Każdy przecież wygrać może...

Krzysztof Błażejewski 19 czerwca 2015

Wiara w uśmiech fortuny w postaci wielkiej wygranej towarzyszy nam od wielu lat. Nic dziwnego, że i dziś, kiedy pada hasło „kumulacja”, mało kto potrafi się oprzeć, a przed kolekturami ustawiają się długie kolejki.

Kolejna, szeroko reklamowana, wielka kumulacja „Lotto” 10 kwietnia 2015 r. Przy tablicy w jednej z toruńskich kolektur pani Ewa Łopata

Fot.: Grzegorz Olkowski

Na to, że w rzeczywistości szanse na wysoką wygraną są bliskie zeru i że sporą sumę z łącznej puli pochłaniają zarobek organizatora oraz podatek, mało kto zwraca uwagę. Podobnie jak praktycznie nikt nie podlicza wysokości sum wydanych na ten cel przez całe życie (trochę by się tego zebrało...). Wolimy się łudzić, marzyć i wyobrażać sobie, co by to było, gdybyśmy to my zainkasowali np. niedawną wygraną w Barcinie w „Lotto”, która wyniosła ponad 28 milionów złotych.


Zanim wyobraźnią (i kieszeniami) Polaków zawładnęły gry liczbowe, duże pieniądze można było wygrać, wykupując losy pieniężnych loterii, organizowanych już pod koniec XIX wieku przez zaborców. W Bydgoszczy i Toruniu zainkasować można było nawet 300000 marek w „Wielkim losowaniu”, organizowanym przez Niemiecki Związek Losowy.

Całe, połówki, ćwiartki


Po odzyskaniu niepodległości masowo kupowano losy funkcjonującej od 1920 r. Państwowej Loterii Klasowej. Młode państwo twardą ręką zajęło w tej kwestii pozycję monopolisty. Na każde „ciągnienie”, które odbywało się jedynie dwa razy do roku, przygotowanych było 170 tysięcy losów w pięciu tzw. klasach. Można było kupować całe losy, połówki, a nawet tylko ćwiartki. Los klasy V, najdroższy, „pachniał” wygraną rzędu nawet 300000 ówczesnych złotych. Od 1932 roku mógł to być nawet milion! Nic dziwnego, że w dniach losowań zamierało życie w kraju, a grający oblegali najpierw urzędy telegraficzne, a następnie radioodbiorniki, aby jak najszybciej poznać numery zwycięskich losów.

11 kwietnia 2015 roku w tej kolekturze „Lotto” znajdującej się przy ul. Adama Grzymały-Siedleckiego na bydgoskich Wyżynach został złożony los z prawidłowo wytypowanymi sześcioma liczbami. Wygrana wyniosła wówczas dokładnie 13219619,50 złotych

fot. Dariusz Bloch

11 kwietnia 2015 roku w tej kolekturze „Lotto” znajdującej się przy ul. Adama Grzymały-Siedleckiego na bydgoskich Wyżynach został złożony los z prawidłowo wytypowanymi sześcioma liczbami. Wygrana wyniosła wówczas dokładnie 13219619,50 złotych


24 stycznia 1935 roku całą Polskę obiegła wieść, że milion padł na los numer 72450, którego jedną połówkę wykupiono w Bydgoszczy, a dwie ćwiartki w Gdyni. Jak podała miejscowa prasa, szczęśliwą bydgoszczanką okazała się „pewna pani - właścicielka willi”. Rok później w Toruniu wybuchła wielka afera. Okazało się, że właściciel kolektury przy Szerokiej tuż przed losowaniem... ulotnił się wraz ze wszystkimi wpłaconymi mu pieniędzmi.

Koński hazard


W 1934 roku przeprowadzono reformę: zwiększono liczbę losowań do 3 rocznie, zmniejszono liczbę klas do 4, zwiększono liczbę niższych wygranych. Dało to niemal natychmiastowy wzrost popularności loterii, szczególnie wtedy, gdy skończył się kryzys gospodarczy.

Tym, dla których emocje związane z loterią były zbyt małe, pozostawały wyjazdy do kasyn w Wiedniu czy... „Sopotach”, jako że tego typu rozrywka była wówczas w Polsce zakazana, lub obstawianie totalizatora podczas rozgrywanych w wielu miastach hazardowych wyścigów konnych.

Po II wojnie władza ludowa to znakomite źródło dochodu wskrzesiła w postaci Krajowej Loterii Pieniężnej, ale na inne tego typu, coraz bardziej popularne na świecie „burżuazyjne rozrywki”, zezwoliła dopiero po śmierci Józefa Stalina.

