Najwyższa cena za przejazd

Małgorzata Oberlan 19 czerwca 2015

Pani Kamila jak mało kto zdawała sobie sprawę z zagrożenia, jakie czyha na przejeździe kolejowym w Pniewitem. To w końcu ona najmocniej walczyła o poprawę bezpieczeństwa w tym miejscu. Tymczasem 3 czerwca straciła tu dwoje dzieci...

Zosia miała trzy lata, Mateusz sześć. Pełni radości wyjeżdżali z rodzicami na krótki urlop. Śmierć dopadła ich koło domu, na przejeździe kolejowym, o którego bezpieczeństwo walczyła ich mama. Mieszkańcy nie mają watpliwości: tej tragedii można było unikną

Fot.: Jacek Smarz

Pniewite, wieś w gminie Lisewo w powiecie chełmińskim. Wystarczy najprostszy eksperyment, by przekonać się, jak „bezpieczny” jest tutejszy przejazd kolejowy - przemierzenie trasy, którą volkswagen sharan pokonał tamtej tragicznej środy. Niecałe dwieście metrów żwirowo-piaskową drogą pod górkę, zatrzymanie się przez znakiem „stop” i spojrzenie w lewo. Co widać? Nasyp porośnięty trawami i chaszczami. Około godziny 15.40 (czas wypadku) kierowcę dodatkowo może porazić blask słońca. Prawa strona jest widoczna. Zdaniem miejscowych, kolej już dawno powinna zareagować na ich prośby i zainstalować na przejeździe przynajmniej sygnalizację świetlną. Zdaniem postronnych, którzy przyjechali tu dopiero po tragedii, ten przejazd najlepiej zamknąć.

Prokuratura: jest „stop”!


Tamtego dnia rodzina mieszkająca w białym domu swoim sharanem wyruszała na krótki urlop. Prowadziła 31-letnia pani Kamila. Obok siedział jej mąż Filip, a z tyłu, w fotelikach, 3-letnia Zosia i 6-letni Mateusz. Rodzice rozkład jazdy pociągów na trasie Toruń-Grudziądz znali na pamięć. Zdawali sobie też sprawę z zagrożenia. W maju 2014 roku kobieta osobiście zbierała podpisy pod petycją do spółki PKP Polskie Liinie Kolejowe SA o zainstalowanie sygnalizacji świetlnej.


Czy pani Kamila nie zatrzymała się przed przejazdem? A może stanęła i, nie zauważając pociągu, ruszyła dalej? Tego jeszcze nie wiadomo. Faktem jest, że jadący od strony Torunia (lewej) szynobus Arrivy uderzył w tylny bok samochodu. Dzieci zginęły na miejscu. Rodzice trafili do szpitala. Matce usunięto śledzionę, ma też złamany kręgosłup. Ojciec odniósł lżejsze obrażenia wewnętrzne.

- Sam pisałem do PKP Polskie Linie Kolejowe SA w marcu 2014 roku. Wnioskowałem o sygnalizację świetlną. „Poprawi to bezpieczeństwo i pozwoli uniknąć tragedii” - tak skończyłem list. Do dziś mi nie odpowiedzieli - mówi Andrzej Grędzicki, sołtys Pniewitego

fot. Jacek Smarz

- Sam pisałem do PKP Polskie Linie Kolejowe SA w marcu 2014 roku. Wnioskowałem o sygnalizację świetlną. „Poprawi to bezpieczeństwo i pozwoli uniknąć tragedii” - tak skończyłem list. Do dziś mi nie odpowiedzieli - mówi Andrzej Grędzicki, sołtys Pniewitego


- Przed przejazdem znajduje się znak „stop”. Auto miało obowiązek się przed nim zatrzymać, a tymczasem wjechało na przejazd. Dlaczego, jeszcze nie wiemy. Nie wykluczamy przedstawienia w przyszłości zarzutu spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym matce - mówi Judyta Głowacka z Prokuratury Rejonowej w Chełmnie.

