprzedawcy tych lodów na ulicach, oblegani szczególnie przez młodzież, pojawili się w Bydgoszczy po raz pierwszy w czerwcu 1939 r., ubrani w złoto-żółte kurtki z niebieskimi wyłogami. „Pingwiny” kosztowały aż 20 gr i nie wszystkich było na nie stać.

„Ekskluzywnie było za to w „Soravii” na placu Teatralnym” - pisał Raszewski. „Była tam lodziarnia prowadzona przez prawdziwego Włocha”.

- Lody to był w tamtym czasie wielki rarytas - wspomina Tadeusz Malinowski z Torunia. - Mój ojciec mieszkał za Wisłą i chodził do gimnazjum na Kopernika. Po drodze uwielbiał, jak opowiadał, przechodzić koło „Lodów włoskich” na Szerokiej, lodziarni, prowadzonej przez prawdziwego „Italiano”, skąd w upalne dni wychodzili klienci z kolorowymi kulkami lodów w waflu. Na rynku tuż przed wojną pojawili się także sprzedawcy lodów na patyku i oblewanych czekoladą o nazwie „Mewa”, przywożonych z Gdyni.

„Księga adresowa miasta Torunia” z 1936 roku wymienia jeszcze lodziarnie Falkowskiego przy ul. Kopernika, Jankowskich przy Szosie Chełmińskiej i Stachejki przy Rynku Staromiejskim.

„Ciężkie” creme brulee


Z międzywojennej prasy pomorskiej wyczytać można nazwy znanych podówczas w naszym regionie smaków: „ciężkie, jako to kawowe, creme brulee, orzechowe, migdałowe oraz lekkie, owocowe, w których skład wchodzą rabarbarum, poziomki, maliny, porzeczki, morele i wszystkie gatunki śliwek”. Zalecano w celach oszczędnościowych wyrób lodów w domu, podając stosowne przepisy, a zaletą tego miała być także „ochrona dzieci przed konsumowaniem lodów na ulicy, sporządzonych z niewiadomo jakich produktów”.

Lody z barów mlecznych


Okres tuż po wojnie niewiele różnił się od lat 30. Drobna wytwórczość i handel nadal funkcjonowały i się rozwijały. Jak wspominała w swoich pamiętnikach Aleksandra Napierała-Kowalczewska, w końcu lat czterdziestych najlepsze lody w Bydgoszczy były w... barach mlecznych, zwłaszcza „Pod Arkadami” naprzeciwko kościoła Klarysek. Potem wszystko upaństwowiono. I zaczęło wszystkiego brakować...

- Lody to najpiękniejsze wspomnienie smaku z dzieciństwa - mówi Tadeusz Malinowski. - Rzadko, bo rzadko, ale czasami rodzice zabierali mnie do cukierni Poznańskiego przy Rynku Staromiejskim, obok hotelu „Trzy Korony”. Schodziło się w dół schodami, na których zapachy aż kręciły w nosie. Pamiętam wielkie skórzane fotele i niesamowity smak lodów casate własnego wyrobu, krojonych z kuli, o czterech smakach. Uwielbiałem także lody u Lenkiewicza na Wielkich Garbarach i u Weyny na Strumykowej. Obydwaj bardzo ze sobą konkurowali, obniżając ceny. Jeśli u jednego kulka kosztowała złotówkę, to u drugiego 90 groszy i na odwrót. Mieli też niesamowite, niespotykane w tamtych czasach smaki
- lody z dodatkami różnych owoców, pomarańczowe albo cytrynowe z rodzynkami. Ale pamiętam też zupełnie niezłe lody „społemowskie” z ulicznych wózków, nakładane do wafelków, nie tylko rożków, ale i płaskich muszelek. Później pojawiły się w samach spożywczych w chłodziarkach pakowane w kostkach lody „Bambino” i „Calypso”.

Przez długie lata lody produkowano wyłącznie z naturalnych składników. Wskutek tego w PRL-u zimnych smakołyków permanentnie brakowało, szczególnie latem. Dużym powodzeniem cieszyły się w tej sytuacji lody wyrabiane przez prywatnych cukierników. Zofia Kowalska zapamiętała w Bydgoszczy długie kolejki tworzące się w każdą letnią niedzielę przed cukiernią na placu Piastowskim oraz na ulicy Lelewela na Bielawkach.