Magiczne 6 cyfr z 49


Jako pierwsze w styczniu 1956 r. rozpoczęło swoją działalność Państwowe Przedsiębiorstwo „Totalizator Sportowy”, przyjmujące zakłady na wyniki meczów piłkarskich. Rok później wystartował „Toto-Lotek”, pierwsza w kraju gra liczbowa, w której należało trafnie wytypować 6 liczb z 49, a pułap maksymalnej wygranej ustalono na milion złotych. Kilka miesięcy później ruszyły regionalne gry liczbowe. Było ich 17, tyle ile województw. W naszym można było grać w „Łuczniczkę” (początkowo 5 cyfr z 90, później 6 z 36).

W kolejnych miesiącach lawinowo przybywało graczy, ale także i wygranych. Polska Ludowa nie potrafiła tak maksymalizować zysku, jak czyni to dziś spółka „Lotto”. Wysokich, działających na wyobraźnię wygranych było niewiele, dominowały niewielkie zyski, za to w masowej skali. To nakręcało koniunkturę. Dodatkową atrakcją były losowania między wszystkich graczy deficytowych towarów, takich jak samochody, mieszkania, lodówki, aparaty fotograficzne, a nawet... parcele budowlane.

- Nazwiska wygrywających nie były wówczas tajemnicą - wspomina Grzegorz Kowalczyk z Bydgoszczy. - Podawała je miejscowa prasa, publikowała ich zdjęcia, usłyszeć ich można było w lokalnym radio. Pamiętam, że kiedyś ponad 200 tysięcy wygrała kierowniczka sklepu, do którego często zaglądałem. Mówiła wówczas, że ma zamiar rzucić pracę i poświęcić się wychowaniu dzieci. Innym razem przed kolekturą spotkałem starszego pana, który chwalił się, że kiedyś wygrał sporą sumę w „Toto-Lotka”, zbudował sobie dom i od tej pory regularnie gra niczego już nie wygrywając, żeby... okazać wdzięczność fortunie.

Regionalne gry upadły w połowie lat 70., kiedy krajowa centrala zamiast jednego „Toto-Lotka” utworzyła całą serię gier liczbowych: „Duży Lotek”, „Mały Lotek” i „Express Lotek”, a także zaczęła organizować „Zakłady specjalne”.

Na cześć rewolucji


- Stawki nie były wysokie, bawiłem się więc dobrze, obstawiając wiele zakładów naraz, czasami wygrywając niewielkie sumy - pamięta torunianin Mirosław Kalkiewicz. - Najbardziej lubiłem „Zakłady specjalne”, organizowane kilka razy w roku, na święta, albo na rocznicę... rewolucji październikowej. Tam wygrane były wysokie i stosunkowo łatwo było wytypować trójkę, a to już było kilkaset złotych...

W latach 90. nastąpiła wielka reforma gier liczbowych w Polsce. Część zlikwidowano, powstał cały szereg nowych. Wprowadzono lottomaty. W najpopularniejszej z gier, „Lotto”, organizowanej już trzykrotnie w ciągu tygodnia, wprowadzono zasadę kumulacji, która umożliwia wygrywanie wielomilionowych kwot, zwłaszcza od 2009 roku, kiedy to zreformowano podział kwot na poszczególnie stopnie wygranych, preferując ten najwyższy szczebel.

Sprawnie prowadzony marketing powoduje, że mimo znacznego ograniczenia niewysokich wygranych, malejącej matematycznie szansy na uśmiech fortuny, nadal miliony Polaków oblegają kolektury. Tym gęściej, im na reklamowej tablicy „kumulacja” widnieje przed sześcioma zerami wyższa cyfra. Gracze zdają się nie zważać na to, że w „Lotto” jest aż około 14000000 możliwych kombinacji obstawienia sześciu cyfr.

Warto wiedzieć


Szczęście dopiero teraz zacznie się do nas uśmiechać?

- Województwo kujawsko-pomorskie nie należy do tych regionów Polski, które fortuna obdarza w sposób szczególny. Jak dotąd, proporcjonalnie padało u nas mniej wygranych niż wynosi średnia krajowa. Oznaczać to może tylko jedno - w myśl rachunku prawdopodobieństwa mamy w przyszłości większe szanse na to, że los się do nas uśmiechnie...

- Niedawna wygrana, która padła 6 czerwca br. w Barcinie (na sumę 28085312,20 zł) była wynikiem kumulacji narastającej od 6 maja. Rozbiła ją tylko jedna osoba, stąd tak wysoka kwota. To szósta pod względem wysokości wygrana w Lotto.
Drugą najwyższą wygraną w naszym województwie była suma 13641628 zł, która padła w 2007 roku na los złożony w kolekturze przy ul. Magnuszewskiej na Wyżynach w Bydgoszczy.

- Najwięcej wygranych na sumy powyżej 1 mln zł padło dotąd w naszym regionie w Bydgoszczy (7). W Toruniu takich uśmiechów fortuny było 5, po 1 w Grudziądzu, Chełmnie, Włocławku, Nakle i Barcinie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.