Na razie śledczy opierają się na zeznaniach załogi pociągu. (Do chwili publikacji tego tekstu nie przesłuchali rodziców). Maszynista twierdzi, że gdy zobaczył samochód na torach, włączył sygnał dźwiękowy i zaczął hamować. Przy prędkości 90-100 kilometrów na godzinę szynobus udało się zatrzymać dopiero 700 metrów za przejazdem. Prokuratura wyśle na badania tachograf. Ich wynik zweryfikuje poprawność postępowania maszynisty. Świadków naocznych tragedii nie było.

Kolej: jest bezpiecznie


Następnego dnia po wypadku na polecenie kolei zaczęto porządkować przejazd i okolicę: kosić trawę i usuwać chaszcze. Kilka dni później wkopano w żwir tuż przy torach dwa znaki informujące o ograniczeniu prędkości i szynobusy Arrivy faktycznie w okolicach Pniewitego jadą już z szybkością od 20 do 66 kilometrów na godzinę. - Za późno przyszły te zmiany. Życia dzieciom nikt już nie zwróci - wzdycha ciężko Andrzej Grędzicki, sołtys Pniewitego.

Przypomina, że ćwierć wieku temu na drugim niestrzeżonym przejeździe w Pniewitem także doszło do ogromnej tragedii: zginęło 7-letnie dziecko. Od tego czasu mieszkańcy byli wyczuleni na kwestie bezpieczeństwa na torach. - Sam pisałem do PKP Polskie Linie Kolejowe SA w marcu ubiegłego roku. Wnioskowałem o sygnalizację świetlną. „Poprawi to bezpieczeństwo i pozwoli uniknąć tragedii” - tak skończyłem list. Do dziś mi nie odpowiedzieli - podkreśla sołtys.

Kolejowa spółka odpowiedziała za to na petycję, pod którą podpisy zbierała pani Kamila. Napisała, że przejazd jest bezpieczny, a instalowanie sygnalizacji niekonieczne. I podobne stanowisko PKP PLK prezentuje dziś. - Przejazd jest bezpieczny, jeśli kierowcy i piesi stosują się do zasad ruchu drogowego. Stoi przed nim krzyż św. Andrzeja i znak „stop”. Kierowca musi się przed nim zatrzymać. Sygnalizacji mieszkańcom odmówiliśmy, bo nie jest w Pniewitem konieczna - twierdzi Karol Jakubowski z biura prasowego PKP PLK SA w Warszawie.

Ludzie: już dość!


- Wyższej ceny niż rodzice Zosi i Mateusza, zapłacić już się nie da. Nie możemy też pozwolić, by przejazdy w gminie, a takich niestrzeżonych mamy cztery, nadal pozostawały zagrożeniem. Przejazd nie może być rosyjską ruletką - głos Jakuba Kochowicza, wójta gminy Lisewo, jest pełen determinacji. Zdaje sobie sprawę nie tylko z własnej odpowiedzialności, ale i nastawienia mieszkańców. A ci już kolei nie odpuszczą.

Po tragedii wójt wystosował do PKP PLK SA w Warszawie pismo z żądaniem powołania specjalnej komisji, która zajęłaby się bezpieczeństwem przejazdów w gminie. Warszawa zareagowała tym razem szybko, przekierowała sprawę do bydgoskiego oddziału spółki, a jej dyrektor - Tomasz Talarczyk - od razu umówił się z wójtem na spotkanie. - Będą nalegał, by w komisji znalazł się mój przedstawiciel, a działaniom towarzyszyły konsultacje z mieszkańcami. Oni najlepiej wiedzą, co i jak trzeba poprawić - dodaje Kochowicz.

Andrzej Grędzicki, sołtys Pniewitego, przypomina, jak przejazd w Pniewitem i sąsiednie wyglądały „za komuny”. Jeszcze na początku lat 80. zeszłego stulecia miały szlabany, obsługiwane przez dróżników. - Potem były szlabany obsługiwane ręcznie przez mieszkańców. Aby zlikwidować nasyp, przesłaniający widoczność, nie pisało się żadnych petycji. Wystarczył telefon do PKP - wspomina.