- Trochę się bałyśmy - wspomina - bo prasa stale alarmowała o kolejnych zatruciach lodami z powodu bakterii salmonelli. Tak działo się, ponieważ lodziarze albo używali jaj kaczych, albo też niesprzedane lody zamrażali i następnego dnia, po rozmrożeniu, sprzedawali dalej. Nie pamiętam, czy w Bydgoszczy doszło do masowego zatrucia, ale w mniejszych miejscowościach działo się to często. Raz tylko, na początku lat 60., lodów w Bydgoszczy nie było przez jakiś czas w ogóle, bo sanepid zamknął wszystkie punkty sprzedaży z powodu masowej biegunki, która dopadła konsumentów lodów.

Specjalne wózki z lodami pojawiały się zawsze na ulicach miast na święta 1 Maja i 22 Lipca. W te dni, a także z innych okazji, lody były sprzedawane przez sprzedawców obnośnych, chodzących po ulicach ze specjalnymi chłodziarkami zawieszonymi na szyi. W czasach Edwarda Gierka pojawiła się masówka w zamrażarkach - lody z Igloopolu i Horteksu, wtedy już ich nawet w największe upały nie brakowało. W większych miastach modne stały się lody „świderki”, wyciskane z maszyny.

Kłopoty z adwokatem


Lody z różnymi dodatkami - posypkami i polewami, podawane już nie w waflach, ale w pucharach do stolików, pojawiły się i upowszechniły dopiero w latach 80.

- W Bydgoszczy kultowym miejscem dla smakoszy lodów stała się wówczas kawiarnia „Pod Niedźwiedziem” - wspomina Kowalska. - W letnie niedziele trzeba było tam czekać na stolik w długiej kolejce. Tam też zetknęłam się z najbardziej kuriozalną sytuacją. Moi znajomi z USA zamówili lody z polewą z adwokata. Kelnerka odmówiła przyjęcia zamówienia, bowiem było jeszcze przed godz. 13 i obowiązywała ustawa antyalkoholowa, zabraniająca sprzedaży nawet grama alkoholu. Do dziś pozostał w uszach śmiech Amerykanów, kiedy udało mi się to im po dłuższym czasie wyjaśnić...

Wszystko zmieniły lata 90. Dotarły do nas wtedy zachodnie lody koncernowe. Dziś tylko nieliczni wytwórcy reklamują swój produkt jako naturalny, przeważająca większość spożywa lody, do których wytworzenia używa się kilkunastu (!) środków, w tym oleju palmowego, syropu glukozowego, gumy guar, żelatyny i licznych
E-...-konserwantów. Najnowszym hitem jest tłoczenie do wyrabianej masy powietrza, dzięki czemu, sprzedając klientowi to, czym oddycha, można znacząco podnieść dochody ze sprzedaży.

Nie zmieniło się tylko jedno: kiedy robi się ciepło, po lody sięgają i mali, i duzi. Po tradycyjne waniliowe, czekoladowe albo nowe smaki, np... słone, pietruszkowe, pomidorowe, chili czy nawet o smaku szynki. Coś nie pasuje? To tylko kwestia przyzwyczajenia. Bo i tak wszystkie wymienione smaki są sztuczne.

Warto wiedzieć


Zjadaliśmy 6 ton lodów każdego dnia

W lipcu 1961 r. głównym producentem lodów były państwowe zakłady gastronomiczne. W Bydgoszczy wytwarzano 1,5 t lodów,
w Toruniu niecałą tonę.
Na rynku brakowało wówczas pakowanych w celofan lodów „Calypso” z powodu braku... opakowań.
Bydgoszczanie i torunianie jedli także wówczas zimne smakołyki pochodzące z okręgowych spółdzielni mleczarskich. Lody wytwarzały też niektóre kawiarnie i prywatne cukiernie.
W sumie na Kujawach
i Pomorzu spożywano wówczas 6 ton tego smakołyku dziennie.
Powszechną praktyką sprzedawców było zaniżanie wagi sprzedawanych porcji. Jak stwierdzono podczas kontroli PIH-u, tak postępowano w ponad 90. proc. punktów sprzedaży.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 25-07-2015 10:21

    Oceniono 1 raz 1 0

    - ewa: Cukiernik ten nazywał się Bronisław Bartnicki.W okresie jesienno-zimowym prowadził wypiek pączków przy ulicy Szerokiej

    Odpowiedz

  2. 24-07-2015 13:41

    Oceniono 2 razy 2 0

    - krzysztof: W latach 60-tych ubiegłego wieku najlepsze lody robił cukiernik z "Esplanady". Chyba się nazywał Zdrojewski. Lody można było kupić w "Esplanadzie" i przy przystanku tramwaju przy ul. Konopnickiej. Były sto razy lepsze niż obecnie i z naturalnych składników.

    Odpowiedz