Sprawiedliwość nierychliwa

Piotr Schutta 24 lipca 2015, aktualizowano: 24-07-2015 09:28

Sprawa zabójstwa Joanny S. doczekała się wyjaśnienia po 20 latach dzięki uporowi policjantów, pracujących w tak zwanym „Archiwum X”. Oskarżony o morderstwo Sławomir G. był bliskim znajomym ofiary.

Sławomir G. ma dzisiaj 48 lat i 17-letnią córkę. Jest żonaty. Mówi, że zbrodnię sprzed lat wyparł z pamięci. Biegli sądowi stwierdzili u niego chorobę alkoholową i osobowość niedojrzałą emocjonalnie z zaburzeniami uczuciowości wyższej

Fot.: Tomasz Czachorowski


Pod koniec kwietnia 2014 roku 47-letni Sławomir G., stolarz po zawodówce, o dziewiątej rano siada na krześle w pokoju przesłuchań Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy, by poddać się rutynowemu - jak go uspokajają śledczy - badaniu wariografem. Został wezwany w charakterze świadka.


Chodzi o sprawę sprzed 20 lat, niewykryte morderstwo 22-letniej Joanny S., dokonane w mieszkaniu na 10. piętrze wieżowca przy Żmudzkiej 5. Mężczyzna był sąsiadem ofiary z czwartego piętra i jej skrytym adoratorem. Przesłuchiwano go w 1994 roku, ale nie w charakterze podejrzanego. Miał alibi na czas zbrodni, poza tym nie znaleziono na miejscu zabójstwa żadnych dowodów materialnych wiążących go ze zdarzeniem. Żadnych należących do niego śladów linii papilarnych, krwi, włosów. Nic.

Przeczucie detektywa


Teraz też, mimo postępu technologicznego w kryminalistyce i ponownym przebadaniu starych próbek, detektywi nie mają przeciwko G. nic konkretnego. Dysponują jedynie poszlakami i przeczuciem, które mówi im, że tym razem podjęli dobry trop.

- To prawda. Teraz możemy przyznać, że ponowne badania kryminalistyczne, na które tak bardzo liczyliśmy, nie dały nic - mówi dziś Adam Lis z Prokuratury Bydgoszcz-Północ, jeden z kilku prokuratorów, którzy na przestrzeni lat pracowali nad sprawą. Co jakiś czas wyznaczona grupa policjantów z wydziału kryminalnego, zwana potocznie „Archiwum X”, mimo bieżących obowiązków zaglądała do „sprawy Joanny S.”, szukając nowych pomysłów.

- Zaraz po zdarzeniu w kręgu osób podejrzewanych znalazł się kolega zamordowanej z liceum Maciej Z. W 2005 roku z kolei typowany był jeden z mieszkańców wieżowca, który zwrócił na siebie uwagę podejrzanym zachowaniem. Ale to były fałszywe tropy - dodaje prokurator Lis.

W końcu spece od niewykrytych morderstw wzięli pod lupę Sławomira G. Przeanalizowali jego stare zeznania oraz alibi, porównali je z ówczesnymi wypowiedziami świadków na jego temat i stanęli przed ścianą pytań, na które w 1994 roku nikt nawet nie próbował odpowiedzieć. Z nowego materiału wyłaniał się obraz 27-letniego chłopaka zakochanego obsesyjnie i bez wzajemności w Joannie S.; autora nachalnych listów miłosnych, który ubzdurał sobie, że obiekt jego westchnień w końcu ulegnie. Nie przeszkadzało mu to, że dziewczyna jednoznacznie odrzucała jego zaloty i że od 4 lat związana była poważnym związkiem z Marcinem K. Swoją drogą trudno zrozumieć, dlaczego w 1994 roku dochodzeniowcy zaliczyli do kręgu podejrzewanych narzeczonego zamordowanej, a całkowicie pominęli Sławomira G., mimo jego słabego alibi i wyraźnego motywu odrzuconej miłości.

Mityczna wtyczka


W materiałach dowodowych i rozmowach śledczych często powracał też wątek starych dowodów materialnych, zwłaszcza wtyczki od przewodu telefonicznego noszącego niezidentyfikowany ślad linii papilarnych. Niestety, ponowne jego sprawdzenie nic nie dało. Podobnie jak badanie śladów genetycznych, zabezpieczonych 30 sierpnia 1994 roku na miejscu zbrodni.