Teraz możliwości zabezpieczenia przejazdów jest więcej. Grunt, żeby kolej uznała ich zasadność. - I nie rezygnowała z nich tylko dlatego, że - jak w Pniewitem - przejazd dotyczy drogi wiodącej tylko do trzech domostw - mówi Mariusz Sidorkiewicz, dziennikarz TVN24, który relacjonował tragedię. - Cały czas w uszach brzmią mi słowa, które usłyszałem od członków Państwowej Komisji ds. Badania Wypadków Kolejowych. Badając przejazd w Pniewitem stwierdzili, że ograniczenie prędkości tutaj wprowadzone powinno być już dawno i na stałe.

Paradoks modernizacji


Wspomniana komisja to ciało formalnie niezależne od Polskich Kolei Państwowych. Prowadzi postępowanie po każdym poważnym wypadku na sieci kolejowej, z wyłączeniem najechania pojazdu kolejowego na osoby podczas przechodzenia przez tory. Celem jej pracy jest ustalenie przyczyn, okoliczności zdarzeń, jak również określenie wniosków zapobiegawczych. Ma obowiązek zakończyć swoje postępowanie po 30 dniach roboczych od chwili dramatu, chyba że jej przewodniczący wystąpi o prolongatę terminu.

Efekty postępowania komisji, jak i prokuratorskiego śledztwa, co oczywiste, są wyczekiwane nie tylko przez miejscowych, ale i opinię publiczną. Rodzicom tragicznie zmarłych dzieci na niewiele się obecnie zdadzą. Tydzień temu, w piątek, towarzyszyli Zosi i Mateuszowi w ich ostatniej drodze. Ojciec już o własnych siłach, matka na wózku. Rodzeństwo spoczęło na cmentarzu w Lisewie.

- Tego bólu nie da się opisać słowami. Okrutnym paradoksem na zawsze pozostanie fakt, że prędkość do 100 kilometrów na godzinę pociągi zaczęły u nas rozwijać pół roku temu, po modernizacji tej linii kolejowej, która przyczynić się miała do podniesienia komfortu i bezpieczeństwa podróży - kończy Jakub Kochowicz.

Warto wiedzieć


Krew na torach regionu

- W lipcu 2012 r. do tragedii doszło w Twierdzinie (powiat mogileński).Prowadzony przez kursantkę renault clio wpadł pod pociąg relacji Poznań-Bydgoszcz. 18-latka zmarła, instruktor odniósł ciężkie obrażenia.

- W lutym 2013 r. w Brodnicy na przejeździe przy ul. Litewskiej zginęła 66-letnia pasażerka citroena.

- W styczniu 2015 r. na przejeździe w Pieckach k. Inowrocławia zginęły dwie kobiety: 52- i 59-letnia. Wjechały autem pod pociąg towarowy.

- Jak podaje kolej, co roku w wypadkach na przejazdach ginie 200-300 osób. Według PKP, w 97 proc. przypadków winni są kierowcy, którzy nie zachowują bezpieczeństwa.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 22-06-2015 04:48

    Oceniono 1 raz 1 0

    - Na Jagielońskiej przed rondem jest tez ustą: A na przystanku tramwajowym rosną krzaki które zasłaniają jadących od bernardyńskiej jak się włączyć do ruchu skoro krzaki zasłaniają i nie widać w ogóle jadących samochodów od bernardyńskiej ............ Nie zawsze znak daje efekt wskazany przez drogowców muszą być jeszcze inne okoliczności powodujące bezpieczeństwo na drodze jak np nie zarośnięte znaki drogowe lub wyrośnięte krzaki jak ma to miejsce na rondzie Jagiellonów w Bydgoszczy Następny babol to tablica balustrada na przystanku tramwajowym zasłaniająca widoczność jadących ul Jagielońska dla włączających się do ruchu z pod trasy Uniwersyteckiej w Jagiellońską lub na trasę Uniwersytecką To się nazywa infrastruktura drogowa !

    Odpowiedz

  2. 19-06-2015 08:38

    Oceniono 12 razy 8 4

    - ppp: Zamiast zdjęcia z cmentarza wolałbym zobaczyć zdjęcie owego przejazdu. Czy faktycznie tam jest taka słaba widoczność, że można wjechać pod pociąg?

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz