Przemycała heroinę na Kanary

Janusz Milanowski 12 czerwca 2015, aktualizowano: 12-06-2015 21:04

„Czekali na mnie przed lotniskiem na Wyspach Kanaryjskich. Mieli nas na podsłuchach. Z okna autobusu zobaczyłam dosłownie barykadę uzbrojonych po zęby gliniarzy...” - torunianka opowiada o swoim przestępczym uwikłaniu, przemycie narkotyków i więziennej odsiadce.

Fot.: Łukasz Ciaciuch


Dlaczego zastrzegasz - wywiad tak, ale bez nazwiska i twarzy?

Byłam umoczona w grubej sprawie o przemyt narkotyków. Zorganizowali to m.in. toruńscy biznesmeni, którzy do dziś mają się dobrze, a ja siedziałam. Zrozum, mam rodzinę w Toruniu.



Rozumiem. Z ciebie był zawsze niezły numer, Mariola. Wiem skądinąd, że kiedyś twój chłopak siedział w toruńskiej „beczce”, ty byłaś nieletnia, więc żeby go zobaczyć, weszłaś na dowód koleżanki.
Nieee, tam weszłam legalnie. [śmiech]


Lokalna gazeta o tym pisała w kronice kryminalnej.
Nieee, takiego numeru nie było, ale był numer z Izbą Wytrzeźwień.


No, proszę...
Mój chłopak tam wylądował, a ja strasznie chciałam go zobaczyć i mi się udało.


Ale jak się tam dostałaś?
Nie chcieli mnie wpuścić, więc zbiłam szybę w drzwiach. Okropnie się awanturowałam.


I zobaczyłaś chłopaka?
Dopiero rano, bo zamknęli mnie w izolatce. On wyglądał na strasznie zadowolonego z życia, a ja..., no, nie bardzo. Byłam nieletnia, więc wezwali ojca, który był przekonany, że my, zgodnie z obietnicą, wyjechaliśmy już w Polskę na wakacje. Tato musiał wstawić tę szybę.


Ile miałaś wtedy lat?
Szesnaście, siedemnaście...


Rozumiem, że byłaś bardzo liberalnie wychowywana.
Tak. Tato twierdził, że skoro jego tak wychowano i wyszedł na ludzi, to on też tak będzie mnie traktował. Tylko, że on, jako młody chłopak, wiedział, gdzie jest granica, a ja nie uznawałam żadnych ograniczeń. Zresztą, swoje dzieci, jeśli będę je miała, też tak będę wychowywać. Chcę mieć dzieci, wiesz.


Opowiedz o tym, jak wyjechałaś do Hiszpanii, żeby przemycać narkotyki. Wrobiono cię, naiwną nastolatkę?
Wiedziałam po co jadę. Przed wyjazdem tu, w Toruniu, byłam utopiona we wszystkim, co mnie interesowało. Imprezy, narkotyki, alkohol - samo zło.


Ile wtedy miałaś lat?
Dziewiętnaście. Pozwalałam sobie na wszystko już od ósmej klasy podstawówki. Fascynowała mnie ciemna strona życia. W pewnym momencie rodzice mieli mnie dość i wynajęli mi kawalerkę pod swoim mieszkaniem, za którą płacili, a reszta była na mojej głowie, więc kombinowałam. Ktoś mi zaproponował zarobienie szybkich pieniędzy na przemycie narkotyków. Zgodziłam się być osiołkiem. Najpierw miałam lecieć do Ameryki Południowej i dziś bardzo się cieszę, że tam nie poleciałam. Ostatecznie zaczęłam kursować między Madrytem a Wyspami Kanaryjskimi. Parę razy się udało.


A co się nie udało?
Czekali na mnie przed lotniskiem na Wyspach Kanaryjskich. Mieli nas na podsłuchach. Z okna autobusu zobaczyłam dosłownie barykadę uzbrojonych po zęby gliniarzy. No i... cóż było robić?! Miałam przytroczony do brzucha kilogram heroiny (śmiech). Gdy mnie zatrzymano, byłam w takim szoku, że nie pamiętam szczegółów. Spędziłam 72 godziny na dołku, nie wiedząc, co się zdarzy. Nic do mnie nie docierało. Potem przewieźli mnie do więzienia. Na początku siedziałam tam z panną, która mówiła po hiszpańsku i francusku, a ja po angielsku i polsku, więc było świetnie. Dała mi paczkę czipsów i gazetę. Do dziś mam z nią kontakt.


A potem?
Wylądowałam za kratami z jedną sukienką i jednymi majtkami, ale ludzie zaczęli mi pomagać. Wiesz, tam istnieje coś takiego jak prawdziwa resocjalizacja, a nie to, co w Polsce. Tam można było się uczyć, robić jakieś kursy szycia, fryzjerstwa, ogrodnictwa, pracować. Poza tym, było to więzienie koedukacyjne, co miało swoje wielkie plusy! [śmiech]


No i co z tego, że koedukacyjne?
Jak to co?! Wszystkie kursy były z mężczyznami. Poza tym organizowałyśmy bale z tańcami.