Idąc do komendy w kwietniowy poranek G. nie ma o tym wszystkim pojęcia. Zastanawia się jednak, co takiego śledczy mogli znaleźć po 20 latach. Na wszelki więc wypadek przygotowuje się po swojemu do badania wariografem. Policjanci domyślają się, że musiał zażyć środki uspokajające, bo sprawdzenie wykrywaczem kłamstw nie daje rezultatu. Wyniku nie można wykorzystać, jest nieczytelny.

Ale Sławomir G. nie wie i tego. Policjanci z wydziału kryminalnego KWP, którzy przez ostatnie półtora roku rozpracowywali go operacyjnie, nie zamierzają się poddać. Dalej prowadzą przesłuchanie, cały czas w formie „luźnej rozmowy”, bez protokołowania. Wałkuje go cała grupa, twarze policjantów zmieniają się co jakiś czas.

Mężczyzna nie ma pojęcia, że dysponują dobrym profilem psychologicznym jego osoby, stworzonym ze żmudnie gromadzonych drobiazgów. Wiedzą, że jego życie prywatne to ruina. Mają informacje o nawracających depresjach i ciągach alkoholowych. Znają jego upodobania i tajemnice, wyłuskiwane dyskretnie w niekonwencjonalny często sposób.

Ołtarzyk ze zdjęć


Jeden z policjantów operacyjnych wpada na pomysł sprawdzenia piwnicy Sławomira G. pod pozorem kontroli bezpieczeństwa instalacji przeciwpożarowej. Policjanci w strażackich mundurach wkraczają do piwnicznej komórki stolarza i odkrywają „ołtarzyk”, zbudowany ze zdjęć młodych kobiet przypominających typem urody zamordowaną Joannę S. Niestety, to tylko kolejna poszlaka. Podobnie jak informacje uzyskane z podsłuchu rozmów telefonicznych i śledzenia obiektu.

Prawdopodobnie długo jeszcze pozostanie tajemnicą, co takiego usłyszał od śledczych Sławomir G., że w końcu późnym popołudniem przestał zaprzeczać i przyznał się do zarzutu popełnienia zabójstwa. Podał szczegółową wersję zdarzeń, wygodną jednak dla siebie, a sprzeczną w niektórych kwestiach z ustaleniami biegłych z dziedziny medycyny sądowej. Mężczyzna twierdził bowiem, że został sprowokowany przez ofiarę i że pierwsze ciosy wymierzyła sobie sama, a potem w szamotaninie „nadziała się” na narzędzie zbrodni. Według niego, były to nożyczki. Według biegłych, nóż jednosieczny, którym zadano kilkanaście ran ciętych i kłutych. Do dzisiaj go nie odnaleziono, podobnie jak ostatnich zapisków z dziennika zmarłej oraz listów, które według zeznań świadków miał pisać do niej Sławomir G.

W aktach rozpoczętego wczoraj procesu znajdują się również więzienne grypsy oraz informacje od niejakiego Marcina W., który przez kilka miesięcy dzielił celę z oskarżonym. Zeznał, że Sławomir G. opowiedział mu wiele razy „jak było naprawdę”. Wersja „sprzedana” przez G. policjantom została zmyślona. W rzeczywistości G. miał się umówić podstępem z Joanną S. w mieszkaniu przy Żmudzkiej, prosząc ją o poradę w rzekomych problemach sercowych. Zaatakował, kiedy próbowała go wyrzucić z mieszkania. Po zabójstwie wrócił jeszcze raz, by zatrzeć ślady i upozorować rabunek.

Fakty


Poczucia winy nie wykazuje

- Do zabójstwa doszło 30.08.1994 r. Dwa lata później śledztwo umorzono z powodu niewykrycia sprawcy.

- Bezpośrednią przyczyną śmierci Joanny S. było wykrwawienie na skutek „uszkodzenia mnogich naczyń krwionośnych”, powstałych w wyniku kilkunastu ran ciętych i kłutych. Ciało dziewczyny znalazł jej chłopak Marcin K. Było ułożone na boku, z poduszką pod głową.

- Zdaniem biegłych z dziedziny psychiatrii i psychologii Sławomir G. w momencie popełnienia czynu miał zachowaną świadomość tego, co robi i skutków swoich działań. Nie przejawia poczucia winy.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.