Wrócimy do tego. Jak wyglądał proces?
Rozpoczął się dopiero półtora roku później - ten czas zaliczyli mi na poczet kary. W moim przypadku nie było żadnych wątpliwości: wpadłam z kilogramem heroiny. Za taki numer grozi od 9 do 12 lat i nie ma żartów! W moim przypadku sędzia uznał, że nie jestem jeszcze przestępcą, że mam szansę wyjść na ludzi. Nie bez znaczenia było to, że przez te półtora roku doskonale nauczyłam się hiszpańskiego i nie staczałam się w więzieniu. Adwokat powiedział mi: słuchaj, dostaniesz pięć lat, przyznaj się do winy, a całej reszty nie chcesz komentować, bo nic nie wiesz. I tak zrobiłam.


I dostałaś te pięć lat?
To był najniższy wyrok w tej sprawie.


Odsiedziałaś cały?
Nie. Moi rodzice wydali masę pieniędzy na adwokatów, żebym mogła zostać w więzieniu na Kanarach. Ono było niewielkie i wszystkich cudzoziemców przenoszono na kontynent, a mi groziła odsiadka w Polsce, co nie wiem, jakbym zniosła. Szczęście też miałam wielkie, że kobieta organizująca wszystkie kursy była żoną jednego z dyrektorów tego więzienia. Strasznie się z nią zaprzyjaźniłam i ona trzy razy uratowała mi tyłek przed odesłaniem na kontynent; a już siedziałam w izolatce, czekając na transport. Ściślej mówiąc, jej mąż o tym decydował i w ostatniej chwili nie podpisywał kwitu z moim nazwiskiem. W dużym więzieniu hiszpańskim nie byłoby tak słodko, a o polskim to już nawet nie mówię. Z całego wyroku darowali mi dwa miesiące. Tam nie było gitów, frajerów, itd. Zdarzały się sytuacje, że jedna drugiej dała po pysku i tyle.


W więzieniu na Wyspach Kanaryjskich nie ma przemocy?
Oczywiście, że jest. Nieraz jedną drugą zaciągała do kibla, żeby nastrzelać po gębie, ale ja przemocy nie doświadczyłam. Miałam też spokój z lesbijkami. Organizowałyśmy tańce z facetami, którzy siedzieli za gwałty, ale ich stan mentalny był pod kontrolą. Pracowałam z 70-letnią morderczynią. Zadźgała swojego męża nożyczkami, a ja byłam z nią na kursie szycia i nożyczki zawsze były pod ręką! Ludzie mnie tam lubili, bo chętnie każdemu pomagałam. Trafiały się czasami dziewczyny zawszone i zapchlone. Kiedyś widziałam taką jedną na głodzie heroinowym, jak trzy dni się trzęsła i robiła pod siebie. Obcięłam jej zawszone włosy... W mojej ocenie istniała tam hierarchia na bazie szacunku - tego, co można zrobić dla drugiego człowieka - i w niej zajmowałam wysoką pozycję. Nigdy nie miałam problemów. Jeśli dziewczyny łączyły się w pary, to dobrowolnie, bez żadnego przymusu. Nie było tak, że przychodzi do mnie groźna lesbijka i ona musi coś ze mną tego, bo inaczej wiadomo... Nie znaczyło nie.


A czy poznałaś jakiegoś fajnego faceta na tych kursach i balach?
Poznałam mnóstwo naprawdę dobrych ludzi, z którymi kontakt mam do dziś. W takim miejscu przyjaźnie zawierane są na zawsze. Ja miałam ten problem, że nie miał mnie kto odwiedzać. Przez półtora roku nie widziałam nikogo bliskiego, dopiero mama przyjechała na rozprawę...


Mariola, wiesz o co pytałem?
[śmiech] Jakichś chłopaków tam miałam, ale to nie było miejsce na normalną miłość.


Byłaś tam załamana, tęskniłaś, żałowałaś swojego postępowania?
Najgorsze było pierwsze pół roku. Wiesz, ja byłam bardzo imprezową dziewczyną, więc gdy przychodził weekend, to w głowie miałam jedynie to, gdzie i jak bawią się moi znajomi. Później zaczęłam myśleć o tym, że nie byłam dobrą córką. Kawał suki ze mnie był, nabroiłam strasznie dużo... I... jednej nocy zdałam sobie sprawę, ile krzywd narobiłam rodzicom i jak to się stało, że oni się na mnie nie wypięli i cały czas powtarzają: my ciebie nie zostawimy, nie przejmuj się... To była moja najgorsza noc... Następnego dnia zadzwoniłam do nich i powiedziałam, że ich straszliwie przepraszam za wszystko. Do dziś mi to wraca, gdy się spotykamy. W więzieniu dorosłam, skończyłam szkołę średnią, z rozwydrzonego bachora, który robił, co chciał, stałam się człowiekiem świadomym, zwłaszcza tego, że za wszystko ponosi się konsekwencje.

Mariola po wyjściu z więzienia znalazła pracę w barze na Wyspach Kanaryjskich. Potem ze swoim chłopakiem, poznanym w tymże barze, wyjechała do Szwecji. Dziś mieszka w Londynie. Pracuje jako agent wynajmu mieszkań. Organizuje duże imprezy muzyczne - Psychodelic Trance Music. Swoje 34 urodziny obchodziła w tym roku na Wyspach Kanaryjskich.